3 obserwujących
530 notek
207k odsłon
42 odsłony

Black Label Society: Alcohol Fueled Brewtality Live!! +5 (2001) - Recenzja

Wykop Skomentuj2

Zakk Wylde jak tylko poszedł na swoje, zaczął niezwykle usystematyzowaną pracę nad swoim dyskograficznym dorobkiem. Już trzeci album pod szyldem BLS okazał się koncertówką. Takie zabiegi mają plusy i minusy - z jednej strony archiwizacja zespołu na początku drogi, wyjątkowość repertuaru opartego na jedynie dwóch płytach, przez co jest to jedna z nielicznych już okazji by móc posłuchać pewnych utworów w wersji koncertowej. Ostatnia z zalet jawić może się jednak jako wada - po co dublować materiał niedawno wydany? Mnie osobiście to nie przeszkadza mając w pamięci kapitalną płytę koncertową Vader - wydaną zresztą tuż po pierwszej płycie... Jak już zostało wyżej wspomniane Black Label Society było w trakcie ogrywania drugiej płyty Stronger than Death (2000). Jest to rejestracja gigu, który miał miejsc 28.10.2000 roku w Los Angeles. Jest to także wydawniczy debiut perkusisty Craiga Nunenmachera, który bębnił dla Zakka przez dekadę.

Recenzowana pozycja składa się z dwóch części - właściwej koncertowej i dodatku, który znalazł się na dysku drugim, o którym więcej napiszę poniżej.

Niepokojąca syrena przeciwlotnicza zwiastuje zmasowany nalot riffów, wtóruje mu gorączkowe skandowanie fanów, wywołujących Zakka Wylda. Rozpoczyna się bezkompromisowa, zgrzytliwa jazda w rytm zatartego silnika. Niemiłosierne tarcie, metal miażdżący metal.

Produkcja ostra tak jakby Zakk szarpał zwoje drutu kolczastego żyletkami. To nieco inne BLS niż to, które znamy z ostatnich płyt - główny bohater był o dwie dekady młodszy, bardziej nieokiełznany.

Feeria bulgocących riffów gęsto spływających z pod palcu tego barbarzyńcy, który fuckuje na prawo i lewo, wydobywa z siebie nieokrzesany, chropowaty, niedźwiedzi pomruk. Riffów miło rozkołysanych. Karkołomnych partii solowych, które są ozdobą każdego albumu zsouthernizowanego jankesa.

Limp Bizkit sucks dick!!!

Jednym z bardziej wyrazistych momentów koncertu jest „Superterrorizer”, gdzie na starcie oberwało się nawet Limp Bizkit, który został wówczas nie raz zdissowany przez Zakka (to był przełom wieku, kiedy to nu metal miał swoje pięć minut). W środku tego numeru Zakk dba o to, by fani się nie odwodnili, zalecając wprost

Drink Beer!!!


Jako, że mamy do czynienia z płytą koncertową, zespołu, charyzmatycznego wiosłowego, nie powinno dziwić, że Zakk srogo pofolgował sobie w kwestii solówek. W zasadzie często utwory wpadają w niekończący się strumień roziskrzonego, spazmatycznego prądu energii partii solowych. Lśniących, tnących jakby tylko mogły, kudły pod sceną ścinające.

Punktem kulminacyjnym jest zmutowany instrumentalny popis z debiutu pt. „T.A.Z.”, który wydłużył się o 100% i został zatytułowany jako „A.N.D.R.O.T.A.Z.”.

Finał koncertu mógł być tylko jeden. Iście smakowity -napisanie że „No More Tears” jest coverem byłoby w tym wypadku małym nadużyciem. Wszak to w dużej mierze kompozycja Zakka, która powstała w trakcie jammowania z innymi muzykami, z którymi wówczas współpracował Książe Ciemności. Pohasał sobie Black Label Society w tym kawałku, który trwa tu ponad dziewięć minut. Jeżeli mowa o wersjach Zakka, to Zdecydowanie lepiej utwór ten wypadł w wersji live niż w wersji studyjnej, którą opublikowano na Sonic Brew (1999).

Na drugim krążku Zakk dołożył nie lada dodatek, zwłaszcza dla tych co rozmiłowani są w delikatniejszej stronie mocy. To typowy dla Zakka upust do ciągot do akustycznego plumkania oraz coverów. Mnie zawsze intrygowało to jak Zakk bierze na warsztat Black Sabbath, dlatego najbardziej w pamięci utkwiło mi to co zrobił z „Snowblind”.

Pomimo, że jest to trochę ululana, rozmiękczona interpretacja (hamerykańskie do bólu pianinko za pierwszym razem kaleczy uszy… ale można się z czasem przyzwyczaić) to nie można odmówić klimatu i emocjonalnego zaangażowania. Czuć, że Zakk doskonale wie o czym śpiewa ( i to jak śpiewa!) To chyba najlepsza z pośród jego przeróbek Sabbathów. Pozostałe cztery akustyczne kawałki zarejestrowane w studio, nieco bledną. Bronią się przejmujące „Like a Bird” i „Blood in the Well” – ten drugi zwłaszcza za sprawą pięknej solówce. Jednak wracać się będzie do dysku drugiego, przede wszystkim ze względu na „Snowblind”.

Nastrój koncertu, jego produkcja i zacnie poukładany secik, sprawiają, że częściej sięgam po Alcohol Fueled Brewtality Live!! +5 (2001) niż do pierwszych dwóch długograjów.


Ignacy J. Krzemiński

Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale