Fronda donosi*, że jeden z twórców komiksowych opowieści, Grant Morrison, stwierdził, że Batman jest homoseksualistą. Czy jest to wybieg marketingowy? A może prawdziwa orientacja superherosa?
Nie jest tajemnicą, że na Zachodzie dobrze jest być gejem. Homoseksualistę wszyscy mają obowiązek lubić i szanować, a jeśli ktoś nie spełnia tych kryteriów, to łatwo dokleić mu łatkę homofoba. Geje i lesbijki szybciej awansują w pracy i mają większą swobodę w życiu publicznym. Wizerunek geja w popkulturze, który jakiś czas temu przedstawił w „Uważam Rze” Krzysztof Feusette (na przykładzie telenowel) jest jednoznacznie pozytywny – miły, sympatyczny, uczuciowy, dobrze ubrany człowiek z poukładanym życiem zawodowym i osobistym. Ideał. Dobrze jest obnosić się z szacunkiem dla tych lepszych spośród nas. Jak w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej deklamowano wierszyki i śpiewano pochwalne pieśni na cześć przewrotu, tak obecnie dobrze jest brylować po mediach wielbiąc homoseksualizm. Będąc tolerancyjnym łatwiej zrobić medialną karierę, a ta przedkłada się na namacalne korzyści, najczęściej koloru zielonego. I to moim zdaniem zaważyło na wypowiedzi Morrisona. A może się nie znam? Jakże to tak, znać się Człowieku-Nietoperzu lepiej niż twórca komiksów o Batmanie? Wejdźmy więc głębiej w temat…
Zawsze fascynowały mnie czarne charaktery, szczególnie przeciwnicy Batmana. Każdy z nich ma jakąś niepowtarzalną historię życia, która jest jednocześnie kluczem do zrozumienia jego psychopatycznych skłonności. Harvey Dent był bity przez ojca. Gdy ten wracał pijany do domu zawsze rzucał monetą, żeby zadecydować czy sprawi synowi lanie. I zawsze wypadała reszka… Będąc już prokuratorem okręgowym Harvey przeżył załamanie nerwowe, gdy dowiedział się od leżącego na łożu śmierci ojca, że moneta miała reszkę z dwóch stron. Jego świat całkiem się zawalił, gdy jeden z bandziorów Maroniego spalił mu pół twarzy oblewając go kwasem. Dent doznał rozdwojenia jaźni. Porysował jedną część monety i odtąd rzucał nią, żeby zdecydować która z jego osobowości weźmie górę – dobra, czy zła. „The Dark Knight” zrewaluował postać Two Face’a, jednak w obu przypadkach decydującą rolę ma traumatyczne doświadczenie.
Podobnie jest z innymi czarnymi charakterami, które sieją w Gotham chaos i zniszczenie. Pingwin był prześladowany przez szkolnych rówieśników. (Według innej wersji także porzucony przez rodziców.) Czułość, jaką Poison Ivy obdarza rośliny jest efektem nie tylko jej zmodyfikowanej fizjologii, ale także doświadczeń z jej naukowym zwierzchnikiem, który przekształcił ją w ludzko-roślinną hybrydę. Mr. Freeze był tak owładnięty obsesją ratowania swojej śmiertelnie chorej żony, że przestał się liczyć wobec innych. Floyd Lawton, Deadshot, cierpi na death wish (na polski nieudolnie tłumaczony jako „instynkt śmierci”) każący wdawać się mu we wszystkie ryzykowne sytuacje. To efekt poczucia winy po stracie starszego brata. Przez lata najlepszy strzelec w uniwersum DC Comics nieustannie poszukiwał wypełnienia po stracie tej bliskiej mu osoby zarówno w sojusznikach (Catman), jak i wrogach (Batman). Hush, któremu w dzieciństwie za wzór stawiano Bruce’a Wayne’a, prześladowany przez nienawiść do toksycznej matki i poczucie braku akceptacji w końcu poddał się operacji plastycznej, żeby zająć miejsce Bruce’a i jego heroicznego alter-ego. Również Romana Sionisa (Czarną Maskę) złe relacje z rodzicami popchnęły do zbrodni. Przekonany o dwulicowości każdego człowieka nosił w czasie popełniania aktów zbrodni maskę, którą sporządził z oderwanego z trumny matki ornamentu. Później stała się jego prawdziwą twarzą, gdy stopiła się z jego skórą w wyniku pożaru. No i oczywiście arcywróg Człowieka-Nietoperza – Joker. Jest kilka historii, które wyjaśniają skąd wziął się ten wiecznie uśmiechnięty sadysta. Jedna z nich, najbardziej psychologizująca, wskazuje, że doznał on wyjątkowego natężenia stresu w krótkim czasie. Pozbawiony nadziei i przekonany, że świat to jeden wielki żart zaczął przy pomocy aktów terroru udowadniać wszystkim wokół, że każdy może stać się tym, czym on. Czyli podręcznikowym wręcz przykładem psychopaty – pozbawionym empatii i manipulującym wszystkimi dookoła egocentrykiem.
W najnowszym filmie o obrońcy Gotham, „The Dark Knight Rises”, sportretowany jest Bane. Postać, która szczególnie mnie fascynuje. Bane cierpi na tzw. syndrom DDD. Dorosłe Dziecko z rodziny Dysfunkcyjnej. To pojęcie to tak naprawdę wielki worek w którym mieszczą się wszelkie skrzywienia, jakie towarzyszą w dorosłym życiu ludziom, których relacje rodzinne dalekie były od normy – od dzieci alkoholików po wychowywanych przez samotne matki. Bane właściwie nie miał rodziny. Dorastał w więzieniu. Jako DDD jest bez wątpienia egocentrykiem i perfekcjonistą. Nieustannie stara się dowieść sobie samemu, że jest coś wart rekompensując sobie w ten sposób poczucie odrzucenia po stracie matki. Stara się dbać o swój rozwój fizyczny i intelektualny. Chociaż wygląda jak góra mięśni jest tak naprawdę bardzo oczytany i inteligentny. W doskonały sposób ocenia wady i zalety swoich przeciwników. Jest też megalomanem. „I am born to be king.” – jak o sobie mówi. Częściowo to efekt legendy, jaka otaczała go w więzieniu Peña Dura, a po części widoczny objaw nie do końca wykształconego ego. Bane to przekonany o własnej wartości samotnik, który nie potrafi utrzymać normalnych relacji z innymi ludźmi, a wszystko postrzega w typowy dla DDD sposób – w kategoriach siły i słabości.
W moim przekonaniu Bruce Wayne jest bardzo podobny do Bane’a, bo cierpi na te same zaburzenia. Tym, co determinuje Wayne’a i co stworzyło Batmana jest śmierć jego rodziców zamordowanych przez gangstera na oczach małego Bruce’a. To właśnie sprawiło, że w gruncie rzeczy zakompleksiony w skutek straty człowiek stał się Mrocznym Rycerzem Gotham. Trauma po zamordowaniu państwa Wayne’ów jest jednym z motywów przewodnich komiksów o Batmanie. Heroiczny Człowiek-Nietoperz wciąż zmaga się z wizjami śmierci rodziców i krępującym obciążeniem, którego nigdy nie przepracował. Ciąży to na jego relacjach z innymi. Alfreda traktuje trochę w kategorii ojca i powiernika, chociaż w wyraźny sposób trzyma go na dystans. Podobnie jak wszystkich. Należy to wiazać z tym, że Batman ma problemy z okazywaniem uczuć. W animowanym filmie „Batman: Under the Red Hood” jest znamienna scena w której Wayne dziękuje Nightwingowi za pomoc. Kontuzjowany superbohater, odprowadzany prze Alfreda, pyta zdumiony: „Czy on właśnie mi podziękował? Dziwne…” Batman jest tym członkiem Justice League of America, który stwarza największe problemy. Notorycznie kłóci się z innymi superherosami, kilkakrotnie opuszczał nawet szeregi Ligi. Właściwie fakt, że wciąż jest w stanie przyjaźnić się z Clarkiem Kentem jest zasługą niespotykanej wyrozumiałości Supermana. W kontaktach z kobietami Wayne/Batman jest w charakterystyczny dla DDD sposób nieporadny, co widać w jego burzliwym romansie z Seliną Kyle (Catwoman). Poczucie straty blokuje w nim wiele emocji, tak pozytywnych, jak i negatywnych, które czasem znajdują ujście. Mimo to stara się stworzyć coś na kształt rodziny. Batfamily, czyli zespół powiązanych z nim superbohaterów jest dla Wayne’a czymś więcej niż gronem współpracowników, chociaż sam Batman miałby problemy z przyznaniem się do tego. W każdym kolejnym Robinie Mroczny Rycerz widzi odbicie samego siebie. Nie może zatem dziwić, że dwóch pierwszych Robinów (Dick Grayson i Jason Todd) było sierotami. Batman, podobnie jak Bane, jest też perfekcjonistą. Stale stawia sobie wymagania nie do wypełnienia. Wszystko musi zrobić najlepiej, każdego musi zawsze uratować. Jeśli nie jest w stanie tego zrobić, to zwykle jest to dla niego ciężkim przeżyciem, tak jak w czasie trzęsienia ziemi w Gotham. Mimo, że nie ma być klasycznym bohaterem „bez skazy”, Batman szuka poklasku i akceptacji, co w pełni pokazuje jego kompleksy. Ma też nieugięty kręgosłup moralny. Nie wycofuje się z raz podjętych decyzji, co dodatkowo utrudnia mu kontakty z innymi, podobnie jak fakt, że zawsze kontroluje siebie i innych, co jest szczególnie uciążliwe dla jego współpracowników.
Często się zastanawiam, czy twórcy komiksów i książek starają się analizować stworzone przez siebie postacie pod kątem psychologicznym. Bywa, że opisywani przez nich bohaterowie zachowują się jak autentyczni ludzie. Jak widać, nawet ich portrety psychologiczne zgadzają się z ich historią życia. Wypowiedź Morrisona pokazuje, że nie jest to chyba refleksja pogłębiona. „Wrażliwość homoseksualisty” o której mówi to tak naprawdę typowy sposób przeżywania charakteryzujący osobę z rodziny dysfunkcyjnej. Pomimo pozornej oziębłości DDD są przeważnie bardzo empatyczne i wyczulone na potrzeby innych. Z reguły przeżywają też wszystko mocniej niż inni i są silnie neurotyczne. Jak Batman. Podobnie jak on mają też skłonność do depresji. Fakt, że Batman ma najlepsze relacje z mężczyznami też nie jest, jak chce Morrison, świadectwem homoseksualizmu. Ma po prostu emocjonalną blokadę po stracie matki, co sprawia, że trudniej mu budować związek. Z resztą, jak wskazują liczne komiksowe sceny, przed śmiercią był mocno związany z ojcem, który był dla niego dużym autorytetem. Nie dziwi więc, że łatwiej dogaduje się z mężczyznami i szuka relacji z nimi. Jako superbohater w szczególny sposób jest narażony na rozterki moralne i emocjonalne, poszukuje więc ojca-mentora. Tą rolę zwykle bierze na siebie Alfred.
Czy można jednak wykluczyć, że Batman to gej? Cóż, bardzo nieliczni psychologowie przyznają, że przyczyną homoseksualizmu są nieprawidłowe relacje z rodzicami. Od tego, jak układają się nasze kontakty z ojcem i matką zależy później nasza seksualność i każde nieprawidłowości mogą pozostawić w tym wypadku wyraźny ślad. No, ale gdyby jakiś specjalista powiedział wprost, że homoseksualizm jest bliski zaburzeniom osobowości wylądowałby zapewne przed sądem…
______________



Komentarze
Pokaż komentarze (7)