3 obserwujących
554 notki
226k odsłon
  97   0

More Pete Sandoval!: Morbidfest - Relacja

W ubiegłym roku stuknęło kilka istotnych dla metalowej ekstremy jubileuszy - zwłaszcza okrągłe trzydziestki galopująco rozwijającego się death metalu. Bezdyskusyjnie jednym z takich arcydzieł jest drugi album czołowych reprezentantów rodem z Florydy - Morbid Angel: Blessed are the Sick (1991). Pandemia pokrzyżowała plany świętowania dlatego opóźniona festiwalowa trasa odbyła się w roku bieżącym, z mocno zmodyfikowanym składem. Szkoda mi zwłaszcza występu Grave.. ale nie ma co roztrząsać czegoś na co wpływu nie mamy. W ramach Morbidfest w Polsce odbyły się trzy sztuki m.in. w Prima Aprilis. w katowickim klubie P23.

Jak wiadomo Morbid Angel cudownie rozmnożył się przez podział i mamy obecnie:

1) skład Treya Azagthotha z intrygującym powrotem Steve’a Tuckera (wokalista z lat 1997-2004).

2) I am Morbid czyli schizmowcy: David Vincent, który zgarnął do siebie ówczesnego pałkera Tima Yeunga. Złośliwi określili zespół „cover bandem” jak bardzo krzywdząca ta ocena okaże się poniżej. Historia zna mnóstwo takich „podwójnych” zespołów w naszym kraju mieliśmy podzielone, wadzące się ekipy TSA i KAT, gdzie dopiero śmierć czołowych muzyków ukróciła bezsensowny smród, który nikomu i niczemu nie służył. W death metalu pamiętamy historie szwedzkiego Entombed... gdzie również jakże przedwczesna i nieodżałowana śmierć L-G Petrova ukręciła łeb sprawie. Takich przykładów niestety można by wymieniać długo ale nie skupiajmy się tylko na negatywach. Cieszmy się z tego co mamy bo zdecydowanie trasa ta zapisze się w pamięci uczestników na bardzo długo.

Hate

Pominąwszy występ niemieckiego Critical Mess, przybyłem na treściwą, gęstą czarną polewkę serwowaną przez stołeczny Hate. Niezwykle płodna horda, regularnie racząca fanów wysokiej klasy śmiercionośnymi dla duszy racjami. Najświeższą porcję skondensowanej nienawiści podano w zeszłym roku a imię jej Rugia (2021).

Grupa dowodzona przez Adama First Sinnera zajebała przekrojowym setem, oczywiście skupiający, się na wykrystalizowanym stylu, który Hate eksploruje już dwie dekady. Zaczęło się to gdzieś w okolicach Awakening of the Liar (2003) i Anaclasis: A Haunting Gospel of Malice & Hatred (2005), które ukazywały się jeszcze w dogorywającym już periodyku Mariusza Kmiołka - Thrash’em All (ehh to były czasy).

Mistrzowskie blackened deathmetalowe rzemiosło, czterdziestominutowy seans nienawiści z zachowanym kompromisem techniki a klimatem. Ostatni krążek reprezentowany był przez otwierający gig „The Wolf Queen” i tytułowy strzał „Rugia”. Najczęściej Hate wracał do krążka Erebos (2010), nic dziwnego, stanowił on przełom, dzięki któremu Warszawiacy trwale rozszerzyli zakres rażenia poza granice Polski. Nie zabrakło materiału z wspomnianego kmiołkowego okresu, który został zaznaczony wykonaniem „Hex” oraz „Immolate the Pope”.

Na uwagę zwraca zwłaszcza świetny perkusista Nar Sil – bardzo świeża krew, talent i wielka nadzieja, że chłopak daleko zajdzie w tym fachu.

Świetna rozgrzewka o czym świadczyło wyborne przyjęcie i aktywność publiczności w młynie pod sceną. Warto wspomnieć już w tym momencie na bardzo dużą frekwencję – było znacznie gęściej niż na Vader.

