hildegarda hildegarda
62
BLOG

Ballada o dobrych fryzjerach

hildegarda hildegarda Rozmaitości Obserwuj notkę 14

Przez całe lata przedkładałam artystyczny nieład na głowie nad równe cięcie i kolorystyczną stateczność. Czas jednak robi swoje, a także otoczenie: moje pracowe koleżanki są bardzo eleganckie i dobrze czesane. Dlatego ostatnio postanowiłam rozejrzeć się za fryzjerem, o którym z dumą mogłabym mówić: „mój”. „Mój fryzjer zdecydował, że robimy balejaż”, „mój fryzjer doradził mi wycieniować grzywkę” – słowem, element statusu, obok „mojego adwokata” i „mojego trenera od skłosza”.

Oczywiście, kpiny sobie robię. Ale lepiej być dobrze uczesanym niż źle.
A że dobrze uczesana niewątpliwie jest moja koleżanka biurko obok, to poprosiłam o namiar na „jej” fryzjera.
Pan Piotr przyjmuje w centrum Warszawy, w eleganckim salonie i ma eleganckie warszawskie ceny (ból, ból, ból). Kiedy już umówiłam się na wizytę, dowiedziałam się o nim jeszcze paru rzeczy. Po pierwsze – jest gejem. A było to tak. Monika (moja koleżanka biurko obok) pracowała w dzienniku Metro. Jak wiadomo (albo i nie wiadomo) wydaje go Agora. Gdy pan Piotr dowiedział się o tym, wykrzyknął: Ach, Agora! Wie pani, ja tak podziwiam Wandę Rapaczynski! Ona mi się tak podoba, to taka silna, taka władcza kobieta!
Rozmowa jakoś tam się potoczyła dalej, Pan Piotr mówił o sobie różne rzeczy i w pewnej chwili wypalił: - Bo wie pani, ja jestem gejem.
Kompletnie nieprzygotowana na takie wyzwanie Monika wykrztusiła: - Jezus Maria, panie Piotrze, i jak my to powiemy Wandzie Rapaczynski!
Nie jest to jedyna ciekawa informacja na temat mojego (już mojego!) fryzjera. Otóż oprócz akademii fryzjerskiej, która od najwcześniejszych lat była jego marzeniem, ukończył on był szkołę dla położnych oraz szkołę dla ratowników medycznych. Jest specjalistą od resuscytacji. Aby nie stracić uprawnień, od czasu do czasu bierze dyżury. No po prostu człowiek orkiestra! I grzywkę ufarbuje, i dziecko odbierze i jeszcze przywróci do życia.
Ale to ciągle nie koniec sensacji: pan Piotr przez długi czas był supportem (obsługiwał jakieś bardzo skomplikowane urządzenia) przy supertrudnych operacjach najsławniejszego (niestety złą sławą) w Polsce lekarza od przeszczepów.    
Ba voila!
Te historie o „moim” fryzjerze przypomniały mi jeszcze jednego przedstawiciela tego zawodu, którego spotkałam jakieś 6 lat temu na wakacjach. Wyjechałam z maleńką wtedy córeczką na warsztaty muzyki ludowej i rękodzieła ludowego, organizowane przez Dom Tańca (impreza nazywa się Tabor Tańca, jest robiona co roku, warto, warto, warto!). Oprócz licznych przyjemności (nauczyłam się tkać, poczyniłam pewne postępy w nauce gry na cymbałach – tych od Jankiela itp., itd.), niewątpliwą atrakcją był Francuz, fryzjer właśnie. I to ponoć niebylejaki: fryzjer z Pól Elizejskich, do którego na czesanie przylatywały z Moskwy rosyjskie milionerki. Jego pasją była muzyka ludowa. Jako że nie miał rodziny ani zobowiązań, gdy czesanie koków już go znudziło, piżgnął interesem, sprzedał wszystko i ruszył w świat – za muzyką. Od festiwalu do festiwalu. Trafił też pod Radom, do Taboru Tańca. Czesał tam wszystkie panie, które chciały. Za pieniądze, ale mniejsze niż na Polach Elizejskich. I było tak, że pośrodku pola stało krzywe krzesło, po prawej śpiewaczki ludowe z Gałek uczyły grupkę dziewcząt swoich pieśni, po lewej orkiestra węgierska ćwiczyła czardasza, na wprost łąka bezkresna. Ja na krześle, przy mnie fryzjer, który wyciągnął z plecaczka pas z dwudziestoma różnymi parami nożyczek... Cięcie trwało bite dwie godziny, dosłownie włosek po włosku. Ale właśnie wtedy miałam najlepszą fryzurę w życiu!
hildegarda
O mnie hildegarda

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (14)

Inne tematy w dziale Rozmaitości