Od sławetnego wystąpienia na obchodach 30-lecia „Solidarności” nie milkną komentarze na temat Henryki Krzywonos. Czy tego chcemy, czy też nie, na trwale zapisała się już w solidarnościowy etos i jak wszystko wskazuje, będzie coraz popularniejsza.
Krzywonos to idealny wprost materiał na bohatera, zwłaszcza medialnego. Ma przykuwającą uwagę i zdobywającą serca powierzchowność. Mówi i wygląda jak zwykły Polak, taka „swoja baba”, która mówi co myśli i to też robi. Jej historia wzrusza. Złamano jej karierę, zniszczono życie, straciła dziecko. Wiele jest podobnych życiorysów wśród członków „Solidarności”, ale my, Polacy o nich nie pamiętamy. Przysłonili ich ci, którzy na „Solidarności” i przemianach demokratycznych się dorobili. Wałęsa, Borusewicz, Michnik. To na nich od dawna skupiamy swoją uwagę, stąd przeszłość Henryki Krzywonos jest dla nas pewnego rodzaju novum. Jednocześnie jej historia skończyła się happy endem – ma kochającego męża i liczną gromadkę dzieci. Blasku jej wizerunkowi dodaje fakt, że są to dzieci przybrane. Jest rodzinna, pełna ciepła i życzliwości. I jak nie darzyć takiej kobiety sympatią? Szczególnie, że znacznie różni się od dotychczasowych sław „Solidarności”. Nie jest ani pyszna i zadufana w sobie i swoim sukcesie, jak Wałęsa, ani zawiedziona i zgorzkniała, jak Walentynowicz. Jest wojownicza, ale nie radykalna, jak Gwiazda. Brakuje jej tego, co Kazimiera Szczuka określiła jako „kombatanctwo”. Nic dziwnego, na solidarnościowej scenie odegrała rolę raczej epizodyczną.
Jak każdy mit, obraz Henryki Krzywonos jest odpowiedzią na pewne oczekiwania. W tym wypadku lewicy. Nie tej starej, postkomunistycznej, ale nowej, odcinającej się (chociaż tylko pozornie) od PRL-u. Ze strony „Krytyki politycznej”. To środowisko nie ma własnego solidarnościowego pomnika, korzeni, pomostu między przeszłością a teraźniejszością, zatem musi taki monolit wznieść własnymi rękoma. Krzywonos pasuje jak ulał – zwykły, szary człowiek, do tego kobieta, wieczna buntowniczka, wrażliwa społecznie, do tego zafascynowana osobą Kuronia. Nowa, świeża, przemawiająca samą sobą, zupełnie inna od przejrzałych twarzy, które widzimy codziennie w telewizji. Lepszego monumentu „Krytyka polityczna” nie może sobie wyśnić. Do tego chętnie chwyci wyciągniętą w jej stronę dłoń, bo od dłuższego czasu wyraźnie się miota. Chce zaistnieć w polityce, a nie może. Szuka punktu oparcia, którego nie może znaleźć w żadnym środowisku. Aż do teraz.
Ten wizerunek odpowiada też przede wszystkim mediom. Z powodu wymienionych powyżej walorów jej historia sprzedaje się jak świeże bułeczki. Wszyscy robią materiały o Henryce Krzywonos, jest dosłownie na każdym kanale, a do niedawna o każdej porze dnia. Jej mit jest do tej pory mitem medialnym, tym bardziej odpowiadającym dziennikarzom, że w swojej wypowiedzi w świetny sposób wpisała się w mainstreamowy nurt i dostarczyła amunicji w polowaniu na kaczki. Przy tym zrobiła to przekonująco. Podtrzymuję to, co napisałem wcześniej – niezależnie od inspiracji Henryka Krzywonos ujęła to, co większość Polaków na co dzień odczuwa patrząc na twarz Jarosława Kaczyńskiego. Zmęczenie, poirytowanie, wręcz nienawiść. Brak poparcia dla jego retoryki i zachowania. Zgadzam się z opinią Agnieszki Rybak, że będzie ona raczej polityczną celebrytką niż politykiem. Nie mniej dobry PR to początek sukcesu. Tak rodzą się mity, a legenda dawnej motorniczej w czasie ewentualnej kariery politycznej może tylko stracić swój urok.


Komentarze
Pokaż komentarze