Pamiętam jak szłyśmy na zakupy do sklepu na Perzyńskiego – musiałam mieć ze trzy lata. Uparłam się, żeby mi kupiła do zjedzenia kawałek drożdży – bo myślałam, że to chałwa. Co za przykra niespodzianka! Jakieś takie mgnienia, z w czesnego dzieciństwa.
Nie zdążyłam się z moją mamą zaprzyjaźnić. Kiedyś, podczas jakiejś awantury pojechała tradycyjnym: „Nie jestem waszą służącą!” – A szkoda! – powiedziałam. Mama robi zdziwioną minę. – Bo można by cię było wylać z roboty! Śmiała się. Moja mama miała poczucie humoru. Właściwie każdą awanturę dało by się rozbroić dowcipem. Gdyby ktoś próbował. Zastanawiam się, jaka była jej główna cecha. Chyba jednak uczciwość. Uczciwa była do granic absurdu: nie daliśmy łapówki lekarzowi, który wyraźnie wywierał presję, żeby przyspieszyć przyjęcie jej do szpitala. Mama uważała, że inteligentowi nie przystoi coś takiego jak łapówka.
Nie, nie byłyśmy przyjaciółkami, a wynikało to chyba z tego, że ja jestem chaotyczna i uduchowiona, a moja mama była czystym pragmatyzmem i porządkiem. No więc, jak miałyśmy się dogadać? Z drugiej jednak strony zawdzięczam jej parę cech, które w sobie cenię. Na przykład hojność, także emocjonalną. To nie przechwałki, to wdzięczność. Jakaś tam...
Czasami idę ulicą za matka i córką: dwie przyjaciółki, wybierają się oglądać buty, albo sukienki. Nie chodziłam po buty z mamą, bo moja mama nie wybierała się nigdy po buty dla siebie. Dla siebie nie kupowała niczego. Dopiero parę lat przed śmiercią zaczęła sobie trochę dogadzać, wcześniej liczyły się inne sprawy. My się liczyliśmy.
Miałam jej za złe tyle rzeczy, z resztą wiele z nich słusznie. Nie ma to znaczenia. Nie gadałyśmy godzinami przez telefon, nie miałyśmy wspólnych spraw. Irytowały mnie jej krytyczne uwagi, a ona reagowała gniewem za każdym razem, kiedy robiłam coś inaczej niż ona. A jednocześnie byłyśmy połączone niewidzialną nicią. Mama mówiła: podaj mi to niebieskie... Jak to się nazywa... A ja szłam do garderoby i wyciągałam z góry śpiwór. Nie było szansy, żeby się domyśleć, czysta telepatia.
Dwa tygodnie po śmierci mamy weszłam do jej pokoju i szepnęłam: powiedz do mnie coś jeszcze. I wtedy mój wzrok padł na segregatory z papierami, wszystkie opisane: Nasz dom, Działka, Rachunki, Moja emerytura, Kuchnia... Wyciągnęłam Kuchnię. Pod stertą przepisów znalazłam pamiętniki mamy. Sprzed lat. Jeszcze mnie na świecie nie było. Mamy identyczny charakter pisma. Ta moja pragmatyczna, konkretna matka pisała z takim żarem, z takimi emocjami... Nie znałam jej takiej. A mogłabym napisać tak samo. Kiedyś napisałam. A więc była możliwość porozumienia! Wiem na pewno, że prędzej czy później byśmy się dogadały, bo nie byłyśmy tak strasznie różne, jak sądziłam.
Generalnie nie przykładam specjalnej wagi do tych wszystkich „dni”. Dnia kobiet, dnia matki, dnia dziecka. Każdy dzień jest dniem kobiety, matki i dziecka. Oraz paru innych jeszcze. Ale dwa lata temu, w przeddzień Dnia Matki miałam sen. Przyśniła mi się mama jako młoda kobieta, mniej więcej w moim wieku. Stała w pokoju zalanym światłem, wyglądała ślicznie. Ja w tym śnie byłam niemowlęciem. Mama podniosła mnie i przytuliła. I poczułam takie niesamowite szczęście, takie fizyczne szczęście rozlewające się wokół serca ciepłą falą. Coś nie do opisania słowami.
Kiedy indziej przyśnił mi się jej głos. Miałam wstać o czwartej rano, zamówiłam sobie budzenie. Ostatnią myślą przed zaśnięciem było, że nie pamiętam już głosu mojej mamy. I oto za pięć czwarta obudziło mnie wołanie. We śnie mama wołała moje imię.
Nie mam nic do dyspozycji, poza świętych obcowaniem, ale to wcale nie mało. Wiem, że ona wie, że ja. I ja też wiem, że ona. I to, że obie wiemy, jest takim mostem do nieskończoności, gdzie wszystko kiedyś obejmą miłosierne ramiona.





Komentarze
Pokaż komentarze (8)