Horatius Horatius
704
BLOG

Powyrzynajmy się wszyscy

Horatius Horatius Rozmaitości Obserwuj notkę 4
Gdy przeczytałem wiszący sobie (nie)spokojnie na Głównej tekst autorstwa Zwyczajnej Kobiety po prostu we mnie zawrzało. Bo nie obchodzi mnie, czy był pisany ironicznie czy serio. Ważne jest, że niektórzy tak naprawdę myślą. I myślenie to staje się coraz powszechniejsze.
 
Właściwie tylko czekałem na podobne opinie: „Gdyby mogła wykonać aborcję to by tego nie było.” Prędzej czy później pojawiłyby się i takie. Czy ktokolwiek wyobrażał sobie, dajmy na to, 11 kwietnia 2010 r., jak brutalnie potraktuje się później rodziny tych ofiar katastrofy smoleńskiej, które nie chciały biernie przyjąć narzucanej im interpretacji? Emocje mają to do siebie, że mijają. Najpierw eksplodują, a później stygną. Takimi zasadami rządzi się tłum. Gdy jesteśmy w kupie na wszystko reagujemy emocjonalnie. Gdy pokazuje się nam zdjęcie słodkiego kilkulatka i mówi „Patrz, ono nie żyje!” to każdemu się nóż w kieszeni otwiera. Ale gdy pokarze się je dziesięć razy? Sto? A jak się nie pokazuje wcale?
 
Zatem każda, nawet najbardziej radykalna opinia w końcu ujrzy światło dzienne. Żyjemy w czasach, gdy Magdalena Środa twierdzi, że ciąża deformuje kobiece ciało, więc czemu nie posługiwać się zaprezentowaną przez Zwyczajną Kobietę logiką? I to na poważnie. Casus zamordowanej Madzi świetnie się do tego nadaje. To wręcz doskonały materiał na typowy dla lewicy szantaż emocjonalny. Czy nie słyszeliśmy tych wszystkich haseł o biednych kobietach, które rocznie wymierają całymi setkami z powodu dokonywanych w podziemiu aborcji? Albo które płodzą dzieci i nie mają ich później za co utrzymać? To wszystko już było. Naprawdę. Mało tego, podobne twierdzenia pojawiały się w lewicowej lub lewicującej prasie już w Dwudziestoleciu międzywojennym. Więc czemu nie mogłoby być tak teraz?
 
Na razie wszyscy mamy przed oczami zdjęcie malutkiego, niewinnego dziecka. A ono odziera dziś podobne hasła z ich demagogicznego znaczenia, opierającego się na wizji ofiary-matki. Bo dziś to Madzia jest ofiarą. Ale nie będzie nią zawsze. My, Polacy, mamy jakoś ostatnio dziwną zdolność do zapominania. Jednego faceta zabili bo należał do takiej jednej partii, drugi podpalił się przed budynkiem rządowym… Na kim to dziś robi wrażenie? Przecież za tym też stoi ludzki dramat! A my się skupiamy zazwyczaj na politycznym znaczeniu tych spraw… Czy za miesiąc będziemy pamiętać o Madzi? Jeśli media nie będą nam o tym przypominać – nie. A tymczasem retoryka „prawa do własnego brzucha” co prawda powoli, ale jednak zdobywa sobie miejsce w naszej debacie. Zawarty w stosownej ustawie tzw. „kompromis” uwiera dziś zarówno obrońców życia, jak i lobby aborcyjne.
 
Więc, czy chcąc, czy nie chcąc, Zwyczajna Kobieta wyprzedziła po prostu innych. Jestem zdania, że podobne hasła pojawią się, gdy tylko opadną emocje. Pojawią się, bo już je podnoszono. Ba, niektórzy idą dalej. Istnieje nawet w obiegowym języku termin aborcji „po urodzeniu”. I czym się to różni od tego, co zrobiła matka Madzi? Czasem „po urodzeniu”, długością życia dziecka? A jeśli przesunie się tą granicę dalej? Przecież eutanazja też jest uzasadniana podobną logiką. „Ci ludzie tak na dobrą sprawę nie żyją, więc po co trzymać ich przy aparaturze.” Często nawet pomija się taki szczegół jak to, czy pacjent wyraził na to zgodę, czy nie. Życie dorosłego człowieka, więc nawet tego, co do którego człowieczeństwa nikt nie ma obiekcji, nic nie znaczy. Człowiek leżący bez zmysłów (czy aby na pewno?) na szpitalnym łóżku też jest bezbronny. Jak Madzia. A zabija się go bez mrugnięcia okiem. W majestacie prawa.
 
W społeczeństwie średniowiecznym kat był izolowany. Pomimo pewnej fascynacji brzydzono się tym fachem. Gdy mieszczanin utrzymywał z jakimś katem stosunki, lub chociażby go dotknął, mógł niekiedy zostać nawet wydalony z cechu. Kat był zawsze kimś poza nawiasem społeczeństwa. Bo zabijał innych. Od zawsze obawiano się także powracających z frontu żołnierzy. Owszem, ceniono ich zasługi, ale dopóki nie zamieszkali obok. Dlaczego? Bo na wojnie zabija się ludzi. Jeden człowiek zabija drugiego. Często tak po zwierzęcemu, twarzą w twarz, patrząc mu w oczy i mając jego krew na własnej skórze. To zawsze musi pozostawiać na człowieku jakiś ślad.* A my boimy się takich śladów. Do dziś niektórzy stwierdzają wprost, że żołnierz to „zawodowy zabójca”. Dziś ten (wojskowi, darujcie mi!) „zabójca” jest o wiele bardziej zawodowy, niż chociażby sto lat temu. Wysyła zdalnie sterowane pociski, drony i inne mechaniczne zabawki, które zabijają na odległość. Czy ma tak na dobrą sprawę świadomość, że ktoś tam przecież ginie?
 
Wyobraźmy sobie, że wszyscy jesteśmy katami. Posiadając nieograniczone prawo do aborcji i eutanazji przecież się nimi stajemy. Ale nie obcinamy głów mieczem. Nie, to nie jest przyjemne. Tryskająca krew… Brrr! My to robimy w „cywilizowany”, „nowoczesny” sposób, zgodnie z „ideą postępu”. Ot, jakby wysłać drona, żeby wykonał misję.
 
Wojna deprawuje. Zawód kata deprawuje. Zabijanie ludzi deprawuje. A gdy ukryte jest pod płaszczykiem „prawa do własnego ciała” albo fałszywie rozumianego miłosierdzia? To co, już wszystko OK? Wystarczy szczypta logicznego uzasadnienia, wypaczonej wizji „wyższej wartości”, a zabijanie staje się dopuszczalne. Czy nie współczujemy Chińczykom? Jakże oni muszą się dusić w tych zatłoczonych miastach… Co jakiś czas słyszymy, że „jest nas na ziemi za dużo”. Człowiek? Jaki człowiek, stary, pieprzysz mi tu o humanizmie, a przecież nas już jest ileś tam miliardów i stale rośnie! Wszystko da się uzasadnić. Naziści też legitymizowali swoją nienawiść do Żydów, homoseksualistów czy chorych umysłowo. I znaleźli sposób, żeby uzasadnić swoje czyny. Nader logiczny. Podobnie, jak logiczny jest wywód takich środowisk, jak chociażby Optimum Population Trust. Co będzie dalej? Podzielimy się na drużyny i pozabijamy w imię zachowania równowagi na planecie?
 
Czytając komentarze pod tekstem Zwyczajnej Kobiety łatwo zauważyć, że nie wszyscy wyczuli, że jest to prowokacyjna ironia. Czyli, faktycznie, gdzieś pojawiła się wątpliwość. Bo już nie dziwi nas podobna retoryka. I raczej nie powinno nas zdziwić, jeśli ktoś kiedyś powie: „Ej, weźmy się wszyscy powyrzynajmy.”
 
___________________
 
* Polecam książkę Swietłany Aleksijewicz „Cynkowyje malcziki”.
 
 
 
Horatius
O mnie Horatius

Najlepiej przekonać się jakie mam poglądy czytając moje teksty.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Rozmaitości