74 obserwujących
745 notek
649k odsłon
50 odsłon

NASZ NARÓD JAK TRAWA...

Wykop Skomentuj4
Kiedyś nasze elity intelektualne rozmyślały nad charakterem narodowym Polaków. Ich owocem bywały powieści, poematy i sztuki, do czytania których szkoła stara się zmusić uczniów. Ostatnio polscy artyści, pisarze i dziennikarze jakby przestali się interesować naszym charakterem narodowym. Niektórzy z nich stwierdzili, że coś takiego po prostu nie istnieje. Jeśli dobrze rozumiem, uważają, że wspólna kultura, język i dzieje nie sprawiają, że członkowie pewnej zbiorowości w mniejszym lub większym stopniu przejawiają pewne wspólne cechy, a ich zachowań nie reguluje wspólny wzorzec.

Wydarzenia, które nastąpiły po smoleńskiej tragedii, postawiły to nowoczesne przekonanie pod dużym znakiem zapytania. Skoro doszło do Żałoby Narodowej, to może mamy też narodowy charakter? A jeśli tak, to jacy jesteśmy? Według Mickiewicza naszego wewnętrznego ognia i sto lat nie wyziębi...

Zarządzenie żałoby przez władzę nie miało żadnego znaczenia. Polacy spontanicznie czcili pamięć wszystkich ofiar, ale przede wszystkim prezydenta. Pojawiały się głosy, że znów zadziwiliśmy świat. Co ciekawe, to stwierdzenie, które niemal automatycznie wprowadza nas w stan zadowolenia, przeszło właściwie bez echa. To dobrze.

Zależy nam bardzo na tym, by inne narody dobrze o nas myślały i wie o tym każdy, kto chce, żebyśmy nie myśleli. Widać to było, gdy udowodniona została współpraca Lecha Wałęsy z SB. Ci, którzy piętnowali bezczelnych historyków, nie próbowali kwestionować faktów. Najczęściej zwracali uwagę, że Wałęsa jest znany i podziwiany na całym świecie i zadawali kluczowe pytanie. Co sobie o nas na świecie pomyślą? Kto pomyślał o niebezpieczeństwie, jakie stanowi dla państwa polityk o dużym, bądź co bądź autorytecie, którym można sterować?

Naprawdę warto o tym pamiętać, bo argument, co sobie o nas na świecie pomyślą, może być wkrótce znów użyty.

Wróćmy jednak do żałoby. Telewizje wielu krajów pokazywały, jak rzesze ludzi zapalają znicze i składają kwiaty przed Pałacem Prezydenckim, jak długimi godzinami stoją w kolejce, by oddać hołd Lechowi i Marii. Naprawdę niepojęte są drogi, którymi chadzają myśli i emocje Polaków. Dopóki prezydent Kaczyński żył, nie byli z niego zadowoleni i nie ufali mu. Nie tylko sondaże świadczyły o tym. Był przecież ośmieszany i upokarzany przez przeciwników politycznych, dziennikarzy, artystów, naukowców... Takich ataków było dużo i bywały bardzo brutalne. Protesty przeciwko nim były rzadkie i delikatne. Większość milczała i trudno było to rozumieć inaczej niż jako poparcie atakujących. Gdy tylko umarł, wszyscy zmienili zdanie. Naród pogrążył się w szczerym żalu. Szydercy umilkli lub przyłączyli się do żałoby. Zaczęli mówić o zasługach Zmarłego i przyznawać, że posiadał jednak pewne zalety. Cud, że klękajcie narody. Warto to jakoś wyjaśnić.

Dlaczego tak rzadko mówiono o nim dobrze, gdy żył? Nie trzeba było geniusza, by zauważyć, że Prezydent jest celem kampanii zorganizowanej przez potężne siły i przeciwstawianie się jej, może być niebezpieczne. Oczywiście nie może być mowy, by niezależne media i równie niezależni luminarze kultury i nauki kiedykolwiek do tego się przyznali. Będą mówić o spiskowych teoriach i jątrzeniu. Może nawet będą bronić swych dóbr osobistych w sądach. Jeśli jednak ktoś pamięta, jak byli traktowani poprzednicy Lecha Kaczyńskiego, będzie wiedział, co myśleć o tych zaprzeczeniach.

Do roku 2005 było rzeczą oczywistą, że Prezydentowi RP należy się szacunek, a ten, kto go obraża, poniża nas wszystkich. Prezydentura Lecha Wałęsy dowodzi tego niezbicie. Dziś prawa wyborcze mają już ludzie, którzy nie mogą tego pamiętać. Niedawno przeczytałem, że znaczna część młodych wyborców chce, by Noblista znów był prezydentem. Lekko mnie to przeraziło, bo pamiętam tragifarsę, którą odegrał. W trakcie wyborów obiecał wszystkim po sto milionów złotych. Później też plótł, co mu ślina na język przyniosła, ze wszystkimi się kłócił i "falandyzował" prawo. Jego syna, za spowodowanie wypadku drogowego po pijanemu, przed więzieniem uratowała jedynie pokrętna ekspertyza lekarska. Bardzo wątpię, by uwzględniono ją, gdyby podsądny nazywał się inaczej. W swoich przemówieniach Prezydent toczył nieubłaganą walkę z gramatyką polską i logiką ogólną. Ułaskawiał mafiosów i co jakiś czas powracała kwestia jego agenturalnej przeszłości. Był "Bolkiem", czy nie był? Zablokowawszy lustrację, skazał nas na domysły. Wyborcy i dziennikarze to wszystko byli w stanie wybaczyć lub zapomnieć. Nie przypominam sobie, by ktoś publicznie twierdził, że powinniśmy się takiego prezydenta wstydzić. Lech Wałęsa dopiero swym chamskim zachowaniem podczas debaty podał swojemu przeciwnikowi zwycięstwo na tacy.

Aleksander Kwaśniewski też był traktowany przez media i naród lepiej, niż na to zasługiwał. Okazało się, że kłamał podając się w trakcie kampanii za magistra ekonomii, ale wynik wyborów został uznany i nawet w prywatnych rozmowach szybko przestano go nazywać Magistrem. To, że nie zrealizował obietnic wyborczych, nie zraziło jego zwolenników i nie zdziwiło przeciwników. W końcu tak jest zawsze, a wybudowanie mieszkań wszystkim młodym małżeństwom nie jest taką prostą sprawą. Prezydent wyglądał sympatycznie i ładnie mówił. Co prawda najczęściej trudno było odpowiedzieć sobie, co konkretnie powiedział, ale większość z nas nie analizuje cudzych wypowiedzi tak głęboko. Polacy nie mieli też prezydentowi za złe, że lubi sobie wypić, nawet, gdy bywał "zmęczony" podczas oficjalnych wystąpień. Nikt go o alkoholizm nie podejrzewał i do leczenia nie namawiał. Zapominano mu także gafy. Pamiętam taką sytuację, która miała miejsce podczas wizyty królowej angielskiej. Pada deszcz, oficer BOR trzyma parasol nad prezydentem, a Elżbieta II trzyma sama swój... Żadna telewizja nie eksponowała nadmiernie tej sceny. Nikt nie twierdził, że kompromituje nas. Jak to się mówi, lubiła go kamera i jego żonę też. Dano czas Jolancie Kwaśniewskiej, by zrozumiała, że do oficjalnych wystąpień spódniczka mini niezbyt się nadaje. Aleksander Kwaśniewski też ułaskawiał gangsterów i swoich towarzyszy. Gdy uprzykrzony IPN, jak to u nas bywa, udokumentował jego współpracę z SB, był oburzony, ale nikomu nie wytoczył sprawy o zniesławienie.

