Europejscy przywódcy padają sobie w ramiona, ściskają dłonie, poklepują po plecach, rozsyłają uśmiechy, wygłaszają triumfalne przemówienia. Zielenią się giełdy, pełna erekcja na rynkach finansowych. To oczywiście reakcje na ustalenia zakończonego szczytu Unii Europejskiej, który zgodził się na redukcję greckich długów o połowę. Ten hurraoptymizm wydaje mi się mocno podejrzany, więc sobie trochę pomarudzę.
Kiedy ja będę bankrutował (tfu, tfu, tfu, oby się to nigdy nie stało), państwo zedrze ze mnie swoje podatki do ostatka, a banki z cynicznym uśmieszkiem wyrzucą mnie z domu. Nikt mi niczego nie podaruje. Kiedy dwa lata temu, polskim rynkiem finansowym, wstrząsnął problem opcji finansowych, będących w posiadaniu wielu polskich przedsiębiorstw (często z motywów czysto spekulacyjnych), też odbywała się wielka dyskusja na temat koniecznej restrukturyzacji tego zadłużenia. Co prawda, pojawiały się chore, bolszewickie pomysły unieważnienia opcji walutowych (PSL), ale nikt rozsądny nie traktował poważnie tych projektów. Koniec końców, z problem i tak musiały poradzić sobie banki. Przeważnie wydłużając okres spłaty zobowiązań, a także konwertując część zadłużenia na akcje firm, przez co stały się ich znaczącym akcjonariuszem. Banki, bardzo niechętnie godziły się nawet na częściową redukcję odsetek, nie mówiąc już o kapitale. Państwo, mimo dużego szumu, w niewielkim stopniu wsparło ten proces, w niektórych przypadkach udzielając gwarancji spłaty zadłużenia. Tak czy inaczej, dłużnik nie dostawał prezentów.
Co to ma wspólnego z Grecją? Zadłużenie Grecji to efekt nadmiernej konsumpcji na kredyt i rozbuchanego systemu świadczeń socjalnych, które mają się nijak do sprawności greckiej gospodarki. Jest więc efektem nieodpowiedzialnej polityki prowadzonej przez greckie rządy. Mamy tu dłużnika, dług którego nie jest w stanie spłacić i wierzycieli. Wszystko niby podobnie, tylko recepta na wyleczenie, odtrąbiona na szczycie UE, trochę jakby inna.
Spójrzmy na to chłodnym okiem, zostawiając z boku triumfalizm polityków. Rozumiem, że Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej (EFSF) zostanie zwiększony przez państwa strefy Euro, do około 1 biliona EUR. Dzięki temu, fundusz będzie mógł dokapitalizować najbardziej zagrożone banki, obejmując wyemitowane przez nie akcje. OK., trzyma się to kupy, bo nie rozdajemy tylko wspieramy, oczywiście przy założeniu, że będzie to miało ręce i nogi, również w szczegółach (co do czego można mieć spore wątpliwości). Ale dlaczego, w zamian za redukcję greckich długów o 100 mld EURO, EFSF czy jakiś inny specjalny europejski fundusz nie przejmie przynajmniej części aktywów należących do greckiego państwa (udziały w firmach, portach, lotniskach etc)? Wartość tych aktywów szacowana jest nawet na 300 mld EUR. Te aktywa, w przyszłości zostałyby sprzedane, rekompensując poniesione straty. Wtedy wszystko, odbyłoby się dokładnie na takiej samej zasadzie, jak licytacja nieruchomości, należącej do dłużnika banku. Ale greckie klejnoty pozostaną w greckich rękach, a greckie długi zapłacimy wszyscy.
Tak hojny prezent demoralizuje. Żadne zaklinanie, że są to szczególne, jednorazowe działania nic tu nie pomoże. Czy jeśli w podobnej sytuacji, jak Grecja, znajdą się inne państwa strefy Euro (a są następni kandydaci), zostaną odprawione z kwitkiem? Nie sądzę. Dlaczego społeczeństwa tych państw mają godzić się na drastyczne cięcia socjalne, skoro innym darowywane są długi? A pewnie i tak, dalej będziemy oglądać oburzonych Greków, demonstrujących przeciw polityce zaciskania pasa. Taka solidarność, prędzej czy później doprowadzi do katastrofy finansów państw UE. No tak, ale w demokracji myśli się przede wszystkim w perspektywie najbliższych wyborów.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)