Zazwyczaj nie jestem zgodny z sądami „gadających głów” pojawiających się w TVN tylko po to, żeby potwierdzić lansowaną przez twórcę materiału tezę. Tym razem mogę jednak podpisać się pod nimi obiema rękami. Tak. To jest rokosz.
Czym jest rokosz? Tak na dobrą sprawę, to nie do końca wiadomo. Dla wąsatych potomków Sarmatów było to tak oczywiste, że nie starali się tego definiować. Możemy jednak wyróżnić kilka cech tego, co nazywane było rokoszem. Przede wszystkim było to wystąpienie przeciwko władzy państwowej. Często wiąże się je, z resztą słusznie, z prywatnym interesem rokoszan. Pomijanie jednak tego, co można by nazwać „ideologią rokoszową” byłoby dużym błędem.
Szlachta zdawała sobie sprawę, że rokosz to ekstremum. Podnoszenie szabel na państwo było w normalnych warunkach czymś karygodnym. Każdy szlachcic winien był najwyższej władzy państwowej wyjątkowe posłuszeństwo. Widać to wyraźnie w mowach sejmowych. Nawet jeśli szlachta miała coś królowi za złe, to na sejmie przedstawiała to tak, aby nie urazić jego majestatu, pamiętając, że jest to jednocześnie majestat całej Rzeczypospolitej. A jednak w krytycznych momentach nie wahano się zbrojnie wypowiedzieć posłuszeństwa władzy królewskiej (ergo władzy całego państwa). Dlaczego?
Rokosz był czymś nadzwyczajnym w zazwyczaj „przegadanej” kulturze szlacheckiej. Potrzeba było niezwykle silnego bodźca, niezwykle ważnego powodu, aby mogło do niego dojść. Najczęściej była to obrona osławionej „złotej wolności”, obywatelskich praw, powodu dumy każdego szlachcica. Rokosz występował, gdy istniała groźba przerostu władzy królewskiej nad „narodem politycznym”. Gdy coś w państwie szwankowało, gdy nie potrafiło wypełnić zobowiązań wobec szlachcica-obywatela, gdy obracało się przeciwko niemu i z rei publicae stawało się zagrożeniem.
Dziś termin „rokosz” kojarzy się nam z warcholstwem i anarchią, z „wojną kokoszą” czy walką magnaterii z królem w imię partykularnych interesów. Jest to w dużej mierze fałszywy obraz. Dzisiaj cała „rzeczpospolita szlachecka” (termin niefortunny i nie przystający do Rzeczpospolitej Obojga Narodów) oznacza dla nas wyłącznie chaos i prywatę. Zapominamy, że zachodnioeuropejskie elity były nią swojego czasu zachwycone. I zapominamy, że o całe stulecia wyprzedzała ówczesną Europę w drodze ku demokracji unikając ślepych uliczek.
A może źródłem niechęci wobec rokoszu jest fakt, że nie był on rewolucją? Szlachta nie chciała niszczyć istniejącego ładu, chciała go reformować i odnawiać. Cel się nie zmieniał, zmieniały się jedynie metody, gdy zawodziły inne. Rokosz miał za zadanie konserwować istniejący ład państwowy, bronić „złotej wolności” rokoszan. Ten tok myślenia zupełnie nie przystaje do myślenia człowieka po Wielkiej Rewolucji Francuskiej. My już wiemy, że łatwiej jest niszczyć, niż sanować.
Rokosz był niczym więcej niż obywatelskim sprzeciwem. Podobnie jest dzisiaj. Ludzie, którzy gromadzili się na Krakowskim Przedmieściu uważają, że nasze państwo jest nieskuteczne, że nasze władze działają w niewłaściwy sposób, a nawet zwracają się przeciwko obywatelowi. Czują się za nie odpowiedzialni i uważają, że nie mogą stać z boku. Chcą odnowy naszego państwa, naszej wspólnej własności, a nie jego destrukcji, jak twierdzą inni. Szlachcic-obywatel sięgał po szablę, oni manifestują swoje poglądy przed pałacem prezydenckim. Każdy ma takie ekstremum, jakie wyznacza mu jego epoka. Tak. To jest rokosz.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)