Trwa starcie ks. Isakowicz-Zaleski vs Górny. Prawda contra dobro Kościoła. Kolejna odsłona wymiany ciosów, tym razem ze strony Grzegorza Górnego, pokazuje prawdziwą recepcję książki „Chodzi mi tylko o Prawdę”.
Górny przedstawia kilka mocnych argumentów. Oto one:
„Mam znajomą, która od lat modli się za swoją siostrę i prowadzi z nią długie rozmowy, by przekonać ją do Chrystusa. Wszystkie jej wysiłki legły w gruzach, gdy owa siostra przeczytała wywiad-rzekę z Księdzem. Dla niej książka stała się argumentem na rzecz tego, by trzymać się jak najdalej od Kościoła jako instytucji zdeprawowanej, opartej na fałszu i hipokryzji. Teraz z satysfakcją cytuje z niej siostrze zdania Księdza jako dowód na słuszność swego antykościelnego wyboru.
Druga relacja pochodzi od wykładowczyni akademickiej, która pracując w świeckiej uczelni nie ukrywa swych chrześcijańskich poglądów. Książka Księdza sprowokowała jej studentów do wywołania na zajęciach dyskusji o Kościele. W debacie tej pani profesor znalazła się osamotniona naprzeciw całej sali studentów. Głównym ich orężem w dyskusji stały się twierdzenia zawarte w książce Księdza. Kobieta, która wyszła z tych zajęć zdruzgotana, opowiadała, że większość jej studentów po lekturze „Chodzi mi tylko o prawdę” jest przekonana, iż Ksiądz jest jedyną osobą w Polsce, która ma odwagę powiedzieć głośno prawdę, że Kościół to instytucja, w której nie chodzi o żadnego Boga, tylko o władzę, a religia jest jedynie narzędziem kontroli.”*
Te zarzuty są bez wątpienia bardzo wymowne i, prawdę mówiąc, jestem ciekaw jak ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski się do nich ustosunkuje. A jego postać jest o tyle fascynująca, co frapująca. Bez wątpienia buntownicze nastawienie duchownego pozwala wielu wiernym identyfikować się z Kościołem mimo, że od lat tak drażliwe kwestie, jak lustracja duchownych czy rzeź na Wołyniu, są zamiatane przez licznych hierarchów pod dywan. Wiele osób mogłoby czuć się zdradzonych przez Kościół gdyby nie ks. Isakowicz-Zaleski. Można powiedzieć, że jest on w naszym Kościele swojego rodzaju wentylem bezpieczeństwa. Z drugiej jednak strony nie można odmówić Górnemu racji. Rebeliant w koloratce nie postępuje tak, jak przystało duchownemu. Przede wszystkim tak otwarty bunt wobec zwierzchników jest tym, co nie powinno mieć miejsca. Brak pokory zazwyczaj kończy się w Kościele katolickim katastrofą, o czym świadczy przykład tak Marcina Lutra, jak ks. Natanka. Co prawda ks. Isakowicz-Zaleski żadną frondą nie grozi (w kwestii Natanka starał się wręcz łagodzić sprawę zapowiadając, że skończy się utratą więzi z Kościołem ze strony kaznodziei), ale jak widać jego działalność przynosi niekiedy więcej szkód niż pożytku.
Bojownik o prawdę dał wrogom Kościoła broń do ręki, ale, powiedzmy sobie wprost, nic nowego się nie pojawiło. Kościół to mafia, księża to łasi na kasę rozpustnicy… Jak się zdemokratyzuje i zniesie celibat to po krzyku. Przecież to już wszystko było. Zabrakło jeszcze tylko posądzeń o antysemityzm i nietolerancję. Skąd się one biorą? Z lewackiego antyklerykalizmu, który kolportowany jest na łamach bardziej lub mniej prominentnych gazet? Wątpię. To tylko zapalnik w antykościelnej bombie. Trotylem jest jednak coś innego.
Prawdziwym cierniem w stopie Kościoła jest antyklerykalizm w wydaniu nie lewicowo-liberalnym, ale ludowym. Bo obraz księdza w polskim społeczeństwie jest do bólu chłopski. Z góry zaznaczam: Nie mam nic przeciwko chłopom czy plebejskości. Sam wywodzę się z chłopstwa zarówno po ojcu, jak i po matce i nijak z wąsatymi szlachciurami nie mogę się identyfikować, nawet gdybym chciał. A jednak ta schłopiała wizja jest do bólu uproszczona. Albo anioł, albo diabeł. Albo leci się do księdza jak do wyroczni i sypie się kasą na łatanie dachu na plebanii, albo narzeka się, że Jego Świętobliwość to tylko łasy na mamonę i kuma się z panem dziedzicem. Z jednej strony rozpuszcza się księdza mało wymagając i hołubiąc jak się da, a jak się duchowny rozbestwi, to się dopiero płacze i lamentuje. W skierowanych przeciwko duchowieństwu hasłach, które stopniowo zdobywają prymat w naszym społeczeństwie większość ma genezę ludową. Te salonowe brzmią górnolotnie – demokratyzacja, swoboda seksualna… A te chamskie (dosłownie i w przenośni)? Mafia! Kasę tylko liczą! Babę ma na boku! Bo chłopa jakaś tam równość w Kościele tyle obchodzi co zeszłoroczny śnieg za chałupą. To nawet fajne, że biskup przyjedzie z wizytacją i cała parafia ma się odstawić. I festyn jest… Owiewający plebanię splendor ma w sobie jakiś specyficzny urok. Chłop też bynajmniej nie chce, żeby księdzu można się było gzić na prawo i lewo. Co to, to nie! On ma strażnikiem moralności być! Jak mi na spowiedzi mówi, że mam nie pchać łap pod kieckę pierwszej napotkanej dziewczynie, to niech się sam tego trzyma!
Bez wątpienia najbardziej antyklerykalną grupą są ludzie młodzi. Nie najlepiej wróży nam to na przyszłość, ale źle świadczy również o przeszłości. Bo ten ludowy antyklerykalizm wynieśli oni właśnie z domów, a ubogacili na uniwersyteckich aulach. Często prawdziwym powodem negatywnego nastawienia młodych do Kościoła są po prostu własne doświadczenia. Sam ostatnio słyszałem od kumpla, że zna jedną dziewczynę, która sypia z księdzem. Przykładów na to, że miejscowy proboszcz woli zajmować się rachunkowością parafii niż ubogacaniem życia duchowego swoich owieczek też chyba nie trzeba daleko szukać. Podobnie jak księży, którzy wszędzie się szarogęsią, zadzierają nosa i zachowują się jakby mieli wykładać prawdy wiary samemu papieżowi. (Co jest w moim przekonaniu często efektem rozpieszczenia przez parafialne wspólnoty.) Wielu księży sprawia też wrażenie, że nie bardzo wie co w ogóle ma do roboty i właściwie aż się proszą, żeby ktoś im o tym przypomniał. Przypadki podchodzenia do nabożeństw tak, jakby były usługami, a nie formą kontaktu z Bogiem też nie należą do rzadkości. Mam kilku znajomych, których od Kościoła odciągnęło właśnie zachowanie duchownych. A gdy mówię, że ten czy inny spowiednik jest w porządku, a taki a taki ksiądz sporo dobrego robi to tylko wybałuszają oczy. Bo chłop szybko zapomina jak mu pleban święcił oborę za friko, ale jak księdzu brzuch urósł, to od razu skomentuje. Czasem faktycznie brzuch aż razi w oczy. Na zdjęciu towarzyszącym wyjątkowo spolegliwemu wywiadowi jaki bracia Karnowscy przeprowadzili z o. Rydzykiem (a którym bardzo wyraźnie zaznaczono ubóstwo Radia Maryja) na pierwszym planie widać złote spinki ojca dyrektora…
Najbardziej chłop nie wybacza, jak się pleban skuma z dziedzicem. Bo dwór to wróg nad wrogi. Pańszczyznę każe odrabiać, daniny znosić, czapką machnąć jak pan dziedzic przejeżdża. Zatem to, co najbardziej Polaków w Kościele mierzi to jego upolitycznienie. Na kazaniu lubimy słuchać o sprawach życiowych, takich, które możemy zastosować w naszej codziennej aktywności, a nie o kolejnych numerach Palikota. I chyba właśnie z tego wynika jakieś 50% negatywnego kapitału Radia Maryja. (Pozostałe 50% to wynik emerytur, które wysyłają „na Rydzyka” babcie, a czego wielu jakoś nie może przeboleć, zupełnie jakby to były ich pieniądze.). I tu właśnie widzimy mariaż antyklerykalizmu lewicowego z ludowym, o którym już wspomniałem. Bo zarówno dla noszącego wywrotowe trampki Nike’a salonowego znawcy Žižka, jak i dla pana Kowalskiego, który każdej niedzieli jest w kościele ambona staje się narzędziem uprawiania polityki. Zbliżenie do endecji do dziś odbija się Kościołowi czkawką i powoduje oskarżenia o antysemityzm. Podobnym problemem będzie za kilka lat utożsamianie się wielu duchownych z PiS-em. Warto zauważyć, że po raz kolejny niedźwiedzią przysługę Kościołowi robi w tym wypadku nie kto inny, ale ks. Isakowicz-Zaleski… Zbliżenie salonu i zagrody w tym zakresie może zaowocować dalszym pogorszeniem się sytuacji. Już dziś dzięki tej mieszance wielu Polaków łyka wykreowany przez lewicowe środowiska wizerunek księdza-pedofila.
W Kościele źle się dzieje, jak twierdzi ten, który „chce tylko prawdy”. Ale znowu wypada słusznie przytaknąć Górnemu, że nigdy nie było inaczej. Późne średniowiecze to istna kopalnia przykładów na zepsucie wśród kleru. W czasie soboru w Konstancji miał miejsce istny zjazd prostytutek. A jednak Kościół zawsze znajdował mechanizmy, które pozwalały przezwyciężyć kryzys. Czy świetnym remedium na przywiązanie duszpasterzy do dóbr doczesnych nie była działalność franciszkanów? Jak więc odkłamać dzisiaj wizerunek duchownego? W moim przekonaniu pokazując, że „ksiądz też człowiek”. Ani diabeł, ani anioł, tylko najzwyczajniejszy w świecie człowiek. Ze swoimi wadami i zaletami, słabościami i heroizmem. Kluczem jest zmiana postrzegania duszpasterzy, ubogacenie biało-czarnego obrazu o odcienie szarości. Nie oznacza to bynajmniej, że nagle upadnie autorytet duchownego. Przydałoby się również zaktywizować naszych świeckich wiernych, którzy wciąż bezradnie oglądają się na księży. Uważam też, że to oni mogliby przyjąć na siebie ciężar obrony Kościoła w sferze polityki odciążając w ten sposób hierarchów. Sam Kościół hierarchiczny mógłby też otworzyć się na dyskusję na takie tematy jak lustracja czy postawy duchownych w czasie II wojny światowej.
We wszystkim potrzebny jest jednak umiar. Każda szansa stanowi zagrożenie. Na bazie devotio moderna powstały przecież ruchy rozłamowe na łonie Kościoła. Ci, którzy walczą o odnowę potrafią się przecież zagalopować. Bo jak brzmią np. wypowiedzi ks. Isakowicza-Zaleskiego o celibacie?
________________________


Komentarze
Pokaż komentarze (9)