święty niepokój
Czasem pojawia się potrzeba napisania czegoś. Publicznie, ale tak naprawdę - dla siebie.
3 obserwujących
7 notek
5854 odsłony
  987   3

Czy upraszczanie polszczyzny kradnie polską duszę?

Świat się zmienia, zmienia się też język, jakim posługują się na co dzień ludzie - a ja się nie cieszę, choć oczywiście doceniam postęp i garściami z niego czerpię w większości dziedzin życia. Polszczyzna jest zaśmiecana i kaleczona, kurczy się na rzecz obcych wtrętów i upraszcza. Jak wszystko w tych czasach, i ona musi być łatwiejsza, bardziej znośna. Umęczeni życiem, nie mamy już siły przeżuwać grubszych kęsów - potrzebna jest papka, żeby się nadmiernie nie wysilać. Trzeba na przykład uprościć (jeśli nie zlikwidować w ogóle) klasyczne od dziesięcioleci lektury szkolne - nośnik polskiego kodu kulturowego - najlepiej przepisując je na nowo po współczesnemu. Może ułożyć rapy z ich treścią na tle chwytliwych, przebojowych dźwięków? Może ta obciążona zewsząd, a zwłaszcza poprzez edukację młodzież pochyli się wtedy nad nimi chętniej, co pomoże tym naszym płatkom śniegu nie stopnieć nadmiernie szybko? Czy na pewno doprowadzi to do zwiększenia entuzjazmu czytelniczego i czy przy okazji nie utracimy czegoś, co jednak nas jako Polaków stanowi? Czy nadal pozostaniemy sobą jako naród, poznając od najmłodszych lat świat przez taki zubożony język, jakim się zaczynamy coraz szerzej posługiwać? Co powiedziałby o tym Ludwig Wittgenstein? Czy należy iść na językową łatwiznę?

Proces językowego upraszczania odbywa się także tam, gdzie tradycja i konserwatyzm mają swoje szczególne miejsce - w Kościele. Między innymi kościelne pieśni i modlitwy to prawdziwy przetrwalnik staropolszczyzny, co niezmiennie od lat mnie fascynuje. Bogurodzica, Godzinki, Gorzkie żale, pieśni adwentowe i wielkopostne (te lubię szczególnie, a najbardziej chyba Krzyżu Święty, między innymi ze swoim "Byś mi, synu, nisko wisiał, wżdybyś ze mnie pomoc miał, głowę bym Twoją podparła, krew zsiadłą z lica otarła; ale Cię nie mogę dosiąc, Tobie, Synu, nic dopomóc".) to prawdziwa uczta językowa i ćwiczenie dla umysłu, pragnącego wniknąć w sens staropolskich słów i ich fleksji - czy ktoś podziela moje odczucie? Zauważyłam już od jakiegoś czasu tendencję do zmieniania tych starych tekstów, zapewne z intencją, aby było prościej i bardziej zrozumiale. Ja mam tu jednak poczucie krzywdy i odbierania mi czegoś pięknego i mistycznego. Fakt, że czasem nie dzieje się to odgórnie, lecz oddolnie - to sami wierni upodabniają nieznane sobie słowa do tych, które znają, często robią to zwłaszcza niemające doświadczenia językowego i życiowego dzieci. Zwykle żegnamy się jednak wtedy z logiką i dany zlepek wyrazów nic już nie znaczy (tak, uznaję, że dla wielu nie był zrozumiały i wcześniej - mamy te anegdotyczne 'nacudio nasza' /na cud Jonasza/, 'swe królestwo weź pod rękę' /w porękę/, 'umęczon pod polskim Piłatem' /ponckim/ i dziesiątki znanych z żartobliwych opowieści innych zniekształceń). Rzutki organista zmienia jednak często teksty na własną rękę, przygotowuje je do wyświetlania na obecnych już prawie w każdym kościele ekranach, i tak oto uwspółcześniona i zniekształcona przy tym wersja idzie w świat. Drukowane są śpiewniki, teksty krążą w internecie i upowszechniając się, gubią pierwotny sens i piękno. Czy ktoś z Państwa porównywał znany ze szkoły średniej oryginalny tekst Bogurodzicy z wersją śpiewaną aktualnie?

A co zrobić z tymi nieszczęsnymi lekturami, dręczącymi polskich uczniów nie tylko już swoją liczbą i długością, ale i nieprzystępnym językiem tudzież niezrozumiałymi realiami? Zdaje się, że 'kutas' to dziś dla młodzieży największa atrakcja Pana Tadeusza. Usunięciu tego utworu z kanonu lektur jestem absolutnie przeciwna, ale warto te różne 'kutasy', 'dzięcieliny', 'przyzby', 'podobanie kogoś' i wiele innych słów i wyrażeń czy form fleksyjnych, które wyszły już z powszechnego użycia, opatrzyć gwiazdką i komentarzem, operować fragmentami (w to, że jakiś nastolatek w tych czasach przeczytałby z własnej, nieprzymuszonej woli całość - nie uwierzę), pokazywać przykłady, pomagając sobie anegdotami i tak być może młodych zaciekawiać - to samo dotyczy osadzenia fabuły danego utworu w historii oraz ówczesnych realiów i kontekstu społecznego (np. obecnie szeroko dyskutowane kwestie rasizmu czy patriarchalizmu w Sienkiewiczowskim W pustyni i w puszczy). A pieśni kościelnych i modlitw proszę nie tykać. Niech zostaną ze swoim pięknem i stanowią swego rodzaju kapsułę czasu i językowe doświadczenie mistyczne, podobnie jak było z mszą po łacinie, której także nikt nie rozumiał, a jednak ją duchowo przeżywał.

To, co napisałam, trudno nazwać postulatami. Nie bardzo wiem, do kogo miałyby być skierowane i jak wcielane w życie. Wołam sobie na puszczy, trochę się żaląc, opisując nieuniknione jednak - jestem tego świadoma - procesy. Ciekawi mnie, czy innych użytkowników języka polskiego również to jakoś dotyka. Kocham polszczyznę, doceniam jej piękno, wiem, że sprawia moim rodakom (w tym mnie) wiele trudności, a natura ludzka dąży do eliminowania tychże. Nie chciałabym jednak za swojego życia doświadczyć takiej ewolucji naszego języka, która pozbawi nas na amen tych staropolskich perełek. Chcę z nimi dalej obcować i życzyłabym sobie, by zamiast polszczyznę upraszczać, raczej ją pielęgnować. Jako Polacy powinniśmy chronić nasz kod kulturowy zawarty w języku, jak bardzo trudny by on nie był. Nie chcę, by te zachodzące w polszczyźnie zmiany kradły nam przy okazji naszą polską duszę.

#Język #Polszczyzna

Lubię to! Skomentuj80 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości