Lata 90-te.
Siedzimy sobie we czwórkę w jednej z gliwickich restauracji na imprezie z okazji przyjścia na wcześniejszą emeryturę (40 lat pracy) naszego dobrego kolegi Mundka, z którym pracowaliśmy kilka lat w jednym biurze i później utrzymywaliśmy poprawne stosunki. Mundek najstarszy, ja najmłodszy.
Jeden sznapsik, zakąska i zaś sznapsik. Fajnie jest. Gadka, szmatka i zaczynamy "fedrować".
I tu stop klatka. Cofnę się o ok. 19 lat.
W połowie lat 70-ch byłem pracownikiem z kilkuletnim stażem pracy w jednym z gliwickich biur konstrukcyjnych.
Pracę swoja lubiłem i wykonywałem w miarę dobrze i dokładnie, o czym świadczyły: mała ilość błędów po sprawdzeniu jak i przyznawanie dosyć wysokich premii.
Nie byłem członkiem żadnych organizacjach społecznych i politycznych, za wyjątkiem członkostwa w Związku Zawodowym. Wcześniej, na przełomie lat 60-ch na 70-ch byłem członkiem ZMS-u.
Aż tu nagle w dniu 30 stycznia 1976 roku zostałem wezwany do Działu Kadr, gdzie otrzymałem wypowiedzenie umowy o pracę. Ot, tak znienacka. Bez żadnego paragrafu.
Na świadectwie pracy napisali, że stosunek pracy wygasł "w związku z otrzymaniem wskaźników dyrektywnych stanu zatrudnienia w 1976 roku".
I wszystko niby OK! Sprawy finansowe uregulowane, termin wypowiedzenia dotrzymany, urlop mogłem wykorzystać, no i mogłem się w terminie 7 dni odwołać do Powiatowej Komisji Odwoławczej, czego nie uczyniłem.
Myślałem sobie, młody jestem, mam kochającą żonę, posiadam jakieś wykształcenie i kilkuletni staż pracy w dobrym gliwickim biurze, a wcześniej pod ziemią w jednej z kopalń, to nie będzie żadnego problemu znaleźć podobnej pracy w Gliwicach, w Zabrzu, czy w Katowicach.
Więc zacząłem osobiście szukać pracy. Od działu kadr do działu kadr. I klapa. Nikt mnie nie chce zatrudnić.
Wymyśliłem inny sposób. Mianowicie przez pewne znajomości moje i moich kolegów nawiązywałem kontakty z kierownikami komórek projektowych i po rozmowach niektórzy z nich wyrażali chęć zatrudnienia mnie.
I też nie dawało rady.
Szefowie podpisywali podania, podawali terminy przyjęć i warunki wynagrodzeń.
Chodziłem z tym do Działów Kadr, tam oczywiście przyjmowali podania i prosili o kontakt w jakimś określonym dniu.
Przychodziłem w tych określonych dniach i miłe panie mówią mi, że bardzo im przykro, ale ten etat jest już zajęty.
Jaka cholera? Co jest grane?
O tym co było grane będzie na końcu tego tekstu.
I tak sobie szukałem tej pracy przez jakieś trzy miesiące. Bez skutku.
Aż tu nagle, w maju 1976 roku wracając pociągiem z Katowic przysiadł się do mnie kolega z byłego biura. Okazało się, że Jurek, tak mu było na imię, zna moją historię poszukiwania pracy.
Bez wdawania się w zbędne szczegóły, podał mi kontakt z pewną osobą zatrudnioną w jednym z gliwickich Instytutów.
Cud.
Od pierwszego czerwca zostałem zatrudniony na dobrym stanowisku i z dobrym wynagrodzeniem.
Fajni, życzliwy i sympatyczni koledzy, praca bardzo ciekawa.
Konstruowałem przyrządy kontrolno-pomiarowe, w warsztacie wykonywałem na obrabiarkach poszczególne proste elementy tych przyrządów, a następnie jeździliśmy do różnych Zakładów Chemicznych na instalacje w celu dokonywania prób i późniejszego wdrożenia.
Pracowałem w Instytucie do końca listopada 1977 r. Pracę rozwiązałem za porozumieniem stron.
W połowie listopada, żona pracująca wówczas w jednym z biur projektów w Gliwicach, powiadomiła mnie, że w związku z dużym spiętrzeniem prac projektowych zaistniała konieczność zwiększenia ilości etatów w kilku pracowniach.
Poszedłem z podaniem do Kierownika Pracowni na rozmowy i po kilkunastu minutach umowa została podpisana. Następnie udałem się z zaakceptowanym podaniem do Dyrektora Biura, a nie do Działu Kadr. Dyrektor wyraził pisemną zgodę.
Pracę mogę podjąć od 1-go grudnia.
Pani sekretarka Dyrektora zaniosła podanie do Sekretariatu Głównego.
Przychodzę do pracy w ten dzień, to chyba był czwartek, udaję się do DK, przedstawiam się, a pani szefowa robi zdziwione oczy i mówi mi, że nigdy nie było w DK mojego podania.
Przeprosiłem, udałem się do Sekretariatu Głównego, powiedziałem o co chodzi.
Pani z SG lekko się wnerwiła i udała się ze mną do DK.
I tutaj odbyła się fajna scenka.
Pani z SG do szefowej DK:
- Krysiu, podanie tego pana znajduje się u ciebie od kilku dni.
- To nieprawda, żadne podanie od was do DK w ostatnich dniach nie dotarło - rzekła Krysia.
No to pani z SG bez ceregieli otwarła szufladę biurka pani Krysi i wyciągnęła moje podanie.
Prestidigitatorka.
I myślicie, że pani Krysia się zarumieniła? Nic z tych rzeczy. Wydała jedynie suche polecenie swojej podwładnej, aby przygotowała dla mnie stosowne dokumenty.
I tak pracowałem w owym biurze aż do jego likwidacji.
A dziś, po przepracowaniu w sumie 43 lat, za zasiłek przedemerytalny w wysokości ok. 800 zł netto, jeżdżę sobie z kolegami rowerem po Europie, po Polsce i po moim rodzinnym Śląsku, popijam browarka i mogę na własne oczy oglądać efekty mojej pracy.
I cieszę się, że jestem zdrowy, mam duże grono przyjaciół i kolegów, którzy zawsze mi w trudnych chwilach pomogą, razem kibicujemy Piastunkom i codziennie mógłbym pić z nimi piwko, tylko kasa się nie zgadza.
A teraz opowiem co było grane.
Na tej imprezie był również Jurek. I podczas tego "fedrowania" przy entym sznapsie, z inspiracji Jurka, Mundek został zmuszony do powiedzenia mi tego, co było grane.
Otóż chodziło o to, że ja gdzieś w listopadzie lub grudniu 1975 roku wyraziłem własnym podpisem poparcie dla "Listu 59", co było prawdą, i przez to miałem wystawiony tzw. "wilczy bilet".
A ja durny, przez prawie 20 lat nie mogłem sobie uzmysłowić tego, co było grane.
Osoby: - Śp. Jurek - dobry inżynier, były członek KOR-u;
- Mundek - były członek POP i szef Związku Zawodowego, w imieniu którego podpisał rozwiązanie umowy o pracę;
- Krzysiu - też dobry inżynier-wynalazca, dużo pił, mało się odzywał, często kiwał głową;
- Ja - jeszcze wtedy naiwny młody hanys.
Tym tekstem chcę gorąco podziękować nieżyjącemu Jurkowi oraz gronu życzliwych kolegów z Instytutu i Biura Projektów, o których wówczas nie wiedziałem że działali w KOR-ze i w ROPCiO, a później w Solidarności.
Wszystkim bywalcom "S24" życzę Wesołych Świąt Bożego Narodzenia i wszelkiej pomyślności w nadchodzącym Nowym Roku 2013.
Szczęść Boże!
424
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (3)