hildegarda hildegarda
72
BLOG

Nie każdy miał szczęście znać anioła

hildegarda hildegarda Rozmaitości Obserwuj notkę 17

Jest taka książka Romain Gary pt. “Obietnica poranka”. Opisuje niezwykłą miłość syna i matki. Chichoczę pod nosem na samą myśl, co powiedzieliby o ich więzi psychologowie. O tej pazerności, apodyktyczności, o wymaganiach “z księżyca”, jakie kobieta stawiała swojemu dziecku. Chowała go na “wielkiego pana”, wydawała całe pieniądze na naukę szermierki i francuskiego. Kiedy dzieciaki z biednego wileńskiego podwórka wyśmiewały się z chłopca ubranego w aksamitne spodenki, wybiegała na klatkę schodową kamienicy i krzyczała: on będzie wielki, on będzie dyplomatą, i pisarzem będzie! Oczywiście, jej gniew wywoływał kolejną falę szyderstw. Bo jakże to, taka biedota i ma być królem świata? Jednak jeden z sąsiadów - stary Żyd - zaprosił chłopca do domu, poczęstował cukierkami i powiedział: - Pewnego dnia, gdy będziesz tym wszystkim, co wróży ci matka - bo matki wiedzą takie rzeczy - gdy będziesz przemawiał do wielkich tego świata, powiedz im, że w Wilnie, w kamienicy przy ulicy takiej to a takiej, pod numerem piętnastym żył kiedyś pewien stary Żyd...
Po latach chłopiec istotnie został dyplomatą i pisarzem (między innymi; jako jedyny autor dwukrotnie otrzymał nagrodę Goncourtów). Swoje pierwsze wystąpienie w siedzibie ONZ (był tam francuskim delegatem) rozpoczął od słów: Przed wojną w Wilnie, kamienicy przy ulicy takiej to a takiej, pod numerem piętnastym mieszkał stary Żyd...
Uwielbiam tę książkę. A ten fragment w szczególności. Ma bardzo luźny związek z tym co chcę powiedzieć (opowiadam tylko dlatego, że lubię wciskać innym to, co sama kocham)- taki mianowicie, że wprawdzie nie jestem delegatem w ONZ, ale i ja mam osobę o której zawsze opowiadam z imienia i nazwiska, ilekroć mam okazję. To Cecylia Kot. Służąca mojej babci. Niania, nianiusia, nasz własny domowy anioł, przysłany z nieba po to, żeby wlać morze miłości w dosyć zimną i “sztywniacką” rodzinę.

Parę dni temu pokłóciłam się z koleżanką z pracy, bo - pod wpływem informacji o spadku czytelnictwa - podzieliłam się z nią swoją opinią, że te histerie są zupełnie nieuzasadnione. Że pięćdziesiąt i sto lat temu czytano jeszcze mniej i że tak naprawdę to niewiele znaczy. Ona natomiast zaczęła mówić o emocjonalnych analfabetach - i że te braki w uczuciowym rozwoju to stąd, że ludzie nie sięgają po książki. - Bolszit - mówię. - Moja nianiusia nie czytała, a była to najmądrzejsza sercem (uczuciami) osoba, jaką znałam!
Oczywiście, nie wypadło to zbyt błyskotliwie. Koleżanka popatrzyła na mnie z politowaniem i na tym się rozmowa skończyła. Nie uratowała mnie nawet informacja, że sama co tydzień czytam przynajmniej jedną książkę. Akurat z emocjonalną mądrością czytanie książek ma tyle wspólnego, co wirtualny pilot z ptasimi skrzydłami. Znam ludzi, którzy czytają nawet i mądre książki, nawet i dużo, i powieści chwytających za serce, a są emocjonalnymi rzeźnikami.

Gdybym miała powiedzieć, co takiego dobrego, mądrego, ciepłego było w Cesi, to po prostu życzliwa, stała obecność. Bezgraniczna milcząca akceptacja. Kiedy zajmowała się dzieckiem, to to dziecko czuło się jak w puchowej, miękkiej otoczce. A przecież ani specjalnie nie przytulała, ani nie całowała. Nie miało to nic wspólnego z czułostkowością. Ale zawsze dawała to, o co człowiek poprosił. Gotowanie to był jej sposób na wyrażanie miłości, dlatego przez cale życie uważam miłość za niezbędną przyprawę każdej zupy i każdego piernika. Czasem siedziała przez pół nocy przy małym chemiku, który zrobił wybuch w dłoni i miał poparzoną skórę, żeby delikatnie dmuchać na bolące miejsce. Miała taką serię swoich mądrości. Na przykład powtarzała: Moja mamusia mówili, że nawet jedną jagódką można się podzielić. Gdybym ja dziś i zaraz miała napisać dziesięć zdań, wiedząc, że tylko one po mnie pozostaną, to jedno z nich brzmiałoby właśnie: nawet jedną jagódką można się podzielić.

Nianiusia umarła, kiedy miałam piętnaście lat. Miała nowotwór piersi, strasznie się męczyła, ale nie pisnęła nawet słówka. Odmawiała koronkę do Bożego Miłosierdzia. Słowa Jezu ufam Tobie kazała sobie wyryć na grobie. Pewnie również dlatego akurat ta modlitwa jest dla mnie bardzo ważna. Bajdełej, ostatnio dostałam od mojej ulubionej kuzynki (Agnieszki...) płytę z wyśpiewaną koronką - oj, bardzo, bardzo! Muzykę ułożyli jacyś chłopcy od Ojca Góry.
Nie każdy ma własnego anioła, takiego konkretnego z imienia i nazwiska. My mamy. Kiedy byłam na pierwszym roku studiów, zdarzało mi się spać do południa, bo nie była to medycyna tylko przyjemny kierunek humanistyczny. Mieszkanie moich rodziców jest dwupoziomowe. Specyfika akustyczna lokalu jest taka, że na górze słychać to, co za ścianą mówi szeptem sąsiadka, ale nie słychać już, gdy ktoś kogoś woła z kuchni. Otóż któregoś dnia, kiedy sobie spałam w najlepsze w pokoju na górze, przyśnioło mi się, że wstaję i schodzę do kuchni. Tam przy zlewie stoi nianiusia, bardzo zdenerwowana i tamuje rękami tryskającą ze ściany wodę. Sen był niesłychanie realistyczny. Stanęłam w progu kuchni jak wryta i mówię: Cecylko, ty żyjesz? Ja myślałam, że ty umarłaś! A ona na to, zagniewana, takim gderliwym głosem mówi: -Gdyby nie ja, wszyscy byście poginęli! - I ruszyła w stronę drzwi wyjściowych, które wyciągnęły się w tak dłuuuuuuuugi korytarz, a ona w nim znikła. Obudziłam się. Usiadłam. Przeciągnęłam się. Wstałam. Powoli zeszłam na dół. A tam w kuchni woda leje się strumieniami. Na całą podłogę, po kostki prawie. Cóż się okazało. Poprzedniego dnia odcięto dopływ wody. Rano ktoś sprawdzał, czy już ją puszczono, ale nie zakręcił z powrotem kranu. Gdy woda ruszyła, ciśnienie wysadziło ramię kranu, które u nasady było przerdzewiałe. No i Niagara trysnęła na kuchnię. Może byśmy się nie utopili, ale sąsiada zalalibyśmy, to pewne, gdyby nie ta interwencja. W taki oto sposób Cesia dała nam znać, że dalej jest z nami. Nie mam cienia wątpliwości, poszła do nieba, jak stała. Nawet z tymi kapciami w kratkę i aluminiowymi szpilkami do włosów.

A w tę niedzielę poszłam do kaplicy przy szkole moich dzieci. Jak zwykle, na początku czytano intencję: o lepsze życie dla Michała, Joanny, Tomka.... i tak ksiądz wymienia, wymienia. Więc pomyślałam sobie, że szkoda, że nikt tak za mnie mszy nie zamówił. Życie złe nie jest, ale poprawić coś tam się da (choćby nieposkromioną chęć posiadania kolejnych kolczyków i spróbowania kolejnych win). I w tym momencie ksiądz zawiesza głos i mówi: i za Hildegardę. No powiem, że się trochę poczułam dziwnie. Nie znam żadnej Hildegardy, poza tą z Bingen. A i jej też nie poznałam jeszcze osobiście. Ale lubię sądzić, że nie ma przypadków, więc postanowiłam zaprosić na mój blog anioła.

hildegarda
O mnie hildegarda

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (17)

Inne tematy w dziale Rozmaitości