Horatius Horatius
372
BLOG

Suwerenność. Ale jaka?

Horatius Horatius Polityka Obserwuj notkę 1

Wystarczyło kilka słów ministra Sikorskiego, a już rozpoczęło się bicie w dzwon i zwoływanie pospolitego ruszenia. Boję się jednak, czy aby w tym krzykliwym oburzeniu prawdziwa suwerenność nie przecieka nam przez palce.

 
Reakcja na wystąpienie ministra spraw zagranicznych nie wiedzieć czemu przypomniała mi nagle wiersz Słowackiego, w którym Polacy idąc przez dzieje drą się w niebogłosy (jak na Polaków przystało): „Polska! Polska!” Aż tu nagle zapominają języka w gębie. Nie żeby taka błahostka przeszkodziła im przeć dalej z okrzykiem na ustach. A, co tam! „Ojczyzna! Ojczyzna!”
 
Dzisiejsze medialno-blogerskie bicie piany niezwykle przypomina tą sytuację. Nagle wszyscy poczuliśmy się z dnia na dzień wybitnymi teoretykami skomplikowanego zagadnienia suwerenności państw i narodów w geopolityce dzisiejszej Europy. Jakby tego było mało, ocknęliśmy się w państwie podległym i niesuwerennym. Dobrze. Ok. W porządku. Rozumiem. Szanuję. A nawet doceniam. Można twierdzić, że się mieszka w kondominium? Można. Tylko co z tego?
 
Zaczęło się od tekstu Talagi.[1] Stwierdził on w rozbrajający sposób, że wybierając pomiędzy Moskwą a Berlinem trzeba wybrać to drugie. Ot, nic innego, jak przełożenie starej już i znanej opowieści o dwóch stołkach na dzisiejsze realia. I tu pojawiły się typowe dla postendecji antygermańskie fobie. Bo Niemiec to przecież wróg, dzieci nam zgermani, młodzież w kamasze do junkrzej szkoły wyśle, a starzy będą musieli w drzymałowym wozie się schronić! Cóż, bismarckowskie Niemcy narobiły sobie u nas czarnego PR-u na całe stulecia. Ale od tamtej pory wiele się zmieniło.
 
No i później ten Sikorski… No, jak polityk PO coś takiego mówi, to już się zaczyna jazda na całego. Cała prawica, jednym głosem, na trzy-cztery… Hańba! Nie twierdzę, że tezy przemówienia Radosława Sikorskiego mi się podobają. Niepokoi mnie ten rozpaczliwy i wiernopoddańczy (no, tu się z Wami zgodzę) ton. Sikorski zaprezentował nas jako państwo niesamodzielne, które panikuje na myśl o upadku strefy euro, a co za tym idzie de facto samej idei Unii. A jest czego się bać. Jadę sobie z miasta A do miasta B nową, elegancką drogą (tak, czasem się zdarzają), a tu z prawej strony miga gwiaździsta flaga UE. „Projekt dofinansowany z dotacji unijnych.” Przechadzam się po błyszczących nowością chodnikach miejscowości X. Déjà vu. „Projekt dofinansowany z dotacji unijnych.” Wchodzę do wojewódzkiej biblioteki, żeby przygotować się na zajęcia. Odsuwam nowiutkie krzesło w czytelni w nowszej jej części i… Nalepka. „Inwestycja zrealizowana dzięki dotacjom unijnym.” Idę na kurs. Muszę się dokształcić. Studia studiami, ale „przeca żreć coś musi”. „Projekt zrealizowany dzięki programowi Kapitał Ludzki.”
 
To państwo stoi na funduszach unijnych. Przez dwadzieścia lat nie nauczyliśmy się nim samodzielnie gospodarować. Mamy się czego obawiać, bo jeśli strefa euro faktycznie się posypie, to my razem z nią. Kryzys Unii to nasz kryzys, bo bez niej nie zdołaliśmy tak na dobrą sprawę nic osiągnąć. Bez dopłat czeka nas ekonomiczny regres.
 
Z tego punktu widzenia postawa Sikorskiego nabiera cech realizmu. Należy wspierać tego, komu najbardziej zależy na tym, żeby najgorsze się nie wydarzyło. Najlepiej, żeby był to ktoś silny (czytaj: o stabilnej gospodarce), a do tego najlepiej powiązany z nami ekonomicznie. Wypada na Niemcy. Pozostałe recepty naszego ministra już do mnie nie trafiają.
 
