Horatius Horatius
828
BLOG

Oburzonych ci u nas dostatek

Horatius Horatius Rozmaitości Obserwuj notkę 10

Co różni zgromadzonych pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu z dzisiejszymi Oburzonymi? Wszystko. I nic jednocześnie.

 
Jeszcze nie tak dawno przetaczała się przez Polskę fala innego oburzenia. Wszyscy doskonale pamiętamy podział jaki dokonał się wtedy w naszym społeczeństwie. Nikt nie mógł pozostawać obojętny wobec haseł stawianych przez zgromadzonych przed Pałacem Prezydenckim. Zupełnie jak sprawa Dreyfusa, „awantura o krzyż” dzieliła całe rodziny. Toczył się spór o wartości i kondycję naszego państwa, który był tak gorący, że ochrzczono go nawet wojną polsko-polską. A dziś korowód Oburzonych przemierza sobie ulice Warszawy i jakoś nikt ich nie znieważa, nie opluwa, a wręcz przeciwnie, wszyscy wydają się ich lubić, szanować i popierać.
 
Nie da się ukryć, że kaliber posmoleńskiego konfliktu zawdzięczamy głównie mediom. Skoro nawet Rada Etyki Mediów, której stronniczość w wielu sprawach razi jak wybuch głowicy jądrowej, stwierdziła, że dziennikarze postąpili nie fair, to musi być coś na rzeczy. A tu włączam wczoraj telewizor, a tam, na antenie TVP Info, Jacek Żakowski i Ryszard Kalisz (czyżby zaangażowanie „niezależnego” dziennikarza w zmaganiach o pozycję lidera SLD?) prześcigają się w zachwalaniu marszu Oburzonych. I co słyszę? Że to inicjatywa antymainstreamowa, że właściwie piknik… Bzdura goni bzdurę i bzdurą pogania, ale przekaz jednoznaczny: Zachęcamy! Drodzy telewidzowie, idźcie i poprzyjcie! Jak Żakowski z Kaliszem zachwalają coś, co ma być antymainstreamowe to ja mam poważne obawy co do tego, czym to w ogóle jest… Ale mniejsza o to. W sprawie zgromadzonych u wrót prezydenta media lansowały skrajnie pejoratywny obraz. Że same staruszki i awanturnicy, że eksplozje nienawiści itp. itd. A tu? Piknik.
 
Nie da się ukryć, że inicjatywa jest głównie medialna, bo do poziomu Hiszpanii naszym Oburzonym jeszcze wiele brakuje. Polskich Oburzonych da się nie zauważyć. W mediach nie huczy od informacji o wielotysięcznych tłumach przelewających się przez Warszawę. Okupowania budynków ani samoistnego zbierania się w różnych częściach miasta także nie stwierdzono. Niemniej dziennikarze są równie zachwyceni, co w przypadku wydarzeń w Hiszpanii. A gdy ludzie sami z siebie zebrali się na Krakowskim Przedmieściu okrzyknięto ich nie ruchem obywatelskim, a motłochem. Zastanawiające, prawda?
 
Kluczem do zrozumienia różnic między Oburzonymi Po Smoleńsku i Oburzonymi Dzisiaj są dwa aspekty – polityczno-ideologiczny i (jakże by inaczej) postkolonialny. Oburzeni są fetyszem lewicy. Uosabiają coś z rewolucji, coś z dawnego proletariatu i sporo z dzisiejszej miłości lewicowców – dyskryminowanych. W dodatku hasła podnoszone na Zachodzie są jednoznacznie lewicowo-antyglobalistyczne. Że za kryzys odpowiadają bankierzy i korporacje i muszą za zapłacić, że państwo musi nam dać wszelkiego rodzaju przywileje, że lada chwila upadnie gospodarka rynkowa i wejdziemy w erę wiecznej, socjalistycznej szczęśliwości… W Tokio pikietowano przeciwko elektrowniom atomowym, a w Australii pojawili się reprezentanci Aborygenów. I jak wszelkiej maści lewica ma się nie zakochać? Ale za to jakby skupili się pod krzyżem, to już byłby skandal, nietolerancja i łamanie świeckości państwa.
 
A przecież naszych, polskich Oburzonych z protestującymi pod krzyżem sporo łączy. Też wykazują niechęć do mediów (chciałbym teraz widzieć minę Żakowskiego), niepokój o stan państwa i, używając słów samych Oburzonych, dążenie, aby spowodować „rozbudzenie społecznej świadomości, wyzwolenie się ze strachu przed tym, co jest, oraz pozyskanie siły, by walczyć z niesprawiedliwością i nadużyciami”.* Czy nie to samo słyszeliśmy spod krzyża na Krakowskim Przedmieściu? Nie no, ale to byli tubylcy, ciemnota i zabobon, a tak w ogóle to „mowa nienawiści” i dzielenie społeczeństwa. Nasze postkolonialne skłonności każą nam bezrefleksyjnie przejmować wszystko, co idzie z Zachodu, z nowej metropolii, ale jak skrzyknie się trochę krajan pod narodowymi hasłami, to z miejsca jest to okrzyknięte jako faszyzm.
 
Na Krakowskim Przedmieściu obecnych było (wbrew obiegowym opiniom) sporo młodych. Nie można powiedzieć jednak, że byli trzonem ruchu, tak jak to jest w przypadku Oburzonych. Bo, my, młodzi, mamy liczne powody, żeby się oburzać. Studia są puste i bezużyteczne, a bez „znajomości” ciężko znaleźć po nich pracę, bo mamy aż 380 reglamentowanych zawodów.** U nas problemem nie jest kryzys i „kapitalistyczny rynek”, ale liberalny postkomunizm, który skamieniał w naszym kraju przez ostatnich dwadzieścia lat. A co ma nam do zaoferowania rządząca nam miłościwie partia? Laurkę w postaci raportu „Młodzi 2011”. Stąd, notabene, wynika poparcie dla każdej „nowej jakości” na scenie politycznej, jak Ruch Poparcia Palikota, czy Nowa Prawica.
 
Nie mam iluzji co do tego, że nie będzie polskich Oburzonych, a przynajmniej nie w wydaniu zachodnim. I bynajmniej nie jest tego przyczyną fakt, że nie mamy gorącego, południowego temperamentu jak Hiszpanie. Po prostu nasza młodzież jest raczej konformistyczna, leniwa i skupiona na własnych, partykularnych interesach. Narzeka na „załatwianie po znajomości”, ale jak przychodzi sposobność ochoczo z tej opcji korzysta. Widzi potrzeby wyłącznie swojego „ja” nie będąc w stanie rozumować w kategoriach „my”. Świetnie sprawdza się w happeningach, ale gdy trwają krótko i polegają głównie na zabawie. Nie jest w stanie się sama oburzyć, czeka aż ktoś oburzy się za nią. Nie przeczę, że przydałby się nam nasz własny ruch Oburzonych. A może mamy go już za sobą?
 
 
___________________
 
 
 
 
Horatius
O mnie Horatius

Najlepiej przekonać się jakie mam poglądy czytając moje teksty.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Rozmaitości