Blisko miesiąc temu, agencja ratingowa Moody’s, sygnalizowała możliwość obniżenia perspektywy polskiego ratingu kredytowego, a potem również samego ratingu (pisałem o tym w notce „Wsi spokojna, wsi wesoła”), jeśli polski rząd nie rozpocznie programu reform. I co? Sytuacja zewnętrzna, od tamtej pory, wciąż zmienia się jaka szalona. Unia Europejska zatrzęsła się w posadach w efekcie awantury wokół bankrutującej Grecji, i Włoch stojących na skraju przepaści. Przez europejskie salony polityczne przetacza się dyskusja na temat racji bytu strefy euro. Tylko w Polsce nuda, nic się nie dzieje. Donald Tusk zmarnował ten czas, z olimpijskim spokojem meblując swój nowy gabinet. Nic zatem dziwnego, że analitycy z Moody’s, zgodnie z zapowiedzią, obniżyli właśnie perspektywę dla polskiego systemu bankowego ze „stabilnej” do „negatywnej”.
W całej tej sprawie ciekawe jest zachowanie szefa NBP, Marka Belki. Od początku konsekwentnie lekceważy zagrożenia wynikające z obniżenia ratingu. Dość zabawnie brzmią dzisiejsze zapewnienia, że ta decyzja nie znajduje uzasadnienia w kondycji sektora bankowego w Polsce, bo polskie banki są dobrze skapitalizowane i stabilne. Prawda, tylko, że banki w Polsce, poza PKO BP, BGŻ, BGK i dwoma lub trzema małymi bankami, należą do zagranicznych instytucji bankowych. Kiepska kondycja finansowa podmiotów dominujących, może mieć istotny wpływ na ich decyzje odnośnie bankowych aktywów w Polsce. Według Belki, ocena Moody’s ma niewielkie znaczenie dla wiarygodności Polski. To także dziwne stwierdzenie, ponieważ obniżka ratingu (jeśli do niej dojdzie) niemal automatycznie będzie skutkowała wzrostem oprocentowania polskich obligacji, a więc wyższymi kosztami pozyskiwania środków finansowych przez państwo.
Trochę inną technikę zamiatania problemów pod dywan zastosował przed wyborami Jacek Rostowski, choć on posunął się znacznie dalej. We wrześniu, przygotowano projekt budżetu na przyszły rok, który zakładał wzrost PKB na poziomie 4%. Minister Rostowski zarzekał się, że taki plan jest jak najbardziej realny, podczas gdy wszyscy, którzy choć trochę orientują się w sprawach ekonomiczno-finansowych zwracali uwagę, że to skrajnie optymistyczne założenia. Teraz, po wyborach, sam już mówi otwarcie o nowelizacji budżetu, co zamierza przeprowadzić pod płaszczykiem wprowadzenia kolejnych wariantów, oczywiście znacznie bardziej pesymistycznych. Takie małe oszustwo wyborcze, zastosowane zresztą nie po raz pierwszy (przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2009 roku, zrobiono dokładnie to samo).
Politycy, jak długo się da, traktują wyborców dokładnie w myśl zasady, o której śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski: „Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”. Bardzo jestem ciekaw jak dalece, Donald Tusk, zdecyduje się „zdenerwować babcię” piątkowym expose. Są już oczywiście przecieki na temat problematyki, która w expose się znajdzie, ale ja wolę poczekać z komentarzem na fakty. Mimo wszystko liczę, że doświadczenie czteroletnich rządów koalicji PO-PSL z Donaldem Tukiem na czele, plus ten dodatkowy miesiąc spędzony podobno na pieczołowitych i drobiazgowych przygotowaniach, zaowocują wreszcie konkretnym, kompetentnym planem reform.
Od razu spieszę donieść, że nie usatysfakcjonuje mnie powtórka sprzed 4 lat, lekko zmodyfikowana o czynnik upływu czasu i sytuacyjny kontekst. Widzę jeden sposób, który mógłby ocalić wiarygodność premiera. Chciałbym zobaczyć, że istnieje precyzyjny plan, wpisany w dokładny harmonogram czasowy obejmujący najbliższe trzy lata rządów, z czego w przyszłym roku poszczególne działania rozbite są na konkretne miesiące. Że plan przewiduje reformę finansów publicznych, cięcia w sferze administracji, projekty rozszerzenia zakresu wolności gospodarczej, a nie tylko zwiększanie przychodów budżetowych poprzez mniej lub bardziej zawoalowane podatki. To naprawdę nie może być bicie piany, do którego Donald Tusk zdążył nas już przyzwyczaić. Najwyższa pora zadbać o to, by nie oglądać kiedyś na ulicach polskich miast, bilbordów podobnych do tego, który otwiera mój dzisiejszy wpis.




Komentarze
Pokaż komentarze