Nadchodzi czas spokojnych, pozbawionych emocji opinii na temat wczorajszych wydarzeń. Ale moja wcale nie jest pozbawiona emocji. Bo iskry mi stają w oczach, gdy przypomnę sobie wczorajsze wydarzenia.
Był czas na dyskusje. Nawet dosyć długi. I rzeczywiście, dyskutowano, ba nawet uzgodniono w pokojowy sposób kiedy i jak się krzyż usunie. Wszyscy się ucieszyli i już było po sprawie. Zapomniano tylko o jednym.
Żeby porozmawiać z tymi, którym ten pomysł się nie podobał.
I nikt nie pomyślał, że to się tak skończy. Czy aby na pewno? Czy naprawdę nikt, pomimo protestów, nie przewidział takiego obrotu spraw?
Mówienie o tym, że nikt się nie spodziewał gorszących scen pod Pałacem Prezydenckim to fałsz. To było jedyne logiczne następstwo braku dialogu, który staje się wszechobecny w naszej społeczności. Nie "społeczeństwie". Społeczności. Po prostu, tak jak zwykle, zamieciono problem pod dywan. Katyń? Po co nam te wszystkie akta, i tak znamy prawdę, a tak nam jeszcze kurek zakręcą, a przecież musimy bratać się z braćmi Rosjanami po... Katastrofa pod Smoleńskiem? Zapomnijmy, przecież budujemy nowoczesne państwo, odsłaniamy nową wiechę na stadionie. Rzeź wołyńska? Ale jak to, przecież budujemy porozumienie z Ukraińcami!
No, ale dzisiaj wszyscy możemy już ubolewać. Stało się! Jakie to straszne! I gorszące! Sodoma i gomora!
A wczoraj mogliśmy w spokoju załamywać ręce. No, może nie wszyscy, prezydent-elekt po rozdmuchaniu całej sprawy schował głowę w piasek. A jego rzecznik? Zapytany, czy sam sir Bronek zjawi się aby mediować bąknął coś ze skamieniałą miną o "kościelej uroczystości" i uciekł za osłoną BOR-owców. To nie pomówienie, ani paszkwil. Naprawdę wyglądało jakby uciekł. Nikt jednak nie zwiódł tak bardzo jak hierarchia kościelna. Księża po prostu wbili wzrok w ziemię i postanowili przeczekać. Jak ja nie widzę smoka, to on mnie też nie widzi...
Boję się o polski Kościół. Ucieczka przed problemami dawno stała się jego specjalnością. Duchowieństwo stało się bizantyjskie, bierne i... Sam nie wiem jak to nazwać. Wygodne? I pewnego dnia ocknie się w pustych kościołach, oglądając się na puste seminaria. Ale najpierw samo pomoże zagonić Krzyż do kościoła.
Pasterze nie zgromadzili swych owieczek spowrotem w jedno stado. Nie zaintonowali wspólnej modlitwy do Ducha Świętego o pomyślne rozwiązanie sporu. Nie rozpoczęli mediacji, jak czynili to dziesięcio- i stulecia temu ich poprzednicy.
Bolesne.
Walka trwa. Dziś sobie wszyscy ponarzekamy, pokrytykujemy. A oni, tam, pod Pałacem Prezydenckim dalej stoją. 1:0 dla Was. Ale nie na długo. Premier już rzucił pierwszą groźbę, co prawda miękką, ale jednak. Cóż, nawet w czasach polityki miłości są niekochani. Przecież trzeba dorżnąć watahę.
A dzisiaj wyrosła wokół nich żelazna kurtyna oddzielająca ich od reszty świata.
Jeżeli ktokolwiek z Was to czyta, niech wie, że mimo iż jestem daleko od Warszawy tej nocy będę pod Pałacem Prezydenckim.


Komentarze
Pokaż komentarze (19)