Od czasu, gdy katolicy w Polsce uświadomili sobie w jak wielkim kryzysie się znajdują jest jeszcze gorzej. Zamiast refleksji mamy panikę, a zamiast jedności konflikt.
Całkiem niedawno katolicy obudzili się w zupełnie nowym świecie. Zaczęło się od pamiętnego krzyża z puszek po „Lechu” na Krakowskim Przedmieściu. Tyleż to razy słyszeliśmy o kremówkowym papieżu i Pokoleniu JPII, a tu nagle ni stąd, ni z owąd zobaczono młodych-gniewnych paradujących z przybitym do krzyża misiem. No i zaczęło się. Dogmat o Pokoleniu JPII zastąpił mit MWzWM (o którym już pisałem), po czym zakrzyknięto, że niemniej mityczna i złowroga „laicyzacja” szturmuje nasze bramy. Rozpoczęto więc kontrkrucjatę. No, bo nie można przecież w chwili, w której ważą się losy chrześcijaństwa w Polsce, opuszczać Okopów Świętej Trójcy. Nie można oddać ani guzika! Trzeba się przeciwstawiać! Bronić! Wypierać Nergala z telewizji, bo młodzież nam bałamuci!
No i wybronili. Kolejnym szokiem był sukces wyborczy słynącego z populistycznego antyklerykalizmu Pierwszego Clowna Rzeczypospolitej. Nagle katolicka opinia publiczna zdębiała. Jak to? To Polacy, „katolicki naród”, mogli wybrać takiego antykościelnego chochoła? I dać mu, i grupie zupełnie przypadkowych osób zjednoczonych w większości wyłącznie antyklerykalnymi hasłami, aż 10% głosów?
Nagle spełniły się najgorsze czarne scenariusze, które jeszcze rok wcześniej można było ze śmiechem odesłać na półkę z napisem „SF”. Nagle okazało się, że środowiska, które od dawna trąbiły o zagrożeniach polskiego Kościoła (np. Fronda) miały rację. No, bo, drodzy rodzice, delikatnie mówiąc, nie rozumiecie swoich pociech. One już są zeświecczone. Gdy wy harowaliście dniami i nocami nasze pokolenie trwoniło czas na zabawy i swawole w złotych czasach dzikiego liberalizmu lat 90. Z domu wynieśliśmy przekonanie, że katolicyzm to taka tradycja, która objawia się głównie święconką i choinką. Byliśmy przez dwadzieścia lat bombardowani powielanymi w typowo postkolonialnym stylu zachodnimi sloganami, a ludowy antyklerykalizm („a skąd ksiądz ma na tą furę?”) wyssaliśmy z mlekiem matki. Sam Kościół raczej nie starał się przyciągnąć nas do siebie uważając, że co jak co, ale jak ślub to tylko w kościele. „Bo tak trzeba”. Nowej Ewangelizacji do niedawna można było u nas ze świecą szukać. Księża? W większości nudni, zachowujący się tak, jakby sami potrzebowali formacji i czytający z kartki płytkie kazania, których i tak nikt nie rozumie. Listy duszpasterskie to w większości traktaty teologiczne (podczas gdy większość tzw. wiernych nie rozumie takiej abstrakcji, jak jeden z podstawowych dogmatów katolicyzmu, ten o nieomylności papieża). Dla większości z nas ksiądz to takie dziwne stworzenie, które tropi zaciekle szatana w „Harrym Potterze”, a w wolnym czasie także jego sług, „szatanistów”. Katecheci? Nie różnią się od reszty znudzonego życiem ciała nauczycielskiego.
Te wszystkie wymysły o Pokoleniu JPII, a to Pokoleniu ’89, a nawet o MWzWM dowodzą, że tak naprawdę nikt z wyjątkiem samych młodych nie rozumie czym są. Ogłaszam więc wszem i wobec: Oni już są zachodniomyślni. Z całym dobrodziejstwem inwentarza w postaci totalnego braku zrozumienia dla chrześcijaństwa. Ta młodzież już od dawna jest zbałamucona.
Gdy to sobie wreszcie kościelno-prawicowa opinia publiczna uświadomiła przeszła szybko od fazy szoku i wyparcia (przeskakując szybko przez fazę gniewu) do stadium depresji. Dziś pojawiło się pytanie: Co dalej? Możemy wyróżnić trzy postawy wobec uświadomienia sobie opisanej wyżej pełzającej laicyzacji, która właśnie wyszła na światło dzienne:
1. Nic się nie dzieje. Psy szczekają, karawana idzie dalej. Wszak wiadomo, że najbardziej czczonym świętym w Polsce jest Święty Spokój. Jest to chyba największa grupa, sądząc po tym, że na ambonach paniki nie widać.
2. Pójdźmy po rozum do głowy. Trzeba zerwać z upolitycznieniem kleru i zbudować pozytywny wizerunek chrześcijaństwa w Polsce. Nie można powielać błędów, które już przydarzyły się na Zachodzie. Nie obejdzie się bez aktywizacji wiernych, którzy zamiast wziąć się do roboty wciąż zerkają na plebanię, aż ksiądz się ruszy i pokaże im co i jak. To środowisko jest bez wątpienia mniejsze, ale wykazuje dużą żywotność, co można stwierdzić po nasileniu się inicjatyw promujących nowoczesne metody ewangelizacji.
3. Rewolucja! A nie mówiłem? My wiedzieliśmy, że tak będzie! Mówiliśmy wam! A wy, ciemnogrodzie, teraz musicie na posłuchać, zanim będzie za późno! Teraz nie ma czasu na dialog, zawieszamy konstytucję i budujemy gilotyny. Nie ma co się ze wstecznictwem patyczkować, bo tylko my możemy uratować chrześcijaństwo w Polsce. Trzeba się więc otworzyć (najlepiej na oścież) i zdemokratyzować. Należy pochwalić Darskiego za to, że przejeżdża się regularnie po naszych ideałach i wrażliwości, a jak będą zdejmować w szkołach i w sejmie krzyże, to nie można protestować. No i uderzyć w piersi i przyznać do win. (Jakich? To bez znaczenia. Od Hypatii przez Inkwizycję do Holocaustu.) Niech księża nie noszą sutann, ani koloratek, a najlepiej to znieśmy całkiem celibat. Tak w ogóle, to nie są oni nam w sumie do niczego potrzebni, bo do Boga można dojść samodzielnie. A papież to już w ogóle… Jest to najmniejsza, ale bez wątpienia najradykalniejsza i najgłośniejsza grupa, która wykorzystuje sytuację, żeby wprowadzić swój program „unowocześnienia” Kościoła i uprzystępnienia go do naszych czasów.
Ku uciesze ostatniej grupy zainteresowanych. Nie można ich zestawiać z pierwszymi trzema, bo nic ich z Kościołem, a nawet z chrześcijaństwem nie łączy. Właściwie, to jest to środowisko antykościelne, antykatolickie i antychrześcijańskie, któremu religia z reguły po prostu przeszkadza. Za to jest bardzo bliskie tym z numerem 3. Nie chodzi mu bynajmniej o ocalenie chrześcijaństwa w Polsce, ale o usunięcie go na margines, tak, żeby nie przeszkadzało w tworzeniu nowej (czy może raczej „nowoczesnej”) utopii. Bo religia krępuje naszą wolność. A absolutna wolność jest człowiekowi do szczęścia niezbędna. Nie, nie, moi drodzy, to nie żadna masoneria. To np. prof. Jan Hartman, który mówi o „przewietrzeniu klerykalnego zaduchu”.* I rozprawianiu się bez białych rękawiczek. Aż trudno pomyśleć, że to ten sam, który parę miesięcy temu tak ładnie mówił o tolerancji.
I tu dochodzimy do sedna tego wywodu. Bo wczorajsze hasła tracą na wartości w obliczu rewolucji. Bo ci, którzy dziś krzyczą o obronie wolności słowa w kwestii ks. Bonieckiego jeszcze nie tak dawno rozpłynęli by się z zachwytu, gdyby władze Zakonu Redemptorystów „ocenzurowały” o. Rydzyka. Wtedy byłoby to chwalebne. Ba, może nawet było by szczytem wysiłków w… Obronie wolności słowa. Już nie tak absurdalne tezy stawiała nasza publicystyka. Że cieszyłby się prof. Hartman już wiemy. A czy wy, członkowie kościelnego salonu, z równą gorliwością bronilibyście o. Rydzyka?
Najwyraźniej Tomasz Terlikowski miał rację i faktycznie czeka nas wojna. Hartman nawet wprost ją nam wypowiedział. Ale ta walka nie jest wyrównana. Bo to my mamy w swoich szeregach „piątą kolumnę”.
________________________


Komentarze
Pokaż komentarze (7)