Pamiętam, jak podczas wakacji spędzanych w przepięknej miejscowości Karłów w Kotlinie Kłodzkiej zawitaliśmy do Wambierzyc, gdzie jest jedyne w swoim rodzaju muzeum osobliwości. Można tam np. obejrzeć kolekcję wszystkich możliwych piór wiecznych z epoki PRL-u. Albo guziki od mundurów wszelkiej maści. Albo przedwojenne drewniane lodówki. Jest tam także para słoików wykopanych po wojnie na podwórku poniemieckiego domu: kompot z porzeczek oraz mięsny wek. Wyglądały całkiem apetycznie, choć wtedy, gdy je oglądaliśmy musiały mieć z 70 lat. Cóż jednak znaczy dobra gospodarska robota! Porzeczki prawie nosiły na sobie ślad ręki, która je rwała. Pewnie też i smak (choć nikt by nie odważył się tego spróbować).
Tak, każda ręka daje inny smak. W mojej rodzinie kobiety uwielbiają gotować i zdaje się, że robią to nieźle: kiedyś ktoś powiedział, że nasze grzyby w wigilijnym barszczu nabierają właściwości halucynogennych (to był komplement). Te smaki, które już nigdy nie wrócą – bo nie ma osób, których były częścią – próbuję czasem odtwarzać, ale bezskutecznie. Niby podobne, ale to tak jak z głosem: prawie taki sam, ale nie ten sam.
Kiedyś, podczas sprzątania piwnicy, znalazłyśmy z mamą słoik konfitur poziomkowych, które robiła jeszcze mama mojego taty (od paru ładnych lat wtedy już nie żyła). Co to była za metafizyczna uczta! Najwspanialsze poziomki świata. Nie da się powtórzyć tego smaku choćby z tej przyczyny, że trudno znaleźć kogoś, kto uzbiera garnczek leśnych poziomek. A z tych ogrodowych nigdy nie wyjdzie równie aromatyczna słodycz.
A ogórki mojej mamy? Jakeśmy je pałaszowali, to było trochę tak, jakby ona w dalszym ciągu się nami opiekowała, najdosłowniej. Niby ogórki to ogórki, ale jak wytłumaczyć, że one smakują inaczej, niż każde inne na świecie? Swoją drogą, to dziwne, jakie rzeczy bywają trwalsze od ludzkiego życia. Atrament w piórze, grzebień, słoik z przetworami. Kiedy moi przyszli teściowie podejmowali mnie kolacją z okazji naszych z panem B. zaręczyn, wyjęli z barku butelkę wina, które zrobił dziadek mojego męża. Ta butelka miała ze trzydzieści lat – dziadka też już od dawna nie było. Madonno, co to był za trunek! Potem piłam rozmaite tokaje, muskaty, sauterny, ale to wino ngdy nie będzie mieć u mnie konkurencji.
Jednym z większych zdziwień w moim życiu było, gdy odkryłam, że te wyjątkowe, absolutnie odświętne potrawy z repertuaru mojej babci, są tak proste do wykonania. Babcia co roku powtarzała: kto wam będzie filetował karpia, jak mnie zabraknie? -Nikt nie będzie - powatarzałyśmy - będziemy pluć ośćmi. No i kiedy właśnie babci już nie było, przeżegnawszy się i poleciwszy opiece wszystkich świętych spróbowałam wyfiletować karpia. Łatwizna. Nie ma o czym mówić. To samo dotyczy niesłychanie skomplikowanego podobno tortu orzechowego. To takie proste! Nie zmienia to wszystko faktu że i karp i tort w wykonaniu babci smakował mi bardziej.
Tak, każda ręka smakuje inaczej. W potrawach mojej babci był kunszt i staranność, w potrawach mojej mamy była soczystość i hojność, moja ciotka z kolei ma smaki wyważone i odrobinę przesusza mięso. A ja? Nie wiem. Chyba sypię więcej przypraw niż one. Lubię też eksperymenty i dziwactwa (razu pewnego podjęłam teściów wątróbkąw sosie truskawkowym, ale to nie był strzał w dziesiątkę).
Kiedyś mój ulubiony kolega przysłał mi sms-a z limerykiem:
Pewna Justyna z Warszawy syci energią potrawy/lecz z równie dobrym wynikiem/syciłaby arszenikiem/ gdyby kto wdepnął w jej sprawy.
A piszę to wszystko, bo od dwóch dni biegam na targ, gotuję, gotuję, gotuję. Nastawiłam też pierwsze ogórki do szybkiej konsumpcji i wykonałam właśnie zimne nóżki, które może nie należą do potraw wykwintnych, ale pan B. bardzo je lubi, a ja ostatnio posiadłam umiejętność ich robienia.
PS. Przed chwilą na taras wlazła wrona, podeszła do pustej doniczki, w której zebrało się trochę deszczówki, napiła się i poszła. Lubię wrony!





Komentarze
Pokaż komentarze (51)