Różne są gusty, ale uważam, że w porównaniu ze swoimi poprzednikami Lech Kaczyński naprawdę prezentował się całkiem korzystnie. Nie tylko swobodnie posługiwał się językiem polskim, ale ponadto podczas swych oficjalnych wystąpień zawsze był trzeźwy. Także żaden z jego bliskich nie cierpiał na "pomroczność jasną". Nie było żadnych wątpliwości, że ma wyższe wykształcenie. Nie ułaskawiał skazanych za udział w przestępczości zorganizowanej. Jego oświadczenie, że nie współpracował z tajnymi służbami PRL-u, nie budziło żadnych wątpliwości. Dla wielu ludzi z naszych elit ten ostatni fakt musiał być szczególnie odrażający. Trudno im było pogodzić się z tym, że "ktoś taki" zajmuje tak wysokie stanowisko. Poza tym Lech Kaczyński jako prezes Najwyższej Izby Kontroli pokazał, że państwo polskie jest niewydolne, a jako minister sprawiedliwości próbował skłonić polskich sędziów do zachowania jakiegoś minimum przyzwoitości. Można było odnieść wrażenie, że stara się zmienić państwo polskie. Sprawić, by działało w interesie całego narodu, a nie funkcjonariuszy służb specjalnych, prawników, urzędników, lekarzy... Niektórzy twierdzili, że to tylko chwyty przedwyborcze, ale nikt inny takich chwytów nie stosował. Niewiele wynikało z tych jego wysiłków, ale wyborcy pamiętali, że próbował. Dlatego w 2005 roku wygrał wybory. Dlatego też nasze elity po tych wyborach niemal chórem zaczęły głosić, że panuje u nas kaczyzm i to jest straszne.

Znaczna część tych ludzi była na świeczniku także w czasach Polski Ludowej. Kiedy ona upadła, okazało się, że walczyli z nią, jak mogli. Tak, w każdym razie, twierdzili. Z czasem prawda zaczęła wychodzić na jaw. Sposoby, którymi zdobywali przychylność tamtej władzy, nie były godne pochwały. Po zwycięstwie PiS i Kaczyńskiego proces ujawniania prawdy jakby się nasilił. Nazywano to dzieleniem narodu i ten zwrot do dzisiaj jest często używany. Po roku 1989 otwarły się możliwości dojenia państwowej kasy i byli ludzie, którzy umieli z nich skorzystać. Nie twierdzę, że po roku 2005 możliwości te znikły, ale przyzwolenie na takie działania było już mniejsze. Nazwano to atmosferą podejrzliwości i wielką troską naszych elit jest dziś, by ona nie powróciła. Zachowanie tych ludzi wydaje się zupełnie zrozumiałe. W państwie w miarę sprawiedliwym naprawdę mogliby się spodziewać, że o szóstej rano zapuka do ich drzwi policja, więc teraz zależy im na tolerancji i pojednaniu. Ale dlaczego ci, którzy nie mieli powodu bać się Kaczorów tak się przejęli ich problemami?

Uważam, że Lech Kaczyński miał wady, jako prezydent popełnił kilka poważnych błędów, a w wizji państwa, którą starał się realizować, było wiele utopijnych elementów. To samo można powiedzieć o partii, której członkiem "nie był". Jednak w interesie większości narodu działał częściej niż ci, którzy odsądzali go od czci i wiary. Przecież starał się, by sędziowie byli uczciwi, a majątek narodowy nie był rozkradany. Zależy na tym zdecydowanej większości z nas.

W końcu, skoro o zniesieniu obowiązku płacenia haraczu na ZUS nie można nawet marzyć, dobrze byłoby, aby przynajmniej były fundusze na emerytury. Oczywiście lepiej byłoby "bezpłatną" służbę zdrowia zlikwidować, ale jeśli jest, to niech naprawdę będzie bezpłatna. Polacy w większości chcą, by państwo się nimi opiekowało od kolebki po grób. Nie przyjmują do wiadomości, że państwo, które bierze na siebie taki obowiązek musi zbankrutować. Na zdrowy rozum powinni popierać tych, którzy chcą wprowadzić w jego działania trochę uczciwości. Wtedy bankructwo nastąpi trochę później. A jednak ta większość popiera tych, którzy robią z państwa żerowisko dla siebie i nawet specjalnie tego nie ukrywają! Platforma Obywatelska rządzi już trzeci rok. Nawet ślepy powinien zobaczyć, że nie jest zdolna do zrobienia czegoś pożytecznego, a chyba nawet do mówienia nam prawdy. Ma tylko silną wolę utrzymania się przy władzy. Co ciekawe, naród nagina się do tej woli, jak trawa gnie się pod podmuchem wiatru. Czemu tak jest?

Wbrew temu, co twierdzili w XIX wieku nasi poeci i pisarze, nie jesteśmy zbyt odważni i waleczni. Kult świętych kwitł u nas od wieków, a w naszych czasach przedmiotem czci jest Święty Spokój. Dziś raczej nie lubimy walczyć. Nie lubimy nawet, gdy gdzieś trwa konflikt, w który nie jesteśmy bezpośrednio zaangażowani. Dotyczy to także sporów politycznych. Nie są ważne racje stron. Ważne jest, żeby się nie kłócili...

Przez lata bracia Kaczyńscy twierdzili, że na Polsce pasożytuje układ – środowisko, które wiążą zależności jeszcze z czasów komunizmu i ciemne interesy robione po transformacji. Czy nas oszukiwali? W tej sprawie nie. Dowodów słuszności tej diagnozy jest wiele i wciąż pojawiają się nowe. Jednak przyznawszy, że tak wygląda sytuacja, należałoby walczyć o jej zmianę, a przeciwnicy są mocni. Dziś o chętnych do kopania się z koniem u nas trudno. Wygodniej jest wierzyć, że taka pisowska propaganda wynika z manii prześladowczej i pragnienia małych ludzi, by dzielić naród. Wtedy człowiek zachowuje dla siebie szacunek.

Nie przeceniałbym roli propagandy, choć jest ona potężną siłą. Jest robiona lepiej niż za komuny, a my jesteśmy na nią bardziej podatni, bo mniej myślimy. Żyjemy w większym dobrobycie, a po co myśleć, gdy jest dobrze? Rzadziej też rozmawiamy. Nie ma do tego okazji przy wózku w supermarkecie czy za kierownicą samochodu. Media są wszędzie, radio mówi ci, co powinieneś myśleć. Jeszcze gorzej jest przed ekranem telewizora czy komputera. Obrazy, które przenikają bezpośrednio do umysłu, niosą ze sobą myśli, które łatwo uznać za swoje. Efekty tej medialnej obróbki są czasami komiczne. Kiedyś zawodnik w teleturnieju dostał pytanie, jaki procent Polaków przyznało się podczas anonimowego badania, że rozmawiało przez trzymany w ręce telefon komórkowy prowadząc samochód. Miał do wyboru kilka wariantów odpowiedzi, od 5 do 25 procent. Odpowiedź na pytanie, ilu kierowców naprawdę popełniło tę "zbrodnię" byłaby prosta – około 100 procent. Zawodnik wybrał wariant "maksymalny" – 25 procent i popełnił błąd. Okazało się, że odpowiedzi "tak" udzieliło mniej niż 15 procent badanych. Oczywiście rozmawiając przez komórkę kierowca rozprasza swoją uwagę. Może to zrobić jeszcze na wiele innych sposobów, ale policjantowi trudniej je zauważyć i udowodnić. Sądzę, że to zadecydowało o wprowadzeniu tego zakazu. Mandaty nakładać łatwo, a wszystko dla dobra ludzi.

Wprowadzeniu zakazu rozmów przez komórki dla kierowców towarzyszyła kampania medialna. Nie spowodowała raczej, że Polacy zaczęli się do niego stosować, ale wiedzą, co władza uznaje za złe. A jeśli coś zostało uznane za złe, to przyznawać się do tego nie należy, nawet jeśli nie grozi kara.

Zadziwiające jest, jak podobne były wyniki, gdy zadano Polakom inne pytanie. Czy stosujesz kary fizyczne wobec swoich dzieci? Również przyznało się około 15 procent. Kampania medialna w tej sprawie trwała długie lata. Telewizje pokazywały skatowane dzieci. Psychologowie piętnowali prymitywne skłonności niektórych rodziców. Ludzie zostali pouczeni. Rodzice w większości wiedzą, że sama perswazja wobec dziecka nie zawsze wystarczy, ale nie byli skłonni sprzeciwić się naukom fachowców. Później wprowadzono ustawę przeciwko "przemocy w rodzinie". Będzie ona egzekwowana, bo niezliczone rzesze urzędników chcą coś robić. W tym wypadku, w przeciwieństwie do walki z komórkami, sprawa jest poważna. Gdy dorosną dzieci wychowywane zgodnie z ustawą, będziemy żyli w innym społeczeństwie i nie będzie to łatwe życie. Są jednak ludzie, którzy koniecznie chcą społeczeństwo zmieniać. Gniemy się jak trawa pod ich wolą. Dotyczy to nie tylko ankietowanych. Podobnie postępuje warstwa przywódcza, do której chyba zaliczają się posłowie na Sejm, którzy prywatnie byli przeciw, ale głosowali jak trzeba. Ten wzór postępowania u nas jest powszechny, mówi się jedno, myśli drugie, robi trzecie...

Być może jest to wyjaśnienie kompromitacji badaczy opinii publicznej w roku 2005. Platforma Obywatelska i Donald Tusk do końca prowadzili w sondażach, a potem wygrał PiS i Lech Kaczyński. Być może nie była to manipulacja sondażami, tylko poddani medialnej obróbce Polacy wiedzieli, co trzeba mówić, ale nie wynikało z tego, że postąpią zgodnie z deklaracjami. Podobnie było wcześniej, gdy do Sejmu dostała się "Samoobrona".

Być może z tej przyczyny zmieniono w ostatnich latach formy propagandy. Uruchomiono Niesiołowskiego, Palikota i wielu innych. Nasi panowie byli naprawdę rozgniewani i uznali, że trzeba oddziaływać na nas intensywniej, a zasady dobrego wychowania w tym przeszkadzają.

10 kwietnia ten mechanizm się zepsuł. Jest u nas zwyczaj, że gdy ktoś umrze, trzeba podtrzymać na duchu tych, co zostali. Nie tylko nie mówi się źle o zmarłym, ale też trzeba przyjść do domu żałoby. To zwykle pomaga bliskim zmarłego. Tym razem ludzie uznali za dom żałoby Pałac Prezydencki. Była jeszcze inna przyczyna, która ich zgromadziła, może ważniejsza – poczucie zagrożenia wynikające z podejrzenia, że to nie był wypadek tylko atak. Sposób, w jaki prowadzone jest śledztwo raczej to podejrzenie wzmaga. Jedni widząc ten tłum zamilkli, a inni zaczęli wreszcie mówić...

Gdy ludzie są razem, wymieniają myśli i zbliżają się do prawdy. Zbliżyliśmy się do prawdy o Lechu Kaczyńskim, ale nie tylko. Zobaczyliśmy, że ludzie rządzący nami też gną się jak trawa przed mocniejszymi i zobaczyliśmy, do czego to prowadzi. Zostawili śledztwo w rękach Rosjan. Czy można się spodziewać, że ujawnią prawdę, jeśli byłaby dla nich niekorzystna? Mówią, że współpraca ze stroną rosyjską układa się bardzo dobrze. Fakty mówią coś innego. Mówią o pojednaniu polsko – rosyjskim. Czy zwrot ten nie oznacza po prostu naszej kapitulacji? Głosili hasło jak nie Unia to Białoruś. Należało je tłumaczyć lepiej być satelitą niemieckim niż rosyjskim. Ostatnie tygodnie pokazują, że jedno nie przeszkadza drugiemu. Jak zwykle mieliśmy nadzieję , że jakoś to będzie. Teraz jest źle...

Każdy, jeśli tylko chciał, mógł zobaczyć, kto starał się prawdę ukryć. Teraz ci ludzie mówią, że nie pozwolą, by naród się podzielił. Kłamią, bo wiedzą, że naród jest od dawna podzielony i oni należą do części światłej. Chcą, by ciemny naród nadal dał sobą rządzić. Inny wariant pojednania nie wchodzi, ich zdaniem, w grę. Na razie są pewne problemy. W części ciemniaków obudziło się coś, co nazywają patriotyzmem i nie wstydzą się go wyrażać. Palili świeczki, chodzili z flagami, krzyczeli i śpiewali, a teraz próbują myśleć. W końcu im przejdzie. Przecież sami z siebie nic nie wymyślą i nic więcej nie zrobią. Taki już mają charakter...

Charakter to zespół cech, których nikt i nic z zewnątrz nie może zmienić, ale ich posiadacz może to zrobić. W tym nadzieja.

Piotr Setkowicz

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale