Planowałem ten tekst o wiele wcześniej, chociaż może to i lepiej, że publikuję go dopiero teraz. Jestem zdania, że wiele spraw jest dobrze przemyśleć dopiero gdy opadnie medialny wrzask.
Mamy już za sobą okres zdziwienia. Na szczęście. Po długim czasie dotarło do nas, że istnieje możliwość, ba, nawet duże prawdopodobieństwo, że katastrofa smoleńska nie jest wynikiem błędu pilota. Nawet powoli dopuściliśmy możliwość, że to wina wieży. Później dotarło z wolna do naszej świadomości, że to właściwie najbardziej prawdopodobna wersja. Wraz z tym faktem musieliśmy uświadomić sobie jeszcze jedną bolesną dla nas prawdę. Że Rosjanie, nasi ukochani bracia ze Wschodu, z którymi chcieliśmy się gorączkowo jednać nad smoleńskimi grobami nas wykorzystali. Do swoich celów – do ocieplania stosunków z Zachodem itp. Okazało się, że to całe „oszołomstwo”, które wieszczyło podobne, apokaliptyczne wizje miało rację. Że wszystkie najgorsze scenariusze, którym nikt „prawomyślny” nie dawał wiary, się ziściły.
Brzydzę się cynizmem naszego establishmentu. („Elity”, jak wolą inni.) Ich tok rozumowania, a raczej wzajemnego potakiwania, okazał się niczym więcej niż zwykłym frajerstwem. Lokajstwem wobec Rosji, co gorsza, nawet nie z premedytacją. To nie była druga Targowica, jak chcieliby niektórzy. Szkoda. Prywata jeszcze by nas nieco usprawiedliwiała. To po prostu zwykła ludzka głupota. Przecież ci, którzy tak głośno i radośnie krzyczeli o pojednaniu z Rosjanami naprawdę w to wierzyli.
O nieprawidłowościach na lotnisku w Smoleńsku można było przeczytać w „Gazecie Polskiej” o wiele wcześniej niż pierwsze tego typu informacje zaczęły się powoli, jakby z pewną nieśmiałością, pojawiać w mediach głównego nurtu. O tym, żeby „nie ufać Rosji” mówili wszyscy, którzy na Rosji i Rosjanach choć trochę się znają. Już wtedy przestrzegano, że zostaniemy użyci jako jeden z elementów propagandowej układanki Kremla, która ma stworzyć pozytywny wizerunek Rosji na Zachodzie, zmienić opasłego Niedźwiedzia w miłego, rozkosznego Misia. Co gorsza, podobne opinie docierały do nas z zagranicy. Naturalnie, wtedy nikt nie słuchał.
Dziś nikt nie jest skory do bicia się w piersi.
Rząd w swoim stylu schował głowę w piasek. Sejm jak zwykle wykazuje się biernością i gadulstwem. Opozycja zyskała powód do dumy i nadęła się w najlepsze próbując ugodzić swoim sukcesem w rząd. (Mówię tylko o opozycji, której w ogóle zależy. SLD ewidentnie sprawę olało. Niezły dowód wdzięczności wobec swoich zmarłych kolegów i koleżanek.)
Najbardziej cyniczna jest postawa mediów. Zdumiewa mnie sposób, w jaki potrafią one lansować jedne trendy, po to, aby wkrótce dokonać obrotu o sto osiemdziesiąt stopni. Oczywiście z wyjątkiem tych, które wpadły w błędne koło i dalej zaprzeczają rzeczywistości. Względnie łagodnie można by jeszcze potraktować tych, którzy udają, że nic takiego nie głosili i w ogóle milczą. To chyba najrozsądniejsze w ich przypadku.
Z wolna dociera do nas, że zawiedliśmy. Jako społeczeństwo, naród, państwo. Zarówno jako obywatele, jak i ludzie po prostu. „Elity” i „szarzy”, „zjadacze chleba”.
Tylko do tego też nikt się nie przyzna.
Zacznijmy od „oczywistych oczywistości”. Zawiedliśmy jako państwo. Bo w każdym normalnym państwie istnieje zjawisko obywatelskiego sprzeciwu i jest ono powszechnie akceptowaną normą. Przed Białym Domem non-stop ktoś demonstruje. Nie zawsze ma mądre argumenty, nie zawsze szczytne hasła. Często są to kompletne bzdury. Ale ma do tego prawo i nikt go nie wyklina ani nie miesza z błotem. Równolegle do naszych „zamieszek” toczyła się w Stanach dyskusja na temat postawienia meczetu na Manhattanie. Była nie mniej gorąca, nie mniej naładowana emocjami, a nawet agresywniejsza. (Tak! Tak się da!) A jednak osławionego pastora, który nawoływał do palenia Koranu nie odsądzano od czci i wiary. (A jeśli już to zdecydowanie ciszej niż u nas.) Nawet najwyższe czynniki rządowe postanowiły zejść z piedestału i przekonywać maluczkich. A my? Obrońców krzyża otoczono barierkami, prezydent, przynajmniej nominalnie najwyższa władza w państwie, pokazał, że po wyborach to w sumie już niewiele go to obchodzi, a premier zagroził towarzystwu rozpędzeniem na cztery wiatry. Nawet władze miejskie i służby porządkowe nie potrafiły zapewnić im bezpieczeństwa.
Opozycji też nie zamierzam bronić. Zgadzam się w zupełności z opiniami części rodzin smoleńskich, że PiS potraktował drugi Katyń jak prywatną wojenkę zamiast podjąć próbę zbudowania szerokiego frontu domagającego się prawdy. A miał początkowo duże szanse. Szkoda.
Tu widać drugą warstwę naszej hańby. Zawiedliśmy jako społeczeństwo. Zbiorowość ludzka tu i teraz. Dużo mówiono o wspomnianym już obywatelskim sprzeciwie, „walce o prawdę” etc. etc. Zastanówmy się przez chwilę, co z tego zostało. Obywatelski sprzeciw został złamany. Dlaczego? Bo większości to nie obchodzi i nie obchodziło. Walcząca o prawdę mniejszość (bo jest to mniejszość i nic tego nie zmieni, nie ma co pokazywać, że „policzyliśmy się”, jest nas dużo i jesteśmy silni, bo to już minęło) nie usprawiedliwia ogółu. Po prostu się zmęczyliśmy. Mieliśmy dosyć, zamęczyły nas media i w ogóle. Woleliśmy powrócić do codziennego życia. Obejrzeć program rozrywkowy, poleżeć do góry brzuchem po pracy. Pogillować. Obywatelskie wartości schowaliśmy do kieszeni. Wygodniej jest oderwać się czasem od ekranu komputera w pracy i burknąć nad kubkiem kawy: „Tak, to na pewno wina pilota.”
I wreszcie, to co zapewne oburzy wielu. Zawiedliśmy jako naród. „Jak to!? Jako naród!? Nigdy! A żałoba!? A <narodowe rekolekcje>!? A zgromadzeni pod Pałacem Prezydenckim i później, pod krzyżem!?” Zgoda. Ale to się skończyło. Zgromadzenie się rozeszło, po żałobie odtrąbiono karnawał. Odtrąbił go nawet (choć mało stanowczo) nasz umiłowany premier, podczas zawieszania wiechy na którymś tam z kolei stadionie. Tablicę wmurowano po cichu, pomnik jest na cmentarzu, żeby broń Boże nie uczcić tragedii czymś konkretnym w miejscu publicznym. Krzyż przeniesiono. (Też po cichu.) Ale najpierw opluto, znieważono i obszczano. Daliśmy niezły popis szacunku dla narodowych wartości. Nie ważne, czy jest się z prawa, czy z lewa, nie ważne, czy uważa się, że wiara katolicka jest stałym elementem naszego narodowego etosu, czy nie. Podobno tolerancja i solidarność zawsze była silną stroną polskiego „ducha narodu”. „Państwo bez stosów”, „Za wolność naszą i Waszą!”, „Solidarność” przez duże S. Pokazaliśmy, że to wszystko znamienitą większość z nas NIE OBCHODZI! To nie druga Targowica, Bracia Rodacy! To zbyt piękne i zbyt wygodne, żeby było prawdziwe! To takie samo „polactwo” jak my sami. Część tej samej wspólnoty co my. I nic nie zmieni wykluczanie ich i wykreślanie w rymkiewiczowskim stylu (chociaż Rymkiewicza osobiście lubię i szanuję) z listy członków narodu polskiego. Nie ma co się usprawiedliwiać, że „naród nasz, jak lawa…” Bo zaskrzepliśmy. I to szybko. W moim przekonaniu zdecydowanie za szybko.
Katastrofa smoleńska nie stała się narodowym odpowiednikiem racji stanu. Nie zdołaliśmy zbudować szerokiego frontu, prawdziwej narodowej zgody w imię ustalenia jej realnych przyczyn i obrony czci ofiar.
Można twierdzić, że generalizuję. Że uważam, że hańba tylko części z nas plami nas wszystkich. I rzeczywiście, uważam, że właśnie tak jest. Bo jest ona zbyt kompleksowa i dotyka zbyt wiele płaszczyzn, zbyt wiele warstw naszego społeczeństwa. Zawiedliśmy jako elity. Bo czy nie jest hańbą mówienie o „demonie polskiego patriotyzmu”? O „nekrofilii”? Zawiedliśmy jako zwykli ludzie. Bo puściliśmy to wszystko płazem.
W tym samym czasie, gdy my skupiliśmy się sami na sobie w Niemczech miała miejsce głośna tragedia na Love Parade. I było jakoś inaczej. Spokojnie, w zadumie. Żadnych zbędnych słów o „nekrofilii” i oburzenia, że ktoś gwałtem narzuca innym żałobę. I krzyż był. Ciekawe tylko, czy byłby drewniany, czy lodowy, gdyby u nas nie wynikła „awantura o krzyż”?
Co chcę przez to powiedzieć? Że wysłaliśmy w świat czytelny komunikat. Odtrąciliśmy wszystkie dobre rady i oferty pomocy (w tym ze strony NATO). Zaprezentowaliśmy naszą kłótliwość pod pałacem prezydenckim oraz brak zmysłu politycznego naszych polityków i dyplomacji. Pokazaliśmy naszą moralną i polityczną zapaść całemu światu. Udowodniliśmy innym, że wszystkie dotyczące nas stereotypy są prawdą. Że jesteśmy Sezonstadt, że nie możemy żyć bez kłótni, że panuje u nas „polski bałagan”. Pokazaliśmy światu, że nie musi się z nami liczyć.
Narzekamy, ze Kaczyński chce „wiwisekcji naszego narodu”. Na co dzień nie za bardzo zgadzam się z opiniami tego pana. Z jego poglądami też tylko częściowo. (Wypowiadanie się w obronie Gierka to skandal!) Tu jednak jestem w stanie mu przytaknąć. Taka wiwisekcja jest nam bardzo potrzebna. Zmarnowaliśmy dużą szansę, wielkie „narodowe rekolekcje”, jak je powszechnie nazwano. Drugiej szansy możemy już nie dostać.
Po katastrofie smoleńskiej ciągle zachodziliśmy w głowę: „Co Bóg chce nam przekazać?” Drugi Katyń obnażył nasze wszystkie słabości, nasz wielopłaszczyznowy kryzys, którego nie chcieliśmy dostrzegać przez dwadzieścia lat zachłyśnięci dobrobytem, „postępem”, „Unią” i NATO. Być może Bóg chciał nam powiedzieć coś całkiem prostego: „Idźcie po rozum do głowy, zanim będzie za późno.”


Komentarze
Pokaż komentarze (1)