Belphegor

Od ostatniego koncertu w Dąbrowie Górniczej u ziomków Fritzla niewiele się zmieniło a jednak było lepiej, ze względu na zdecydowanie lepszą akustykę/nagłośnienie i optymalną przestrzeń sceniczną. Zaprocentowało to nieco bogatszą scenografią i choreografią, bardziej naturalną i zdecydowanie większą batalia pod sceną. Był dosłownie ogień (taki, że aż kozie rogi gorzały), pachniało kadzidełko, lider nie skąpił popisowymi numerami z mimiką oddającą (gitarowy) skowyt upadłych.

Belphegor wypracował swoją własną koncepcję mieszania black metalu z death metalu, także bardzo atrakcyjnym była możliwość zestawienia i porównania Hate z Belphegorem w warunkach scenicznych - dwóch niekwestionowanych tuzów tego stylu. Austriacy posiadają pieczołowicie dopieszczony scenariusz, z niezmierną dbałością o detale, rekwizyty, gesty, dramaturgię całego show.

Niezmiennie nikczemna gromadka Helmutha promuje album Totenritual (2017) – set w zasadzie niczym się nie różnił od tego jaki zaprezentowano w 2021 roku, kiedy to Belphegor zasilał Metal Doctrine Festival. W kontekście dogorywającej, (ale jednak jeszcze obecnej w naszym życiu) pandemii, wartością dodaną stanowią utwory (luźno bo luźno) ale mające coś wspólnego z plagami, zarazami itp. mowa o „Swinefever – Regent of Pigs” a zwłaszcza „Gasmask Terror”. W trakcie ponurego obrządku inwokowano m.in. „Belphegora” i „Baphometa”. Mimo, że widziałem i słuchałem ten set po raz drugi, to występ Austriaków zrobił na mnie jeszcze większe wrażenie niż za pierwszym razem!

Na koniec wspomnieć trzeba, że sekcja rytmiczna napędzana jest od niedawna przez polskiego perkusistę – Krzysztofa Klingbeina, kolejnego świetnie zapowiadającego się w tym fachu wymiatacza, który terminował już m.in. w Hate, Vader, Aggressor.

I Am Morbid (50-75% Morbid Angel/Terrorizer)

Gwiazda wieczoru to wyjątkowe wydarzenie, (nie)małe święto death metalu o randze historycznej. Po (zbyt) wielu latach, deski jednej sceny dzielą: frontman Morbid Angel David Vincent wraz z perkusistą Petem ‘Commando’ Sandovalem (propagator blastów – bo o pionierstwo przypisuje się kilku innym znaczącym zawodnikom). Czyli 50%* złotego składu Morbidów. Szkoda pozostałej połowy, ale jak już wyżej wspominałem, to niestety jeden z tych niechlubnych przykładów, że nie tylko my borykamy się z operami mydlanymi tego typu. Czas przedstawić gitarzystów wymiataczy, którzy przewinęli się przez wiele zacnych składów mowa o Kellym Mclauchlinie i Billu Hudsonie.

Spodziewałem się programowego odegrania drugiej płyty w całości, która wydaje się stworzona na taką okoliczność. Dopieszczona i przemyślana struktura albumu pełnego nastrojowych przerywników, akustycznych wtrętów i wreszcie esencjonalnymi death metalowym standardami, którymi Morbid Angel wytyczył drogę dla następców na następne dekady. Zwłaszcza tym, którzy zapragnęli poeksperymentować w miazmatach metalowej ekstremy. Trochę liczyłem na artystyczne show, choćby nawet opartym na np. odpowiednich lovecraftiańskich wizualizacjach albo motywach z szaty graficznej pierwszych czterech długograjów.

Tak się jednak nie stało chore anioły postawiły na bardziej bezpiecznej konwencji the best of obejmujące A,B,C,D. Dzięki temu było mniej przewidywalnie i dynamiczniej. Fani otrzymali skondensowaną dawkę tego co w Morbid Angel najlepsze - choć nad doborem repertuaru można by pewnie długo dyskutować.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura