Tego dowiesz się po przeczytaniu artykułu:
- Kto jest typowany na nowego ministra zdrowia i dlaczego obecna minister, Jolanta Sobierańska-Grenda, może jednak zachować stanowisko.
- Dlaczego kadencyjność ministrów od trzydziestu pięciu lat blokuje realną reformę systemu.
- Jak zmiana liczby urodzeń wpłynęła na przestarzały model finansowania ochrony zdrowia.
- Jakich decyzji od lat brakuje w systemie: od wyceny świadczeń po produkcję leków w Polsce.
Kadrowa karuzela trwa
Po ostatnich aferach w ochronie zdrowia na giełdzie nazwisk pojawili się Jakub Szulc, wiceszef NFZ, Bartosz Arłukowicz, były minister zdrowia, Wojciech Konieczny, do niedawna wiceminister zdrowia, oraz generał Grzegorz Gielerak, szef Wojskowego Instytutu Medycznego. Część obserwatorów uważa jednak, że resortem nadal będzie kierować urzędująca minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda.
To osobisty wybór premiera Donalda Tuska, a dymisja po niecałym roku urzędowania byłaby czytelnym sygnałem dla fachowców poważnie myślących o pracy w administracji państwowej. Żaden profesjonalista dbający o swoją karierę nie zdecyduje się na objęcie stanowiska, z którego może zostać odwołany, zanim zdąży się rozeznać w obowiązkach.
Kadencyjność zabija reformy
Od 1989 roku resortem zdrowia kierowało kilkudziesięciu ministrów z niemal wszystkich opcji politycznych i żaden nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Powodem nie jest brak fachowców, ale brak polityków gotowych powiedzieć wprost, że potrzeba wieloletniego procesu zmian, którego nie da się domknąć w jednej kadencji. Od lat obserwujemy próby ratowania systemu, którego w obecnym kształcie po prostu nie da się uratować. Zamiast reformy zapowiada się kolejne prowizoryczne rozwiązanie: minister, który doprowadzi resort do wyborów, a potem "się zobaczy".
Diagnoza znana od lat
Odwaga polityczna, a nie wiedza, jest tym, czego systemowi brakuje najbardziej. Ministrowie myślą w perspektywie jednej kadencji, o ile w ogóle zdążą ją dokończyć, więc mimo licznych analiz nie wiadomo, ilu potrzeba lekarzy określonych specjalizacji, pielęgniarek czy placówek konkretnego typu. Brakuje też decyzji, czy priorytetem ma być profilaktyka, czy leczenie. System projektowano na około 750 tysięcy urodzeń rocznie, a dziś rodzi się w Polsce mniej więcej jedna trzecia tej liczby dzieci.
Błąd założycielski systemu ochrony zdrowia
Jeden płatnik, Narodowy Fundusz Zdrowia, formalnie jest agendą Ministerstwa Zdrowia, choć w praktyce trzyma resort w szachu. Brak konkurencji oznacza brak realnej wyceny świadczeń: część procedur generuje koszty, inne przynoszą zyski, a płatnik wciąż nie wypracował przejrzystego cennika zakupu usług od placówek. Nie ma kar za nieodwołane wizyty ani poważnej dyskusji o współpłaceniu za wybrane procedury, nie ma też odwagi, by wprowadzić maksymalne stawki dla personelu medycznego i niemedycznego w publicznym systemie.
Do tego dochodzi brak w pełni działającej e rejestracji, brak krajowej produkcji API, czyli substancji czynnych do leków, oraz nadmiar sprzętu diagnostycznego kupionego z różnych funduszy, który musi teraz pracować, żeby się zamortyzować. Problemem pozostaje też przyzwolenie na sytuacje, w których lekarz przyjmuje pacjenta prywatnie, a następnie kieruje go na dalsze leczenie do publicznej placówki, w której sam pracuje. Wiadomo, co należy zrobić, ale tradycyjnie czekamy już na kolejną odsłonę kadrowej karuzeli.
Tomasz Wypych
Fot: Minister Zdrowia Jolanta Sobieranska-Grenda /East News





Komentarze
Pokaż komentarze (8)