Planowałem ten tekst jako replikę Rafałowi A. Ziemkiewiczowi (patrz: „Myśli nowoczesnego endeka” w ostatniej „Rzeczpospolitej”), ale obawiam się, że będzie on raczej wierną kalką. Bo zarówno endecja, jaki i obóz piłsudczykowski są w gruncie rzeczy do siebie podobne, przynajmniej z dzisiejszej perspektywy.
Uważam, że piłsudczyków dzisiaj nie ma. Są wyłącznie postpiłsudczycy. Nie można mówić o kontynuacji myśli piłsudczykowskiej, bo wszyscy jej przedstawiciele, podobnie jak endecja, zostali fizycznie i ideowo eksterminowani w czasie II wojny światowej i PRL-u. Wyginęli w katowniach gestapo i UB, albo po prostu zmarli w zapomnieniu w czerwonych mrokach minionej epoki. Wskrzesić te tradycje starała się w pewnej mierze Konfederacja Polski Niepodległej, ale słabość tego środowiska nie pozwoliła im się odrodzić. Ci, którzy dzisiaj odwołują się do ideałów tak piłsudczyków i sanacji (te dwa pojęcia wcale nie są ze sobą w stu procentach tożsame, ale będę je stosował zamiennie na potrzeby tego tekstu), jak i Narodowej Demokracji są wyłącznie bladymi półcieniami ideałów do których dążą. Nie tylko postendecy mają w zwyczaju wpadać w emocjonalny, a w gruncie rzeczy pusty, bogoojczyźniany patos. To samo spotyka dzisiejszych „piłsudczyków”. Oni także krzyczą, cytując za R. A. Ziemkiewiczem, „naród, naród” i może jeszcze „Bóg”. (Chociaż piłsudczycy mieli nie mniejsze problemy z religią, co endecy.) Widoczna jest ta sama zapaść intelektualna. Wielu patrzy na Piłsudskiego i Dmowskiego jak na półbogów, ale tych, którzy chcieliby wcielać ich idee w życie jest mniej niż garstka. Tym bardziej jest to bolesne, że ideologia Marszałka Józefa Piłsudskiego, to przede wszystkim kult czynu.
R. A. Ziemkiewicz słusznie zauważa, że endecja jest dzisiaj powszechnie znienawidzona. Z piłsudczykami nie jest jednak lepiej. Po pierwsze: Są oni kojarzeni z nudnym i nikomu nie potrzebnym bogoojczyźnianym nurtem, który młodych nudzi, a starych nie pociąga. Komendant jest na pozór wyjątkiem. Stawia się mu pomniki, cytuje w przemówieniach, jednym słowem hołubi na wszelkie możliwe sposoby. Z pozoru. Cytowana przez R. A. Ziemkiewicza wypowiedź o tym, że Kaczyński był endekiem, bo miał na ścianie obraz Piłsudskiego nie jest przejawem ignorancji, ale pewnego sposobu myślenia, który staje się coraz powszechniejszy. Nie nienawidzi się samej endecji, czy sanacji, ale same wartości, które reprezentowały. Ponadto o ile termin „endecja” jest dziś synonimem zacietrzewienia, czy wręcz nienawiści, o tyle „sanacja” znaczy to samo, co „tyrania”, „brak demokracji”, czy wręcz „faszyzm”. Obok Dziadka-Piłsudskiego funkcjonuje przecież Piłsudski-dyktator. Jeśli ktoś nie wierzy, niech wklepie w wyszukiwarkę na stronie „Krytyki politycznej” nazwisko Marszałka. Oba kierunki uważa się za agresywne i antydemokratyczne. Podobnie jak patriotyzm, który był ich rdzeniem.
Nie muszę ukrywać, że podobne opinie do mnie nie trafiają. Sanacja nie była niczym dziwnym na tle ówczesnej Europy. Żyjemy w czasach nowożytnego mitu, który zakłada, że demokracja to najlepszy ustrój w którym można żyć. Jest to oczywistą brednią. System polityczny, czy może raczej system sprawowania władzy, jest wart tyle, co potrzeby ludzi, którzy w nim żyją. Feudalizm powstał dlatego, że ludzie potrzebowali bezpieczeństwa. Republika - bo chcieli udziału we władzy. Demokracja żąda wolności. A sanacja powstała dzięki potrzebie siły i dumy, tak potrzebnych w okresie oczekiwania na nową wojnę. Kłamstwem jest, że wszystko, co demokratyczne było sanacji obce. Przecież u jej podstaw leżały idee piłsudczykowskie, typowo pozytywistyczna praca u podstaw i uobywatelnienie narodu polskiego. Te same, które dały początek Narodowej Demokracji.
Podobieństw jest więcej. Piłsudski, tak jak Dmowski, krytykował „polską duszę”. Zaczął od studiów nad Wielka Rewolucją Francuską. Zastanawiał się dlaczego Francuzom się udało, a Polakom nie. I odpowiedź była całkiem prosta: Bo jesteśmy zbyt anarchiczni i antypaństwowi, bo brakuje nam określonych ram działania, co sprawia, że nasz niewątpliwy potencjał ostatecznie i tak się marnuje. Dlatego ideologia piłsudczykowska to przede wszystkim trzeźwa, realistyczna i pragmatyczna w swoim politycznym wymiarze myśl niepodległościowa i państwowotwórcza. Naturalnie endecja przedstawiała Piłsudskiego i jego otoczenie jako wariatów, pozbawionych mózgu romantycznych obłąkańców, którzy niszczą w bezsensowny sposób własne życie w imię słusznej sprawy. Ten fałszywy obraz pokutuje do dziś. R. A. Ziemkiewicz jakoś nie wspomniał, że „zimny rozsądek Dmowskiego” i jego świty, oraz ich zachowawcza postawa była zdumiewająco podobna do zachowania „prawdziwych” konserwatystów, którzy mieli ich tak nienawidzić. Oraz, że linia polityczna Piłsudskiego najzwyczajniej w świecie „wypaliła”. To jego mieli wszyscy na ustach w 1918 roku. Dlaczego? Przez ckliwą legendę? Przecież w wersji masowej dopiero się rodziła. Czy może dlatego, że w imię swoich celów, w imię Polski, był w stanie złożyć każdą ofiarę? Paradoksalnie ta „rozsądna” endecja zakończyła swoje istnienie w iście szaleńczo-romantycznie-piłsudczykowski sposób. Przecież to orientacja narodowa postanowiła do końca walczyć z sowietami i rodzącą się komunistyczną satrapią z chwilą, gdy czynniki państwowe myślały raczej o demobilizacji i utrzymaniu w naszym narodzie patriotycznego potencjału. Która tradycja jest nam dzisiaj bliższa, walka czy kolaboracja? Co tworzy nasz narodowy etos? Czy „Solidarność” nie była taką romantyczną walką na przekór wszystkiemu? A przecież uczestniczyli w niej i postendecy.
R. A. Ziemkiewicz pisze także, że jest endecja sprzeciwem wobec przedkładania ponad interesy polskie jakichkolwiek interesów międzynarodowych.Także i tu różnica nie była tak duża. Powiedziałbym, że oba środowiska nie mogły znieść przedkładania czegokolwiek ponad dobro polskiego narodu. Tyle tylko, że dla piłsudczyków najdoskonalszą formą realizacji aspiracji i potrzeb narodu jest państwo (endecy wcale nie byli tak daleko od tego poglądu). Wszelkie ustępstwa na rzecz mniejszości narodowych, idea wychowania państwowego czy koncepcja federacyjna (będąca właściwie szkolnym uproszczeniem wizji Naczelnika) były właśnie środkiem służącym nadrzędnemu celowi państwowotwórczemu. Także i Piłsudski sądził, że wszelkiego rodzaju interesy międzynarodowe zazwyczaj nie odpowiadają polskim potrzebom. Stąd jego wizja niepodległości wywalczonej samodzielnie i polityka „dwóch stołków”. Nie można zatem uważać, że, jak chce Piotr Maciążek, Radosław Sikorski jest realizatorem koncepcji piłsudczykowskich, choć zapewne absolwentowi Oxfordu to bardzo schlebia. (Sam tekst jest niesłychanie wprost stronniczy, podobnie jak wybiórczo wybrano cezurę 1926 r. Jeden z moich wykładowców powiedział niedawno, że można dowieźć wszystkiego, wystarczy przedstawić to w odpowiedni sposób. Dopiero po przeczytaniu tego tekstu w pełni to zrozumiałem.)
Zasadniczą różnicę dostrzegł jednak Ziemkiewicz w kwestii beckowskiego hasła: jedyną rzeczą bezcenną w życiu narodów jest honor.Faktycznie, tu piłsudczycy i endecy bardzo się różnili. Bo w tym miejscu endecki „pragmatyzm” po prostu, mówiąc kolokwialnie, wymiękał. Przykładem jest Bolesław Piasecki, którego nie szanują już dzisiaj nawet postendecy. Pozwolę sobie zadać pytanie: Panie Ziemkiewicz, zaakceptowałby Pan, gdyby sanacyjna Polska postąpiła „rozsądnie” i została sojusznikiem Hitlera? Jakby się Pan czuł mając na sobie piętno kolaboracji?
III RP nie jest krajem dla postpiłsudczyków. Bo właśnie takie wartości, jak wspomniany już honor nic w nim nie znaczą. Bo obce są nam ideały służby i ofiary. Bo nie ma wśród nas Narutowiczy, którzy pracowaliby za o wiele mniejsze pieniądze, niż im się należą. Bo przede wszystkim liczy się sukces. „Ha, tu cię mam, bratku!” – zakrzyknąłby jakiś postendek. - „Nikt nie dał tyle sposobności karierowiczom, co sanacja!” Owszem, zgadzam się. Tutaj postpiłsudczyk musi uderzyć się w piersi i schylić czoła przed historycznymi faktami. Ale nie zmienia to innych historycznych faktów. Że to właśnie w dużej mierze dzięki piłsudczykom i sanacji powstało pokolenie, które walczyło w czasie II wojny światowej. To z którego jesteśmy tak dumni. To samo, które współtworzyło Narodowe Siły Zbrojne, o których poświęceniu już wspominałem.
Ten przykład pokazuje, jak bardzo bezsensowne jest szukanie podziałów, ba, nawet cały ten tekst jest pozbawiony sensu. (Mimo to jednak, pozwolicie, skończę go.) Nurty piłsudczykowski i endecki połączyła historia. Mordownie czerwonych i brunatnych to tylko pewien etap, z resztą późniejszy w stosunku do lat 30. Wtedy endecja gwałtownie się radykalizuje zbliżając do militarystycznego charakteru sanacji, a sama sanacja ostro zjeżdża w stronę Narodowej Demokracji. Narodowych piłsudczyków można uważać za ślepe ogniwo ewolucji, ale o OZN-ie nie można już tego powiedzieć. Dziś Dmowskiego wymienia się już jednym tchem zaraz za Piłsudskim. W tej lub w innej kolejności.
W III RP proza Kadena-Bandrowskiego wciąż ma ten sam sens. Do złudzenia przypomina wyrzut, który przytacza ten sam R. A. Ziemkiewicz na łamach „Rzeczy wspólnych”: moje własne dzieci śmieją się dzisiaj ze mnie, że do niczego w życiu nie doszedłem.To słowa działacza „Solidarności”. Brzmią jak wyrzut weterana I Brygady z początku lat 20. Tyle, że oni mieli swój zamach majowy, swoją sanację moralną. A my IV RP, niedoskonałą namiastkę próby uzdrowienia naszej państwowości, zwyczajnie opluliśmy. A katastrofę smoleńską wręcz obszczano, tak jak krzyż pod Pałacem Prezydenckim. Trzecią szansę też zmarnujemy?
„Dmowski musi nadejść.” – kończy dramatycznie swoje rozważania Ziemkiewicz. Nie mogę się z nim zgodzić. Teoretyków, a takim był Roman Dmowski, ci u nas dostatek. Ale i tego przyjmiemy, jako zapowiedź przyszłego zwycięstwa. Dzisiaj potrzeba nam ludzi czynu.
Musi nadejść kolejny Piłsudski.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)