To nie było wczoraj. Wczoraj grzebałam w ziemi, karczując dzikie pnącza, które zarosły cały ogród, zrobiłam rabatkę z ziołami – pod oknem kuchennym i dosadziłam trzmielinę obok figury świętego Antoniego. Bo mam własnego betonowego świętego (dość urodziwego ;-), którego wraz z panem B. oraz moim najlepszym kolegą uratowaliśmy z ogrodu pewnego barbarzyńcy, który chciał był potraktować go młotem.
Wczoraj również byłam z panem B. na przedstawieniu Malambo według Słobodzianka w Laboratorium Dramatu (odtrutka po Dorianie Gray’u). Sztuka z mądrym przesłaniem, świetnie zagrana z porcją śmiechu i fajnej, na żywo podanej muzyki. Kończy się tak samo optymistycznie jak Grek Zorba (jest kiepsko, ale tańczymy – innymi słowy, „Póki się śpiewa jeszcze się żyje” – to ostatnie, to cytat z Nohavicy). Dla każdego.
Ech, cudowny moment w życiu, kiedy bachory są już na tyle duże, że mogą zostać same przez parę godzin, a starzy ludzie pójdą po odrobinę rozrywki.
A ten najdziwniejszy dzień... był 10 lat temu, 11 sierpnia 1999. Dzień całkowitego zaćmienia słońca. Spędziłam go również w ogrodzie, który wtedy otaczał maleńki drewniany parterowy domek, wyglądem przypominający pudełko zapałek, wypełniony starymi meblami, starymi książkami, z najpiękniejszą w świecie, nigdy nie lakierowaną dębową podłogą. Na dachu tego domku, na kominie siedziałam kiedyś o świcie i pan B. grał mi na gitarze: Ja o drogę się nie pytam, bo nie ważny dla mnie czas... oraz „Mógłbym się kochać z tobą choćby na polu minowym” (bo pan B. był punkowcem i miał w repertuarze różne dziwne rzeczy).
Przyjaźniłam się właścicielką domku i ogrodu – miała na imię Alicja i była pisarką. Chociaż umarła ona właśnie 10 lat temu, jesienią, to ta przyjaźń stała się dla mnie natchnieniem na resztę życia.
Dzień całkowitego zaćmienia słońca zaczął się od powrotu Alicji ze szpitala. Na czas nieobecności „wypożyczyła” swój domek pewnemu panu, który wyglądał jak kolszard (maleńki, tak z metr pięć w kapeluszu, zarośnięty, w okularach grubych jak denka butelek, z plecakiem, w którym mieścił się cały jego dobytek; były to książki – głównie rozmaite wydania Beaudelaire’a, gdyż – jak się dowiedziałam - prześlicznie tłumaczył literaturę francuską, chociaż nikt na świecie tego nie wiedział). Alicja weszła do swojego domku i oniemiała, a ja razem z nią: na stoliku nocnym leżały dwie (dwie!!) sztuczne szczęki. Jedną z nich człowieczek sprawnie umieścił w jamie ustnej, drugą schował do kieszeni. Oświadczył następnie, że specjalnie dla Alicji napisał wiersz – w podzięce za gościnę. Poprosił mnie odczytanie go, ale nie byłam w stanie tego zrobić. Był to bowiem bardzo śmiały erotyk ( o czym się zorientowałam już po pierwszm wersie). Pod jakimś pretekstem (nieczytelne pismo) oddałam wiersz autorowi. Alicja miała wtedy 64 lata, była zniszczona chorobą. Ostatnia rzecz, jaka przychodziła na myśl, gdy człowiek na nią patrzył, to erotyka. Wydało mi się to wtedy przerażająco nietaktowne. Dziś może miałabym więcej odwagi.
Człowieczek zwinął się i poszedł – obiecawszy przepisać wiersz na maszynie, a my usiadłyśmy na ganeczku. Alicja była najgorszą bałaganiarą i flejtuchą, jaką ten świat wydał. Ganeczek był zmontowany z pozbijanej byle jak starej dykty, którą znalazła na jakimś śmietniku, drewniane ławy – duma właścicielki – przykryte były starymi brudnymi futrzakami, po których ganiały koty, albo w które zakopywał się pies. A jednak nigdzie nigdy w życiu tak mi się nie siedziało. I żadne merloty świata tak mi nie smakowały, jak jej podfermentowane wino wiśniowe (za domem rosły dwie wiśnie), które wzmagało gadatliwość i puszczało myśli pod niebo. Kiedy tak sobie tam siedziałam, kompletnie traciłam poczucie upływającego czasu, czas - jak u Boga - nie istniał. Na takie rozmowy to życia nie szkoda. O Bogu właśnie (najwięcej). O literaturze. O miłości. O ludziach. O przyrodzie. O tym, co się zdarzyło nam i innym ludziom. O snach.
Gdy odszedł poeta ze sztuczną szczęką, przybiegła Ania – tłumaczka, wyznawczyni niejakiego Sai Baby, kompletnie sfiksowana osoba. Wpadła i od furtki zaczęła wołać: Cud, zdarzył się cud! Będziesz zdrowa! – A jakiż to cud – pyta Alicja. – Sai Baba dał nam znak! Znalazłam pieniążek, grosik – on zawsze podrzuca swoim wyznawcom drobne pieniążki, na dobrą wróżbę. – Szkoda, że drobne – mruknęła Alicja. – To nie wszystko – na to Ania. – Wyobraź sobie, że on mi nagrał mantrę na kasetę! – A jak ci nagrał? – No po prostu, nagle na pustej kasecie zjawiła się mantra. – Dawaj – mówi Alicja – słuchamy! Ania puściła kasetę, z której rzewnie popłynęły piskliwe kobiece trele. – Ale to jakaś baba śpiewa, nie Sai Baba – rzekłam ja. – Sai Baba potrafi śpiewać każdym głosem – z niezachwianą pewnością stwierdziła Ania. Ot i gadaj z wariatem.
Jakoś obiad się zbliżał, więc poszłam gotować makaron, który miałyśmy zjeść z serem i maggi, a Alicja poszła kopcić szybkę – żeby patrzeć przez nią na to zaćmione słońce. Faktycznie, światło było tego dnia, przynajmniej przez jakieś dwie godziny, sepiujące, niezwykłe, budzące niepokój. Tak jakbyśmy wszyscy znaleźli się na starej fotografii. Jeszcze kopcimy szybki, gotujemy kluski, ale już jesteśmy w czasie przeszłym. Tak sobie myślałam stojąc nad zdezelowaną kuchenką, a Alicja wołała: zostaw te kluchy! Jeszcze się nagotujesz klusek, a następne zaćmienie słońca mamy za trzydzieści lat, tyle czekania! Pozostawiłam więc kluski na spalenie – w końcu miała rację. Wyszłam do ogrodu i wtedy zobaczyłam, że te szybki, które ona kopci, to kawały potłuczonej szyby z okna. Ogromne. A kopci je kawałami płonącej gazety. Właśnie taka ona była. Dziwaczna. Tego dnia na ulicy wzdłuż domu znalazłam kilka martwych zwierząt. Wiewiórkę i dwa ptaki. Zakopałam je na skraju lasku, i wtedy zobaczyłam trzeciego ptaka – młodą kawkę. Najwyraźniej wypadła z gniazda. Alicja postanowiła za wszelką cenę ją uratować. Kawka żyła jeszcze dobę, okropnie się męcząc. Wydłubywałam dla niej z ziemi dżdżownice (na rozkaz Alicji), ale nie była w stanie złapać jej dziobem. Taka też była ta Alicja: już nie miała siły, żeby mówić, ale jeszcze kazała gestem otwierać okno, żeby wypuścić pszczołę. Szacunek dla najdrobniejszej formy życia.
A wszystko to przypomniało mi się właśnie ze względu na dżdżownice, których mrowie wylazło po deszczu, deszczyku. A, no i ostatnio jeszcze na Krakowskim Przedmieściu mignął mi człowieczek, tłumacz literatury francuskiej – wygląda dokładnie tak samo, z tym samym plecakiem. Ciekawe, czy ktokolwiek na świecie wie, że pisze odważne erotyki.
O Alicji myślę każdego dnia, kiedy widzę sikorkę. A że sikorki wzięły miasto, myślę dość często.





Komentarze
Pokaż komentarze (36)