Idą Święta. A wraz z ich nadejściem gdzieś w tle rozpala się pełzający, niewidoczny na co dzień spór między wierzącymi i niewierzącymi.
W Stanach Zjednoczonych rozgorzała „wojna plakatowa”. Na tym polu walki nie ma okopów, nie słychać strzałów, ani krzyków umierających i rannych. Bo to wojna propagandowa, tocząca się w bardziej lub mniej subtelnym świecie znaków i symboli. Kto skuteczniej przekona drugich - ci, którzy wierzą, że Bóg jest, czy ci, którzy w to wątpią?
W tej wojnie nie ma szans na pokój. Szacowni dyplomaci i przywódcy zwaśnionych stron nie zasiądą za stołem i nie omówią warunków zakończenia sporu. Nie będzie Compiegne czy Wersalu. To wojna na wyniszczenie. Dlaczego? Bo żyjemy w czasach „tolerancji” i „pluralizmu”. Przecież w demokracji każdy może wierzyć w co chce! Tak. I każdy może temu zaprzeczyć. Postulaty „tolerancji religijnej” narodziły się tak naprawdę wraz z narastającą akceptacją ateizmu (mniej więcej w XVIII wieku). Bo ci, którzy nie wierzą (albo wierzą w nic, jak kto woli) chcieli być akceptowani z ich niewiarą. Dziś role się zmieniły. Bo ateista to jednak mimo wszystko misjonarz. Musi zadrzeć nosa nad nieoświeconymi i przekonać ich, że to on ma rację. (Choć znam i takich, co się z tym specjalnie nie obnoszą.) Ateizm to normalna religia. Posiada wszystkie jej cechy: kapłanów (naukowcy, specjaliści, „autorytety”), formy kultu ( czyli zabawa, jak głosiły nie tak dawno napisy na autobusach w Wielkiej Brytanii - "Boga prawdopodobnie nie ma. Przestań się zamartwiać i ciesz się życiem"*) itd. A w zawiązku z tym ateista mimo wszystko musi głosić swoją naukę innym, tak jak przedstawiciel każdej innej wiary. Ale nie przyzna się do tego. Zasłoni się „pluralizmem”, „wolnością słowa” itd. On będzie działał. Broniąc „wolności”, „świeckiego charakteru państwa” itp. To o wiele skuteczniejsze niż mówienie wprost: „Mam swoje poglądy i będę o nie walczył.” Przecież to nic innego jak czysta „agresja”, „państwo wyznaniowe”! „Rzeczpospolita szlachecka” (wiem, to nie jest zbyt fortunny termin) jakoś mogła być „państwem bez stosów” zachowując swój katolicki charakter.
W tej wojnie nie płynie krew. Pozornie. Jeśli nie liczyć aborcji i eutanazji. Religia zawsze budowała moralność, prosty podział na dobro i zło, to co robić można (a nawet należy!) i to, od czego trzeba trzymać się z daleka. To ład. Ład moralny. Nic zatem dziwnego, że od zawsze istniał „sojusz tronu i ołtarza”. Państwo jest przecież także ładem, ale na płaszczyźnie politycznej. Pierwsze struktury państwowe były rządzone przez królów-kapłanów. W XVIII wieku sytuacja się zmieniła. Bo władcy odkryli, że ateizm daje im większa siłę, władzę, jakiej do tej pory nie mieli. Jeszcze ze średniowiecza wywodzi się tak popularna w okresie reformacji doktryna o możliwości wypowiedzenia władzy monarchy, o ile ten nie respektuje praw poddanych. Religia zawsze wiązała możnym tego świata ręce. Od moralności nie ma przecież ucieczki, także rządzący są skuci jej grubymi łańcuchami. Do dziś trwają spory, czy chrześcijaństwo tak naprawdę wzmocniło władzę Konstantyna Wielkiego, czy ją złamało. Walka cesarstwo-papiestwo łamie przecież stereotyp średniowiecza, jako ciemnej epoki chrześcijańskiej hegemonii religijnej.
Ateizm dał „oświeconym” władcom możliwość nieograniczonej ingerencji w życie poddanych. Monarchie oświecone niektórzy nazywają czasem pre-totalitaryzmami. Monarchowie wydawali edykty łamiące wszelkie prawa jednostki naginając wszystkich dookoła swojej woli. Brakowało im jedynie możliwości wyegzekwowania tego od poddanych. To przyniósł dopiero XX wiek. Ten, w którym narodziły się właściwe totalitaryzmy. Do dziś ponosimy konsekwencje XVIII-wiecznych wyborów walcząc z biurokratycznym molochem państwa. (Nie nazywamy się jednak poddanymi, tylko obywatelami. W sumie niewiele to zmienia.) Ateiści żądając „rozdziału religii i państwa” wzmacniając państwo i jego wszechwładzę. Mówiąc przy tym o wolności i indywidualiźmie.
Aborcja i eutanazja jest logicznym i naturalnym skutkiem propagowania wartości ateistycznych. Nie ma religii – nie ma moralności. A gdy jej zabraknie, to ludzkie życie przestaje mieć swoją wartość. Dlatego właśnie, gdy koleżanka skwitowała moją tezę o moralności słowami „to zależy od wartości” skrzywiłem się. Przecież w czasach „pluralizmu” każdy może mieć takie wartości, jakie chce i zamienić je na takie, jakie mu się podobają. Jakoś nagle, gdy przychodzi kryzys, wszyscy mają w zwyczaju chować wartości do kieszeni. Niechciana ciąża? Usuń ją i idź się zabawić! Przecież „Boga nie ma”, więc po co się martwić! Ciesz się życiem!
Dziś kolega złożył mi specyficzne życzenia (choć w sumie nie mogę powiedzieć, że tego nie zrobił). „Wiesz, nie mogę ci złożyć życzeń, bo jestem poganinem…” Odpowiedziałem:
„To twój problem.”
_______
*http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,5836347,_Boga_nie_ma____haslo_dla_miejskich_autobusow.html



Komentarze
Pokaż komentarze (16)