Równo tydzień temu z donośnym hukiem zakończył się kolejny Przystanek Woodstock. W tym roku woodstockowe tematy raczej nie przyjęły się na Salonie. A jest o czym pisać.
Abstrahując oczywiście od finansowania całej inicjatywy, która od dawna budzi wiele kontrowersji o których już wieki temu pisali (w mniej lub bardziej udany sposób) liczni blogerzy. I, naturalnie, od rzekomej demoralizacji młodzieży na masową skalę, która ma się tam zdaniem niektórych odbywać. Młodzież mamy zdemoralizowaną i bez Przystanku Woodstock, o czym nie świadczy bynajmniej taplanie się w błocie lub machanie bujną czupryną w rytm muzyki Behemotha. Młodzi ludzie przyjeżdżają nastawieni tak a nie i inaczej już na Przystanek Woodstock i to, co ze sobą przywożą wpływa na ich zachowanie. Zgodzić się jednak mogę, że swobodny klimat tej imprezy może być pewnego rodzaju katalizatorem. Ale czy to właśnie dzika zabawa nie jest istotą podobnych festiwali?
Kłamstwem byłoby jednak stwierdzenie, że woodstockowy monolit nie ostrzy sobie zębów na przyjezdnych. Nie jest tajemnicą, że od dłuższego czasu Jurek Owsiak, everyman (choć tylko z pozoru) Przystanku, cierpi na syndrom podobny do tego, który dotknął istne rzesze medialnych postaci, od Kory do Pawła Kukiza. Sława już mu nie wystarcza, ma o wiele wyższe aspiracje. Chce być autorytetem, drogowskazem, który pokaże młodym ludziom co dobre, a co złe. Dowody? Wystarczy spojrzeć jak ścisłej selekcji podlegają goście Akademii Sztuk Przepięknych. Zero alternatywy. Rzadko zdarza się ktoś spoza mainstreamu, a gościa odbiegającego od lewicowo-liberalnego szablonu można porównać tylko do jednorożca. Z tego trendu wyłamywać zdawał się jedynie Jan Ołdakowski, ale występował on wyłącznie w charakterze dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego. (Nie bez znaczenia był zapewne fakt, że należy on do grona PJN-ków, a więc tych „fajniejszych” prawicowców.) Owsiak wkroczył jakiś czas temu na salony, a raczej do salonu. TVN, Tomasz Lis itd. lansują go przy każdej okazji (teraz jakby słabiej?), a on rewanżuje się zapraszając osoby z ich środowiska do ASP. Przekaz spotkań jest jednostronny, co dziwi, gdy słyszy się jak mantrę o podobno pluralistycznym nastawieniu całej imprezy. Jeszcze pamiętam jak Zbigniew Hołdys i Jacek Żakowski urywali dyskusję na temat tzw. listy Wildsteina, gdy zaczynała nabierać widocznej pikanterii. Następca Hołdysa, Piotr Najsztub, był jeszcze gorszy, bo prędzej eksplodowałby niż nie zaprezentowałby swojego światopoglądu w dostatecznie radykalny sposób. (Ateistyczne hasła w rozmowie z Tadeuszem Mazowieckim były po prostu niesmaczne i obliczone były na odpowiednio obliczonej reakcji publiczności.) Kto teraz prowadzi ASP? Nie wiem, już nie bywam, bo to nie ma sensu. No, dobra, przyznam się, zabłądziłem ostatnio na spotkania z Titusem i Glacą, ale oba nie były najlepsze.
Na tym jednak nie koniec. W tym roku Jurek zabrzmiał o wiele radykalniej i o wiele mniej bezstronnie. (Czyżby miał na to wpływ fakt, że nie zaprasza się go już tak często do telewizyjnych rozmów?) A więc na ostatnim Woodstocku po raz kolejny przystankowy wódz pojawił się na scenie. Ot, jak zwykle, strzelał na prawo i lewo sloganami miłymi, łatwymi i przyjemnymi, które to jednym uchem wpadają, a drugim wypadają. Aż nagle wyrwałem się z błogiego stanu, który ogarnął mnie nad otwartym piwem. Chyba śnię? Katastrofa smoleńska? Czyżby temat okrzyknięty przez mainstreamowe media jako „nekrofilny” i jednoznacznie psujący atmosferę grillowania mógł przejść przez gardło człowiekowi, który nieustannie prawi o Najpiękniejszym Festiwalu Na Świecie pełnym wyłącznie dobrej zabawy? Cóż, nie zdziwiłem się, bo ponownie poszedł hippisowski slogan. Że w zeszłym roku mówili o tragedii, że szanują ból i żeby „Panowie politycy” przestali ją wykorzystywać. Typowe, mogłem się tego spodziewać. Ale zaraz, zaraz… Nastawiam pilnie uszu… Jurek odczytał… List Bronisława Komorowskiego! A gdy tylko wybrzmiały słowa „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej” przeleciała… Eskadra myśliwców! A po dłuższej chwili z donośnym rykiem przemknęły nisko nad naszymi głowami dwa F-16. Nie bujam! Z ręką na sercu!
I pomyśleć, że nasze wojsko na wszystkim oszczędza… Nasi żołnierze biegają po poligonach drąc się „pif-paf!”, bo nie ma na amunicję, a fundusze na paliwo do F-16 na przelot nad Woodstockiem to się znajdzie. Chcieć to móc! Cytując kolegę: „Komorowski to się umie bawić!” Osobiście nie miałbym nic przeciwko odczytaniu listu prezydenta RP. Mamy starą tradycję obejmowania patronatem prezydenta różnych imprez. (A największy tego typu festiwal w Polsce, do tego całkiem ambitny, z licznymi inicjatywami różnych środowisk chyba na to zasługuje.) Wycie silników samolotów wbiło mnie w glebę, nie powiem. Chciałbym móc to przeżywać częściej. Ale w połączeniu z hasłem o graniu katastrofą smoleńską cała sytuacja nabrała jednoznacznie politycznego wymiaru. Bo prezydent jest z PO, a „ci źli” od tragedii to PiS. Zgrabnie skrojony przekaz, a jednak łatwo skojarzyć, że osoba, która przyjechała dobrze się bawić i posłuchać muzyki jest poddawana zwykłej manipulacji. Że po raz kolejny zacytuję kolegę (o Jurku Owsiaku): „To już wiem, na kogo będzie głosować.”
A zatem Owsiak chce wpływać na woodstockowiczów i nie waha się tego robić. Do tego chce, żeby było ich coraz więcej. Niby normalna rzecz, każdy menadżer chce, żeby stworzona przez niego inicjatywa rozwijała się i ściągała coraz większe rzesze uczestników. Problem polega na tym, że w połączeniu z powyższym budzi to we mnie pewien niepokój. W tym roku na Przystanek przybyło niemal 700 tys. uczestników. W 2010 r. bodajże pół miliona. Przyczyną tej tendencji jest fakt, że Woodstock od pewnego czasu staje się… Bardziej popowy? Za dużo powiedziane. Mniej „ortodoksyjny”? To chyba najlepsze określenie. Na Dużej Scenie pojawiają się zespoły o nieco bardziej komercyjnym obliczu, co przyciąga więcej chcących je zobaczyć. I nie zawsze pasują one to stereotypu punka-pancura-rastamana. Dwa lata temu jechałem sobie specjalnym, woodstockowym pociągiem. Typowe szaleństwo. Alkohol, papierosy, umiarkowana dewastacja przedziałów i kontrolerzy, którzy przechodząc przez wagon po raz setny odmawiają bimbru domowej roboty. Ot, woodstockowy standard. Cały pociąg pełen punków i metalowców. Aż tu nagle na pewnej stacji wchodzi… Klasyczna lalunia. Cała różowiutka – od różowego Tego-Dziwnego-Czegoś-Co-Spinało-Jej-Włosy po różowe szpilki. Cały wagon zamilkł, jakby nagle zobaczył cysternę Heinekena. Po czym różowa panienka przemierzyła cały korytarz stukając swoimi różowymi szpilkami i zajęła miejsce na końcu zapchanego wagonu. Wraz z każdym jej krokiem szok na twarzach podróżnych ustępował głupawym uśmieszkom. Później, jak gdyby nigdy nic, powróciliśmy do libacji.
Trudno ocenić, czy te przemiany są dobre czy złe. Od różnych gatunków muzyki nikt jeszcze nie umarł, ale klimat imprezy wyraźnie się psuje. Przyczyną bajecznej frekwencji w tym roku był występ grupy The Prodigy. Muzyka, jak muzyka. Mi się akurat totalnie nie podobało. (Jestem zbyt ortodoksyjny?) No, przyznaję się bez bicia, podobały mi się te wszystkie blachary, które zdzierały koszulki, żeby tylko pokazali na telebimie ich gołe cycki. No, i te dwie hiszpanki za mną, chociaż te akurat się nie rozbierały. Na czas koncertu Woodstock zamienił się de facto w jedną wielką dyskotekę, bo przyjechali na nią ludzie, którzy traktowali całą imprezę właśnie jako wiejską zabawę w wersji XXL. Sprawdziły się czarne scenariusze, które wcześniej pojawiały się na forach internetowych i pola pod Kostrzynem zapełniły się w większości jednodniowymi (jednonocnymi?) przyjezdnymi, którym zupełnie obcy był specyficzny woodstockowy savoir vivre, tak charakterystyczny dla całej reszty. Gdy po raz pierwszy wsiadałem do woodstockowego pociągu byłem w szoku widząc tą atmosferę. Każdy był tak miły, że aż nie mieściło mi się to w głowie. Solidarność między woodstockowiczami wręcz gęstniała w powietrzu. Co z tego pozostanie za kilka lat?
Jednym słowem: Idzie nowe. I to idzie coraz większymi krokami i coraz bardziej się rozpędza w ciągu ostatnich kilku lat. Zmiany widać nawet na Przystanku Jezus. W tym roku pojawiła się obok krzyża scena, muzyka, prezentowano filmy, spotykano się z różnymi osobami. (Pospieszalski jednak mi uciekł.) Tańczenie z księżmi i siostrami w rytm piosenki Shakiry faktycznie robiło furorę, a jednak nie podzielam w przypadku Przystanku Jezus entuzjazmu Frondy. Woodstockowi misjonarze przez lata wypracowali sobie wizerunek bliższy wyjątkowo natrętnym Świadkom Jehowy, który wciąż otacza to miejsce. W zakresie zmiany metod ewangelizacji jest jeszcze sporo do zrobienia.
Czy na Woodstock warto pojechać? W moim przekonaniu tak. Zdemoralizowana młodzież? Bardziej obawiałbym się tej, która zjechała się tłumnie na Prodigy, z zeszklonymi od „koksu” oczami.* Bezpieczeństwo? A gdzie jest niby bezpiecznie? Fakt faktem impreza nie jest tak bezpieczna jak twierdzi Owsiak (o czym słyszy się raczej z drugiego źródła), ale jak na tak duży festiwal jest całkiem dobrze. I bynajmniej „afera barierowa” nic tu nie zmienia. Lewacko-pacyfistyczne przesłanie imprezy bywa irytujące, to fakt. Mnie samego do dziś uwiera widok pacyfek na każdym kroku. Jednak znamienita większość uczestników Woodstocku wydaje się ich nie zauważać. Nie po to tam przyjeżdżają. Nie dla hippisowskiej ideologii czy wygłaszanych ze sceny kazań, tylko żeby posłuchać muzyki, napić się piwa i podładować akumulator na kolejny rok. Przystanek Woodstock to nie tylko Jurek Owsiak. To ludzie, którzy rok rocznie zbierają się na kostrzyńskich błoniach.
______________
* Podobne odczucia miał z resztą Litza: http://fronda.pl/news/czytaj/tytul/litza:_bylem_zgorszony_zespolem_prodigy_na_przystanku_woodstock_14833



Komentarze
Pokaż komentarze (41)