Horatius Horatius
354
BLOG

Nasze 15 minut

Horatius Horatius Polityka Obserwuj notkę 1

Uznałem ostatnio, że moje teksty są straszliwie nudne. Wszystkie traktują o postkolonialnym syndromie w jakim pogrążona jest Polska.

 

Tak będzie i tym razem. Bo jak tu nie pisać o naszym postkolonialnym kompleksie, skoro jest on widoczny w każdym naszym słowie i czynie? Determinuje chyba wszystkie nasze działania i wpływa na nasz sposób myślenia bardziej, niż podejrzewamy. Tak jest i dzisiejszego dnia. Bo niby skąd ta fala propagandy (bo nie informacji przecież, ja ich przynajmniej dostrzegłem zaledwie śladowe ilości w dzisiejszych newsach), która przelewa się obecnie przez media? Mamy swoje 15 minut pławienia się w blasku, jaki oświetla Europę.

 

Wciąż słyszę narzekania na model naszego patriotyzmu. Że przestarzały, archaiczny, że powiewamy biało-czerwonymi flagami, czcimy męczenników… Że nie potrafimy się cieszyć, że powinniśmy zerwać z naszą bolesną przeszłością, skupić się na „tu i teraz”, na pracy dla Polski… I tak dalej, i tak dalej. Zabawne. Druga Rzeczpospolita nie miała takich problemów, chociaż posiadała podobne obciążenia. Jakoś udało jej się przekuć krew męczenników w mięśnie robotników. Przekonywano, że poświęcenia wcześniejszych pokoleń obligowały tych, którym dane było ujrzeć Wolną Polskę do rzetelnego wysiłku na rzecz Ojczyzny. Może trochę idealizuję, fakt. Nie obyło się wówczas od porozbiorowej traumy. A jednak różnice między II a III RP są w tym przypadku uderzające.

 

Dlaczego więc nie wypracowaliśmy „własnego” rodzaju patriotyzmu? Bo wbrew temu, co dzisiaj obwieszczały media (Większość Polaków niby jest zadowolona ze stopy życiowej na której żyją? Z fiskusem na karku i krnąbrnym prawem? Litości…) do dzisiaj się to nie udało. Powodów tego stanu rzeczy jest kilka. Po pierwsze: Większość z nas uznaje PRL za „nasze” państwo. To sprawia, że klasycznych objawów syndromu postkolonialnego po prostu nie zauważamy. A z choroby trzeba sobie najpierw zdać sprawę. Po drugie: Nieudana transformacja, która zaowocowała słabym państwem. Jak mamy być dumni z Polski, w której trzeba dać w łapę lekarzowi, żeby porządnie leczył, a rejestracja własnego biznesu jest drogą przez mękę? Na pewno ci, którzy wyjeżdżają za granicę „się dorobić” na pewno nie mogą czuć się dumni z państwa, które ich olewa. Z resztą nie tylko oni.

 

Na co dzień nie myślimy w ogóle w kategoriach państwowych. Zastąpił je nasz własny brzuch. Kto tak naprawdę dostrzegł, że przejmujemy dziś prezydencję? Tam, gdzie organizowane są masowe imprezy jest to zauważalne, ale poza tym życie toczy się swoim rytmem. Zakupy, praca, dom. Co z tego, że w mediach aż huczy od dumy? Już przywykliśmy, że to co pojawia się w programach informacyjnych to „wielka polityka” odseparowana od „codziennego życia”. Ten sam syndrom zabił pamięć o katastrofie smoleńskiej.

 

W tym punkcie warto się zastanowić nad efektami tej propagandy sukcesu, która od dawna jest nam serwowana. Wciąż tylko słyszę jakie to szczęście, że tak się rozwinęliśmy przez te dwadzieścia lat. Że weszliśmy do NATO i do Unii. No właśnie… Tu docieramy do meritum. Unia oznacza dla nas rozwój. Dlaczego? Jadę autostradą – widzę plakietkę „bodowa dofinansowana ze środków unijnych”. Siadam w fotelu w miejskiej bibliotece – to samo. Biorę udział w szkoleniu zawodowym i… I ono też jest dofinansowane przez Unię. Gdyby nie morze gotówki, które tak łapczywie pochłaniamy, nasz kraj byłby taką samą ruiną jak wcześniej. O przyczynie tego zjawiska już wspomniałem. Myślimy tylko o sobie. Nawyki, których dorobiliśmy się w peerelowskiej rzeczywistości trwają nieprzerwanie w naszej świadomości, bo nie postawiliśmy sobie w niej zwartej ściany oddzielającej państwo nasze od nie-naszego. Poruszając się wśród takich kategorii nie jesteśmy w stanie zabiegać o dobro wspólne.

 

Czy Polacy mają poczucie sukcesu? Część z nas zapewne tak. Ale nie wiąże tego z sukcesem Polski, tylko Europy. I to właśnie Europa znaczy dla nas więcej, bo daje nam dobrobyt. To, czego nie było w stanie dać nam polskie państwo. Polska kojarzy się raczej z fałszywymi politykami, dziurawymi drogami i złowrogim fiskusem. A skoro tak, to nasz dobrobyt pożytkujemy tylko na użytek nas samych, a nie wspólnoty. Na zabawę. A sądząc po medialnych przekazach z tym przecież kojarzy się dzisiejszy dzień. Z jedną wielką imprezą. To właśnie dzięki rozrywce zapominamy o codziennych bolączkach naszego społeczeństwa i naszego-nie-naszego państwa.

 

A jednak, jak już wspomniałem, dla dużej części z nas objęcie prezydencji nie stało się czymś, co warte jest uwagi. Bo duma z bycia w Unii jest najbardziej udziałem elit. Albo tych, którzy do niej aspirują i chcą być na topie. Postkolonializm pozostawił w naszym społeczeństwie dziurę między „krajanami” a „kosmopolitami”. Do tych pierwszych należą ci, których prezydencja mało obchodzi, o ile w ogóle wiedzą czym ona jest. Dla tych drugich to pełnia szczęścia. I ta najwyższa radość rezonuje dzisiaj na wszystkich kanałach telewizyjnych. To 15 minut uciech ze spływającego na nas splendoru Wielkiej Europy.

 

Dzisiejszy karnawał minie. Podobnie jak i prezydencja. Kiedy zakończy się uciecha wypływająca z wirtualnego przekonania o własnym prestiżu, jakim rzekomo od dzisiaj będziemy się cieszyć w Europie, znów powróci pustka. A to wywoła poczucie niedosytu i tylko dokarmi nasze zaściankowe kompleksy.

 

 

 

 

 

 

Horatius
O mnie Horatius

Najlepiej przekonać się jakie mam poglądy czytając moje teksty.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka