Dwa lata się nie słyszeliśmy, ani nie widzieliśmy. Dzwoni M. i pyta, co słychać. W międzyczasie zmieniło nam się całe życie, na lepsze i gorsze. A w każdym razie zmieniły nam się współrzędne geograficzne, więc wstyd, wstyd, czemu jeszcze nie pokazaliśmy jak mieszkamy etc. Mówię: mój drogi M, w sobotę, na kolację, przychodźcie!!! M. zaproszenie przyjmuje, zadowolony, po czym w pewnej chwili wypala: czy nie pogniewalibyście się, gdybyśmy przyszli z pewnym urządzeniem? - Czyżby odkurzacz? - pytam słabym głosem. Nieeeeeeeeee, ależ skąd! Jak mogłam pomyśleć o odkurzaczu. To urządenie kuchenne...
No i tak. Dziś przychodzą. Urządzenie nazywa się termomiks i oni absolutnie nie chcą, żebyśmy je kupili, ale może ktoś ze znajomych? Zrobiłam wywiad. Wiem o termomiksie wszystko. Ponieważ wiem również wiele o M. i jego sytuacji finansowej, przez mgnienie rozważałam nawet możliwość kupna termomiksu, mógłby go nawet nie wypakowywać z pudła, wierzę na słowo, że genialny. Ale, jak się dowiedziałam, ten szajs jest cholernie, cholernie drogi. I jakoś mnie cała ta historia zniesmaczyła. Nawet, jeśli wiem, że nasi przyjaciele naprawdę chcieli się z nami spotkać i to urządzenie, to tylko tak przypadkiem... Cóż, kiedy przestałam się cieszyć na nasze spotkanie.





Komentarze
Pokaż komentarze (3)