Z dnia na dzień znaleźliśmy się w kryzysie. Jeszcze nie tak dawno temu byłoby to nie do pomyślenia. Nagle polska prosperity zniknęła i zastąpiło ją… No właśnie. Co?
A jednak. Nikt się tego nie spodziewał, ale zaserwowano nam „krew, pot i łzy”. Ale w naszym przaśnym wydaniu. A to oznacza, że musimy zaciskać pasa, ale nie wszyscy. Bo państwo na przykład nie musi. Nie będzie audytu wydatków państwowych, bo po co? Ekonomistą nie jestem. Ale nawet ja, zwykły studencina, wiem, że państwo marnuje nasze podatki w głupi sposób. Wystarczy spojrzeć na naszą nieudolną administrację państwową w której najzwyczajniej w świecie toną pieniądze. Przykłady? Drogi, które zaraz po zmianie nawierzchni ulegają erozji, stadiony na których nie wytrzymuje murawa… Dalej? System opieki społecznej, który nie dość, że nie pomaga, to jeszcze pochłania niebotyczne sumy pieniędzy. Można by tak jeszcze. Każdy z nas to zna. Zamiast realnych zmian otrzymaliśmy obietnicę skrócenia czasu pracy sądów i wydawania decyzji administracyjnych, które nie dość, że są dosyć mglistą perspektywą, to jeszcze zasługują na miano wierzchołka góry lodowej, jeśli chodzi o prawno-administracyjne potrzeby Polski.
Dla mnie dzisiejsze expose nie było zaskoczeniem. Jest potwierdzeniem dotychczasowej linii politycznej partii rządzącej. Owszem, niektóre zmiany wydają się być koniecznością (np. wydłużenie wieku emerytalnego). Ale zamiast reform strukturalnych i monitorowania wydatków rząd zagląda do kieszeni obywateli. Tak jest łatwiej. Nie wymaga to czasu, ani nakładu pracy, ani użerania się z pretensjami niższych warstw administracji czy związków zawodowych. Wystarczy przepchnąć ustawę. Założenia expose nie są żadnym aktem odwagi. Już od dłuższego czasu ekonomiści bili na alarm. Media znudziły się z czasem uderzaniem w wielki dzwon i zajęły się tematami zastępczymi lub uprawianiem polityki, ale to, co od czasu do czasu się przez nie przebijało również nie brzmiało zachęcająco. Platforma stoi przed ścianą. Jeśli dłużej zwlekałaby ze zmianami straciłaby o wiele więcej.
Zatem (wbrew kampanijnym hasłom) młodzi i przedsiębiorcy nie mają na co liczyć. Prawo nie zostanie uprzystępnione, korporacje dalej będą hamować dopływ świeżej krwi, a uczelnie wyższe wypluwać z siebie tysiące absolwentów z bezużytecznymi dyplomami. Łatwiej jest podwyższyć składkę rentową. Również obsada rządu „fachowców” nie zdradza, że PO szykuje się na wytężoną pracę. Filozof jako szef resortu sprawiedliwości, a doktor nauk ekonomicznych… Jako minister sportu, rzecz jasna. Typowy rząd na ciężkie czasy. Niemniej zdaniem mediów Tusk jest śmiały, nieustraszony i w ogóle cacy, a dzisiejszy dzień psuł oczywiście Jarosław Kaczyński.
Na uwagę zasługuje fakt, że nie padło ani jedno słowo o euro. Cóż, wprowadzanie unijnej waluty nie jest w dzisiejszych realiach ani możliwe, ani pożądane, a jednak nasi politycy jeszcze do niedawna powtarzali je jak mantrę. Najbardziej złowrogo wygląda jednak kwestia polityki prorodzinnej, a raczej jej braku. Bo jaką mamy pewność, że skoro na razie restrykcje w tym zakresie dotkną tylko najbogatszych, to przy gorszej koniunkturze nie uderzą też w biedniejszych? Za kilka lat nam, młodym, dalej nie będzie się opłacało zakładać rodziny, tylko szukać pracy. W dalszej perspektywie nie będzie miał kto łożyć na nasze (i tak nędzne) emerytury. Ale to już problem mojego pokolenia, a nie premiera Tuska.


Komentarze
Pokaż komentarze (31)