O tym, że sytuacja w polskiej armii jest zła było wiadomo od dawna. O tym, że jest już tragiczna też można było się bez trudu dowiedzieć. Wiele mówiono i pisano o wyposażeniu polskich żołnierzy jadących do Afganistanu, o butach, które rozklejają się pod wpływem rozgrzanego piasku i pistoletach zacinających się po kilku wystrzałach. Jednak w gruncie rzeczy nikt, z wyjątkiem zainteresowanych nie zwracał na to uwagi. Skandal, który od dłuższego czasu powinien bulwersować opinię publiczną nie zainteresował tych, którzy mają obowiązek raczyć nas podobnymi sensacjami. W działalności mediów, szczególnie tych komercyjnych, możemy dopatrzeć się pewnej prawidłowości. Co jakiś czas pojawiają się krótkie odcinki czasu, w których interesują się one danym tematem. Ostatnio przeżyliśmy już „sezon na zwyrodniałych rodziców bijących dzieci”, „sezon na katastrofy lotnicze”, a nawet „sezonik na katowane zwierzęta”. Teraz uwagę mediów przyciągnęła na pewien czas armia. Potrzeba było jednak bardzo silnego bodźca, musiał umrzeć kolejny polski żołnierz, aby opinia publiczna pochyliła się nad bezpieczeństwem tych, którzy mają społeczeństwo chronić.
To chyba dosyć prosta odpowiedź na nurtujące ostatnio niektórych pytanie: „Dlaczego dopiero teraz generał Skrzypczak zaczął o tym głośno mówić?” Pytanie to ma naturalnie swój polityczny wymiar. Stawiane jest w podobnych sprawach raczej od niedawna i zawsze ma na celu odwrócenie uwagi od rzeczywistego problemu. Taki charakter ma też doklejanie wypowiedzi generała łatki opinii politycznej, chociaż on sam od takich opinii się stanowczo odcina. W tym przypadku nie można się doszukiwać żadnych „złych wpływów” PiS i prezydenta, minister Klich sam przecież stwierdził, że miał dobre stosunki z generałem Skrzypczakiem. Mediom jest zatem trudno ukazać opinię generała w uproszczony i tendencyjny sposób. Także ministrowi trudno jest zająć zdecydowaną linię politycznej obrony.
Pierwszym argumentem przeciwko generałowi który przywołał minister obrony (i nie pominęły tego także media) jest to, że generał Skrzypczak wiele ministrowi zawdzięcza. Wypowiedź ta jest wprost zdumiewająca, gdyż sugeruje wprost, że z racji na powiązania (w tym wypadku możemy już śmiało mówić o więziach politycznych) ministra z generałem ten drugi powinien zrezygnować ze swojego podstawowego obowiązku jako wojskowego – zagwarantowania własnym podwładnym bezpieczeństwa. W oczywisty sposób ukazuje też niezdrowe oddziaływanie polityki na wojsko, a także stanowi wstęp do poważniejszego rozważania na temat politycznej rywalizacji PO i PiS, jaka od dawna toczy się w szeregach armii. Zmagania te raczej nie przyciągają uwagi mediów (a zatem i opinii publicznej), które czasem jedynie na marginesie zaznaczą fakt jej istnienia. Wyjątek stanowią spory dotyczące nominacji generalskich, które przecież świetnie ilustrują fakt, że obie strony dążą do utrwalenia swoich wpływów w wojsku.
Główną bronią przeciwko generałowi, jaką podchwyciły różne strony debaty jest to, że wypowiedź ta była niewłaściwa, gdyż narusza zasadę kontroli władzy cywilnej nad wojskową. Od tej opinii generał Skrzypczak także się odciął, co jednak zostało słabo zaakcentowane w obliczu silnej i stanowczej krytyki. Zastanawiający jest fakt, że podobne wypowiedzi charakteryzujące wystąpienie generała słyszymy niemal wyłącznie z ust polityków, którzy od zawsze chętnie wykorzystywali wojsko do swoich celów i dążyli do pogłębienia kontroli nad armią. Pomija się fakt, że generał nie poddał krytyce samej zasady dotyczącej kontroli, ale sposobu w jaki jest ona sprawowana. Odmawia się także żołnierzowi podstawowego obywatelskiego prawa do wypowiadania własnych opinii tylko dlatego, że jest wojskowym. Krytycy generalskiej wypowiedzi uciekają się także do pewnej paranoi, jaką jest stwierdzenie, że wojskowi nie mają prawa mówić o wojsku. Kto, jeśli nie wojskowi specjaliści powinien określać jakie wyposażenie jest optymalne dla potrzeb naszej armii? I kto powinien te decyzje komentować, jeśli nie żołnierze, którzy przecież z tego sprzętu będą korzystać?
W wojsku panuje prosta zasada w myśl której nie neguje się zdania zwierzchnika, aby nie podważyć jego autorytetu. Jeśli już zajdzie taka sytuacja jest to najczęściej wstrząsem dla wojskowej społeczności, gdyż wskazuje, że sytuacja stała się naprawdę dramatyczna, a żołnierze obawiają się najczęściej o swoje bezpieczeństwo. (Wystarczy tylko przywołać wystąpienie polskich żołnierzy przeciwko patrolom w słabo opancerzonych transporterach, które dostaliśmy od Amerykanów.) Warto jednak rozważyć co dzieje się z dowódcą, który lekceważy swoich ludzi i nie dba o ich życie. Najczęściej nie powraca on już do bazy. W taki sposób żołnierze załatwiają podobne sprawy między sobą. Jak jednak mają postępować, gdy ich bezpieczeństwo nie liczy się dla władz cywilnych?


Komentarze
Pokaż komentarze