Jestem zwolennikiem koncepcji Stanów Zjednoczonych Europy. Ojej, ale ze mnie zaprzaniec! Już śpieszę z wyjaśnieniami. Tylko taka Unia, jednolita na zewnątrz, ma szanse w ogóle funkcjonować. Do tej pory UE było tylko powtórką z XIX-wiecznego koncertu mocarstw z fasadowymi instytucjami, które stwarzały iluzję stabilności. Karty rozdawali Wielcy przepędzając Małych za drzwi. Ile razy oglądaliśmy to na przykładzie rządu PiS, który ośmielał się postawić? Tylko Unia, która wykształci stabilne władze jest gwarancją tego, że interes, dajmy na to, Rumunii będzie cokolwiek znaczył w zestawieniu z potrzebami Francji. W przeciwnym razie ten pokraczny twór międzynarodowy jest nam tak na dobrą sprawę niepotrzebny. A to implikuje kolejne problemy, z których najważniejszym są odwieczne ciągoty Niemiec wobec Rosji. Czy jednak jest to dobry czas na wprowadzanie tego typu zmian? Jest to najgorszy możliwych. Euroideologia okazuje się kolejną utopijną mrzonką, a ci, którzy do tej pory mieli się całkiem nieźle plotąc w najlepsze euroslogany muszą szybko coś zrobić, żeby zachować dotychczasową hegemonię. Najprostszym rozwiązaniem jest ucieczka w doskonale sprawdzający się w czasach kryzysu radykalizm. Radykalizm prosty i przyjemny, nie wymagający główkowania, ani, tym bardziej, przeorientowania dotychczasowych haseł. Integracja się nie sprawdziła? Więcej integracji! Wpisując się w ten nurt Sikorski oddaje tak naprawdę Polsce gorzej niż niedźwiedzią przysługę. Bo unijne „superpaństwo” (jak chce Barroso)[2], które nie akceptuje naszej tożsamości, potrzeb i niezależności wewnętrznej jest już nie tylko równie niepotrzebne, jak fasadowe pacynki w postaci van Rompuya, ale wręcz groźne. I tu się z Sikorskim bardzo mijam.
 
Dzisiejsze gromkie pokrzykiwanie (doskonale widoczne na blogach) w obronie polskiej niezależności wpisuje się w dotychczasową wędrówkę Polaków przez wieki. „Polska! Polska!” Później: „Ojczyzna! Ojczyzna!” Pokolenia II RP i opozycji w PRL-u zastąpiły to okrzykiem: „Niepodległość! Niepodległość!” A my dziś maszerujemy i krzyczymy: „Suwerenność! Suwerenność!” Każda generacja potrzebuje czegoś nowego.
 
Krzyczeć każdy może. Jeden lepiej, drugi gorzej. Jeden głośniej, drugi ciszej. Tylko co nam po krzykach? Dzisiaj wszyscy jesteśmy gotowi bronić werbalnie suwerenności. Dwadzieścia lat po Okrągłym Stole, a my wciąż tkwimy w tych samych koleinach. My-patrioci, wy-zdrajcy. Problem polega na tym, że nie musimy wyciągać, jak mickiewiczowscy „wąsale”, pordzewiałych szabel z okurzonych kątów. „Jeszcze” – ktoś powie. Może i tak. Ale i tak realne potrzeby pozostają niezauważone.
 
Niedawno zdębiałem, gdy spotkałem niewiele młodszego ode mnie kolesia, który najzwyczajniej w świecie stwierdził, że państwo narodowe to przeżytek. No bo spójrzcie, Ojcowie-Polacy i Matki-Polki, na pokolenie waszych pociech. Pokorne, zuniformizowane, zachodniomyślne, skupione na własnych, partykularnych interesach. (Ładnie nas wychowaliście, nie ma co! Wypominałem Wam to z tuzin razy i jeszcze nie raz wypomnę.) Na Kaczyńskim i Tusku świat się nie kończy. Ktoś będzie musiał ich kiedyś zastąpić. Gdzie tu przesiąknięci narodową tożsamością ideowcy gotowi iść ramię w ramię z panią kanclerz, ale w imię narodowych interesów? Gdzie gotowi do nagłego zwrotu Piłsudscy? Broniący narodowego dobra Dmowscy? Gdzie gotowi do wyrzeczeń Narutowicze? Nie ma. Wymarli. Trzeba ich sobie na nowo wychować.
 
Polska nie potrzebuje dzisiaj kucia kos na sztorc czy blogowego sejmikowania. Potrzebuje pracy organicznej. Po co? To zależy. Można to nazwać odbudowywaniem tożsamości narodowej. Można społeczeństwem obywatelskim. Idę o zakład, że blogerzy wymyśliliby z tuzin podobnych określeń. Cel jest jeden. Możemy sobie żyć w kondominium. Ok. Jak wolicie. Sprzeczać się nie będę. Ale pamiętajcie, że pod koniec XVIII wieku jedno takie polskie kondominium upadło nie dlatego, że przyszedł Zły Prusak i Podły Rusek, tylko ta część z nas, do której należała inicjatywa stwierdziła, że niepodległość… Pardon! Suwerenność się nie opłaca. Że niby Radek „nie walczymy o honor”[3] Sikorski właśnie się tak zachowuje? Jak tam sobie chcecie. Naprawdę, nie będę się sprzeczał. Ale żeby się Wam włos na głowach nie zjeżył, jak usłyszycie, co powie jego następca…
 
Jednoznaczne opowiadanie się po stronie Niemiec jako jedynej ostoi polskich interesów jest obecnie najracjonalniejszym wyjściem. Muszę jednak przyznać, że gardzę takim realizmem. Jest zbyt prosty i banalny, żeby się sprawdził. Realizm nigdy nie służył Polsce. Zwłaszcza, gdy jest nim podlizywanie się państwu, które dopiero co do spółki z Rosją położyło rurę na dnie Bałtyku. Pytanie pozostaje zatem otwarte.
 
Wtem Bóg z mojżeszowego ukazał się krzaka,
Spojrzał i spytał: „Suwerenność. Lecz jaka?”
 
______________
 
[3] Od czasu kampanii wyborczej takie wtręty są niezwykle modne. Nie mogłem się powstrzymać.
 
 
Horatius
O mnie Horatius

Najlepiej przekonać się jakie mam poglądy czytając moje teksty.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka