Marcin Horała Marcin Horała
202
BLOG

Pochwała segregacji w edukacji

Marcin Horała Marcin Horała Polityka Obserwuj notkę 29

Raz na jakiś czas przez media przetacza się moralna panika, że w jakiejś szkole wprowadzono segregację. Na przykład jakieś dodatkowe płatne zajęcia z przedmiotu nie objętego normalnym programem nauczania. I – wyobraźcie sobie państwo – na te dodatkowe zajęcia chodzą zazwyczaj dzieci zdolniejsze lub z bogatszych rodzin. Horror.

Za moich czasów w wielu podstawówkach był taki zwyczaj, że klasa A w danym roczniku składała się z prymusów a klasa D lub E z matołków i łobuzów. Teraz rzecz nie do pomyślenia.
 
Teraz bowiem intelektualnym fetyszem staje się wyrównywanie szans. Służyć ma temu publiczna szkoła i oczywiście służy – gdyby tylko na niej poprzestać to wszystkie dzieci miałyby mniej więcej równe szanse. Równie małe konkretnie rzecz biorąc.
 
Na szczęście większości rodziców zależy na dobru ich dzieci, więc każdy stara się i sobie radzi jak może – a to szkołami prywatnymi, a to państwowymi szkołami o opinii „elitarnych” a to wreszcie wkładaniem własnego czasu i wysiłku w rzeczywiste uczenie dzieci po szkole. Udzielanie korepetycji to obecnie cały przemysł, co już samo w sobie jest jednym wielki dowodem na beznadziejny stan publicznego szkolnictwa. Kiedyś korepetycje brali przede wszystkim słabi uczniowie, nie „nadążający” za przerabianym materiałem. Teraz korepetycje biorą właściwie wszyscy uczniowie, których rodzice chcą żeby się czegoś porządnie nauczyli. Oczywiście wiele czynników wpływa na opłakany stan polskiego szkolnictwa, śmiem twierdzić że jedną ważniejszych jest ideologia wyrównywactwa.
 
No bo tak na zdrowy chłopski rozum sprawa jest przecież oczywista. Ludzie rodzą się i z domu rodzinnego wynoszą (na ile decydują geny a na ile wychowanie jest tu sprawą drugorzędną) różny poziom zdolności i umiejętności. Jeden ma naturalne predyspozycje do pracy głową i będzie dobrym naukowcem, dziennikarzem czy innym inteligentem. Inny znów ma wysokie umiejętności techniczne i będzie świetnym inżynierem. Kto inny może nie jest super lotny ale też nie głupi a za to sumienny i staranny i będzie świetnym księgowym albo pracownikiem biurowym średniego szczebla. Wreszcie zdarzy się wielu, którzy choćby nie wiem jak się wysilali wyżej tyłka nie podskoczą, szczytem ich umiejętności będzie podstawowe liczenie oraz pisanie i czytanie ze zrozumieniem prostych tekstów – ale za to mogą być świetnymi hydraulikami, kafelkarzami, operatorami koparek tudzież wykonywać szereg innych bardzo przydatnych społecznie zawodów.
 
Tymczasem pod wpływem fetyszu równych szans intelektualiści uparli się że każdy – bez względu na to jakie ma predyspozycje i zdolności - musi siedzieć w szkolnej ławie praktycznie do pełnoletniości. W tym czasie osobnicy mniej uzdolnieni zamiast zajmować się czymś pożytecznym dla ogółu frustrują się tylko i demoralizują udając, że uczą się czegoś czego nauczyć się nie są w stanie, lub są w stanie ale z wysiłkiem tak ogromnym że nie ma to sensu. Nauczyciel mądry umie takie jednostki wyselekcjonować i przepychać z klasy do klasy udając, że nie wie, że oni tylko udają iż cokolwiek rozumieją – w zamian za respektowanie elementarnych zasad współżycia społecznego na lekcji. Nauczyciel głupi, zazwyczaj jakaś panienka mającą głowę nabitą „Siłaczką” czy innymi „Młodymi gniewnymi” próbuje ich czegoś uczyć dostosowując tym samym lekcje do ich poziomu – z ogromną szkodą dla uczniów bardziej zdolnych.
 
Tu mała dygresja osobista. Od zawsze, no od mniej więcej połowy podstawówki, uważałem się za umysł zdecydowanie humanistyczny. Przedmioty ścisłe darzyłem niekłamanym obrzydzeniem, w liceum czasami ocierając się o nie zdawanie (choć ostatecznie zawsze się jakoś uratowałem). Dopiero żona zwróciła mi uwagę, że tak naprawdę mam ścisły umysł i moje braki w przedmiotach ścisłych wywodzą się głównie z braku wiedzy wywołanej apriorycznym negatywnym założeniem. Faktycznie jak się na tym zastanowiłem to były poszlaki potwierdzające taką diagnozę. Na przykład na moich bardzo humanistycznych studiach postrachem były logika i statystyka – a ja nie dość, że radziłem sobie z nimi z łatwością to jeszcze sprawiały mi przyjemność. Cofając się jeszcze wcześniej we wspomnieniach przypomniałem sobie, że w bardzo wczesnej podstawówce lubiłem matematykę a nawet startowałem w konkursie matematycznym. Niestety trafiłem na nauczycielkę matematyki, dla której świętością było odpowiednie „rozpisanie” zadania. Ja patrząc na dane od razu umiałem podać rozwiązanie – ale i tak musiałem przez następny kwadrans żmudnie rozpisywać wzory i operacje które do tego wyniku prowadziły. Pewnie dla osób mniej lotnych matematycznie takie mozolne rozpisywanie wszystkiego było konieczne bo inaczej by się pogubiły po drodze – mnie rok takiej bezsensownej młócki obrzydził na całe życie wszystko co pachnie matematyką. Jestem jednym z milionów talentów zmarnowanych przez polską oświatę.
 
Jeszcze inaczej – produkt jest tym lepszy im lepiej dostosowany do potrzeb klienta. Zupełnie innego produktu oświatowego potrzebuje przyszły pracownik fizyczny, techniczny a innego przyszły pracownik umysłowy czy naukowy. Oczywiście gdyby było tak, że nawet temu fizycznemu, dajemy szansę zostać profesorem, że nawet ten fizyczny będzie mieć rozległą wiedzę z różnych dziedzin – to super. Na to właśnie nastawiony jest obecny system edukacyjny. I co? I okazuje się ze jest to jedna wielka fikcja. Że tak się nie da, że zdolność do absorpcji klasycznego wykształcenia średniego ogólnego jest w społeczeństwie stała, mniej więcej taka sama jak przed wojną. Tyle że przed wojną takie wykształcenie zyskiwała mniejszość – a teraz teoretycznie powinni wszyscy. W efekcie poziom owego wykształcenia osiągnął poziom świeżo wykopanego grobu na Żuławach.
 
Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć: w społeczeństwie potrzebni są też kopacze rowów, hydraulicy i kierowcy Tirów i im wiedza o metodach podziałów komórkowych, o niemieckich poetach romantyzmu lub o przyczynach upadku znaczenia mieszczaństwa w Polsce szlacheckiej są zupełnie zbędne. O tym, że polski system edukacji podstawowej i średniej uczy rzeczy zbędnych świadczy to, że w kilka lat po zakończeniu szkoły nie pamięta się już z niej niczego. Osoby, które potem poszły na studia i pracują umysłem pamiętają mniej więcej to co pokrywa się z obszarem ich pracy, pasjonaci znają wiedzę z obszaru swojego hobby – bo nabyli ją sami dla przyjemności. Przytłaczająca większość nie pamięta nic.
 
