A więc stało się. Uciekają z Polski. Palikot wreszcie dokonał planowaną od dawna woltę. A media naturalnie od razu połknęły przynętę.
Zastanawiam się, czy partię Palikota w ogóle można nazwać partią. Bardziej adekwatny byłby termin „ruch społeczny”, ale to też nie do końca. Chyba bardziej flash mob. Wiem, może małpuję po P. Legutce, ale chyba właśnie tak jest. Ludzie, na które nieszczęście Lubelszczyzny może najbardziej liczyć na co dzień nie interesują się polityką w ogóle. Czasem tylko rzucą okiem na nagłówek newsów na Onecie czy Wirtualnej Polsce. Cała ich wiedza na temat bieżącego życia politycznego ogranicza się do „A słyszałeś, że Kaczyński powiedział…”. Nie obchodzi ich dobro wspólne tylko dobra zabawa, moje dobro. Tym samym polityka rozumiana w tradycyjny sposób w ogóle do nich nie dociera i nie interesuje ich.
Dlaczego twierdzę, że to wiem? Bo to moje pokolenie. Ludzie młodzi, najczęściej studenci (choć nie zawsze), czyli „aspirujący”. Do grona inteligencji, za którą chcą się uważać. Bo nie mogą nią być z całkiem prostego faktu, że dzisiaj potrzeba czegoś więcej niż studia, żeby zyskać status „inteligenta” czy „intelektualisty”. „Bo ja skończyłam studia i uważam się za wykształconą osobę.” No i co z tego? Studia rocznie kończy cała masa ludzi, głównie tych, którzy nie powinni zdać pierwszego egzaminu. I każdy z nich może powiedzieć „Bo ja…”. Jest więc coś, co musi im dać namacalne poczucie przynależności do tego, co uważa się dziś za wyznacznik bycia mądrym i oświeconym – mainstreamowe poglądy.
A media kupiły Palikota razem z jego modnymi okularami, świtą młodych ludzi i populistycznymi hasłami. Czemu miałyby tego nie zrobić? Dał im to, czego potrzebują. Sensację. Oglądalność. Uwagę widza i czytelnika, który zechce się dowiedzieć jaki tym razem numer wytnie poseł z Lublina. I, nie oszukujmy się, tylko w ten sposób ta „partia” może w ogóle egzystować. Rzucając radykalne hasła i wymyślając nowe happeningi, zamieniając do reszty politykę w medialny show. Palikotyzacja życia społecznego to jeszcze nic w porównaniu z tym, co dopiero nas czeka. „Cyrk”, jak to określił Dominik Taras, dopiero przed nami.
Nie to jednak niepokoi mnie najbardziej. Bardziej boli mnie to, co powiedziała Manuela Gretkowska, o ucieczce z Polski. Do tej pory podobne hasła były zarezerwowane dla elit (o ile jeszcze w ogóle je mamy, moim zdaniem od dawna nie) . „Demon polskiego patriotyzmu.” – Grzegorz Miecugow. „Odruch patriotyczny jest dla mnie odruchem wymiotnym.” – Tomasz Jastrun. Nasze elity od dawna nie uważają się za polskie, tylko europejskie, kosmopolityczne, żywiące nienawiść do własnej tożsamości. (Nota bene, nie pachnie to lekką schizofrenią?) Teraz, za pomocą „Nowoczesnej Polski”, chociaż ta nazwa stoi pod znakiem zapytania, podobne opinie mogą rozprzestrzenić się na resztę społeczeństwa.
Czekają nas ciekawe czasy. Niestety.


Komentarze
Pokaż komentarze