Za górami, za lasami, w Polsce zwanej B, leży sobie miasto zwane Lublin. Miasto, które nie będzie Europejską Stolicą Kultury.
Jak już nadmieniłem, Kozi Gród leży w Polsce B. Tej gorszej, niedoinwestowanej, rolniczo-bezrobotnej. I taki jest też Lublin. Inwestorzy omijają go szerokim łukiem, częściowo na skutek bierności lokalnej władzy, a częściowo z winy centralnej, która przypomina sobie o tym z reguły przed wyborami. Nie powstają tu siedziby spółek ani atrakcyjne miejsca pracy (chyba, że można nimi nazwać kolejne galerie handlowe). Zdaniem wielu jesteśmy miastem z potencjałem, które jednak nie potrafi go wykorzystać. W kółko trwa paplanina, że jesteśmy „od wieków pomostem między Wschodem a Zachodem”, że mamy duży potencjał ludzki (z powodu licznych wyższych uczelni) itp. itd. Z racji, że specjalnością lublinianina jest głównie marudzenie, to bycie „pomostem” nie przedkłada się na żadne większe korzyści ekonomiczne, a zasoby ludzkie marnujemy w popisowy sposób (legiony magistrów i inżynierów, które rokrocznie wypluwają z siebie nasze uczelnie lądują na zasiłku albo wyjeżdżają za chlebem).
Z powodu tej niezaradności koncentrujemy się na jednym punkcie, który jest bez wątpienia największą zaletą naszej supermetropolii. To na nim skupiamy wszystkie nasze wysiłki i całą naszą uwagę sądząc, że wszystko inne już dawno zostało spisane na straty. Tą rzeczą jest kultura. Jesteśmy, chełpiąc się bezczelnie, ładnym, gościnnym miastem z licznymi zabytkami i dość miłymi ludźmi, głównie młodymi, którzy studiują na naszych uniwersytetach. Młodzi-aktywni do spółki z trochę-starszymi-aktywnymi organizują liczne imprezy artystyczne, kulturalne… I długo by jeszcze wymieniać. Nasza historia potrafi być na topie. Z żydowską przeszłością naszego miasta świetnie wpisujemy się we wszechobecny u nas (choć w Europie mocno przebrzmiały) dogmat multi-kulti. Bogata oferta kulturalna bezsprzecznie jest naszą najmocniejszą stroną.
Rywalizacja o ESK dużo nam dała. Powstawały nowe inicjatywy, mnożyły się ciekawe pomysły. Liczne grupy artystyczne, kulturalne i naukowe zaangażowały się w walkę o miano ESK, a co najważniejsze… Popłynął szeroki strumień pieniędzy, który pozwalał te liczne inicjatywy utrzymywać przy życiu.
Jako lublinianin jestem z natury pesymistą i mam skłonność do narzekania. Sądzę więc, że najlepsze już za nami. ESK było bodźcem, na które to miasto czekało bardzo długo. Dało nam wspólny cel, a co najważniejsze, nadzieję na to, że można coś zmienić. Że stać nas na wiele i że możemy spełnić jakiś na wpół fantastyczny „Lublin dream”, przejść drogę od zera do bohatera. Teraz spodziewam się, że ta fala entuzjazmu opadnie. Każdy wróci z powrotem do własnego poletka i będzie je sobie w spokoju uprawiał nie oglądając się na resztę, jak to mamy w zwyczaju. Nie wierzę tym, którzy mówią, że nasze dotychczasowe osiągnięcia zapoczątkowały zmiany, jakich nie da się zatrzymać. Wszystko można zmarnować.
Wrocławiowi gratulujemy. Ładne miasto (choć puby zamykają tam karygodnie wcześnie!), fajni ludzie. Ale szkoda, że nie padło na nas.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)