System edukacji dostarcza produktu zunifikowanego pod sztancę programów i nadzoru kuratorium. Taki jeden zunifikowany program jest w założeniu dla każdego, a w rzeczywistości dla nikogo. Głupsi nie nadążają, gubią się i od pewnego momentu są przepychani na siłę na zasadzie „siedź grzecznie i udawaj że się uczysz to my będziemy udawać, że nie wiemy że udajesz”. Mądrzejsi nudzą się na interesujących ich przedmiotach i wiedzą tyle co sami sobie wynajdą i poszukają niezależnie od szkoły. Nad-ambitni lub posiadający nad-ambitnych rodziców spędzają młodość nad zeszytami zakuwając tysiące idealnie im do niczego nie potrzebnych wiadomości – byle wyśrubować średnią. Nikt nie jest zadowolony.
 
Dlatego najpierw należałoby określić absolutne minimum – na pewno nie większe niż dawna ośmioletnia szkoła podstawowa (pewnie mniejsze), które każdy potrzebuje i każdemu się przyda. Takie narzędzia pozwalające na elementarne rozumienie świata. Podstawowa matematyka, znajomość podstawowych mechanizmów przyrodniczych (w rodzaju dlaczego zimą staw zamarza i co to za drzewa rosną za oknem), podstawowa inkulturacja do rodzimego narodu (kilka – ale dosłownie kilka - kluczowych dla rodzimej kultury dzieł literackich, elementarne rozumienie historii Polski, w miarę sprawne posługiwanie się jezykiem polskim) do tego elementarna znajomość jakiegoś języka obcego i chwatit. Jak ktoś nie rokuje intelektualnie niech nie marnuje czasu w szkolnej ławie tylko idzie się uczyć jakiegoś przydatnego w życiu zawodu. Jak ktoś rokuje – to po zdaniu trudnego, odsiewającego, egzaminy uczy się dalej w sposób dostosowany do indywidualnych preferencji. Niech uczy się w możliwie wysegregowanym towarzystwie – tak aby dostarczany produkt edukacyjny był szyty na miarę zdolności, predyspozycji, a nawet statusu społecznego – bo za nim idzie wyniesiony z domu bagaż kulturowy. Większy pożytek jako społeczeństwo będziemy mieli z pięciu genialnych pisarzy będących matematycznymi debilami i pięciu matematycznych geniuszy będących humanistycznymi ignorantami – niż z dziesięciu ludzi wykształconych jako-tako, którzy wszystkiego liznęli i nic do końca dobrze nie umieją.
 
Segregacja umożliwia specjalizację – a tylko specjalizacja pozwala na wybitność.
 
Ba – żeby matematyczni debile jednak coś z matematyki liznęli i humanistyczni idioci z przedmiotów humanistycznych takoż – też nie mogą mieć tego samego, średniego programu nauczania. Nawet jeżeli uznamy, że do poziomu szkoły średniej chcemy produkować absolwentów w miarę wszystkoidalnych to i tak muszą mieć zróżnicowane programy albo wręcz tryby nauczania. Innej i inaczej nauczanej matematyki potrzebuje matematyczny debil (jeżeli oczywiście w ogóle zakładamy, że będziemy mu tą matmę wmuszać) innej średniak a innej geniusz.
 
Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Fikcja powszechnej i równej edukacji do pełnoletniości jest tak obłędnie stosowana, że nawet w wypadku młodocianych bandytów i degeneratów, - którzy nie tylko zaniżają poziom nauczania ale wręcz zagrażają bezpieczeństwu i stanowią źródło permanentnej demoralizacji innych uczniów – nie można zrobić praktycznie nic poza przesuwaniem z placówki do placówki.
 
Najwyższy czas na zerwanie z fikcją powszechności i równości wykształcenia na poziomie średnim ogólnym. Pora na szkolną segregację.

Z wykształcenia prawnik i politolog. Z zawodu specjalista organizacji zarządzania procesowego i zarządzania projektami. Z zamiłowania samorządowiec i publicysta. Radny miasta Gdyni, ekspert Fundacji Republikańskiej, przewodniczący Zarządu Powiatowego PiS w Gdyni. Zamierzam kandydować na urząd prezydenta miasta Gdyni.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (29)

Inne tematy w dziale Polityka