3 obserwujących
556 notek
227k odsłon
  180   0

Czysty chędożony Armagedon po północy: Mystic Festiwal 2022 – Relacja

Dzień drugi w barwach Union Jack.

Życie w trybie festiwalowym pędzi z prędkością „Painkiller”. Dobrnęliśmy do półmetka i najbardziej intensywnego (dla zdającego relację) dnia Mystic Festiwal 2022.

Po dobrych wrażeniach z koncertu w ramach zimowej trasy Vader: The Awakening of Tyrants, na rozruch postanowiłem zapodać sobie:

Dopelord (Park Stage)

Bardzo ucieszyłem się na wieść z udziału warszawiaków na festiwalu. Lubię mieć możliwość porównania jak dany zespół gra w warunkach klubowych i na otwartym powietrzu. Zapowiadała się bardzo dobra sztuka, pora dnia pozwoliła przyjrzeć się fikuśnej stylówie Pawła Mioduchowskiego i kapitalnemu banerowi z tyłu. Niestety pech chciał, że tym razem hołdy dla sejtana, którym otwarli koncert, nie zostały w pełni wysłuchane. Na początku drugiego utworu „Addicted to Black Magick” oddziaływanie złego sprawiły, że coś się wysypało, to „coś” poprzedzone było mega przykrym sprzężeniem. Wyrozumiała opinia publiczna zebrana pod sceną okazała łaskę. W pewnym momencie zasugerowano zespołowi opcję unplugged.

Po chwili kryzys zażegnano i uczciwie zaczęli numer od nowa, tak aby nikt nie poczuł się stratny. Z nagłośnieniem Dopelord jeszcze miał pewne problemy, ale udało się koncert dociągnąć do końca. Mimo, że skandowano tradycyjne „nic się nie stało”. Mimo najwyższych starań ze zrozumiałych względów gig był spalony. Zespół a zwłaszcza zwykle żartujący Miodek był ewidentnie speszony i już nie było tak luzacko jak podczas wspomnianego gigu w katowickiej Fabryce Porcelany... To nic chłopaki jeszcze zagrają nie jedną zacną sztukę. Set był ten sam, połowę repertuaru wypełnił materiał z drugiego długograja – Children of the Haze (2017). W warunkach openerowych upalone bękarty zagłady sprawdzili się równie dobrze. Po wszystkim Dopelord chcieli dealować jakimś stuffem, komuś Miodek wpadł w oko i nawet… padła propozycja kupna wokalisty (sic).

Benediction (Main Stage)

Dave Ingram powitał całkiem licznie zgromadzonych maniaków słowami Generała Kenobiego – Hello there! które były skierowane do armii droidów Generała Grievousa. To była celna metafora dla wydarzeń kolejnych kilkudziesięciu minut.  

Występ tuzów brytyjskiego death metalu to jedna z większych i jak najbardziej pożądanych festiwalowych niespodzianek. Tak po prawdzie Brytole wystąpili w roli zastępcy Obituary i to akurat przyjąłem z niekłamaną radością. Bowiem na żywo twórców wielkiego Transcend the Rubicon (1993) niedane mi było jeszcze usłyszeć.

Powtórzę się, Benediction to klasa sama w sobie, czołowy przedstawiciel brytyjskiego śmierć metalu rodem z ścisłej kolebki metalu Birmingham. Spece od walcowatego, masywnego burzenia w średnim tempie - godne zastępstwo ekipy braci Tardy.

Zespół powrócił w 2019 roku - po jedenastu latach od wydania Killing Music (2008) - w trakcie pandemii z nudów poronili płytę Scriptures (2020).

Skład zespołu jak na weteranów ma wiele wspólnego z czasami świetności: W roli gardłowego rubaszny, pozytywny Dave Ingram (przypomnę, że po pierwszej płycie zastąpił Marka ‘Barneya’ Greenwaya, który postanowił skupić się na gardłowaniu w Napalm Death). Co ciekawe ostali się pierwotni gitarzyści Darren Brookes i Peter Rewinsky. Odświeżono jedynie sekcję rytmiczną Dan Bate szarpiący grube struny, za garami Gio Durst.

Zaczęto od instrumentalnego wykonania „Divine Ultimatum” z debiutu i niestety był to jedyny przedstawiciel morderczego Subconscious Terror (1990). Następnie rzucono gawiedzi dwa jeszcze ciepłe ścierwa z Scriptures (2020): kolejno rozpoczynający album „Iterations of I” i następujący po nim „Scriptures in Scarlet”.

Bardzo nośne. konkretne sztosy, na miarę tego zacnego bandu. Jednak nie tylko ja przebierałem niecierpliwie trampkami czekając na coś z Transcend the Rubicon (1993) ich niekwestionowany opus magnum - choć dla mnie i dwa poprzednie współtworzą kanon brytyjskiego death metalu. Zagrano więc „Nightfear” i sądząc po reakcji fanów, nie tylko ja byłem usatysfakcjonowany. Wszak jest to ciężar gatunkowy znacznie poważniejszy – masywny niczym kolumna czołgów, taka biła potęga ze sceny jak i z kotłującej się publiczności. Pod koniec sztuki odpalili jeszcze z niniejszego krążka mocarny otwieracz „Unfound Mortality” – czysta hekatomba. Szkoda, że nie pociągnęli tematu bardziej i nie zagrali jeszcze kilku numerów, ale może zostawią to na przyszły rok, kiedy wybije okrągłe trzydzieści lat
 
Ku mojemu zdziwieniu miast koncentrować się na pierwszej połowie lat 90. przypomniano album Grind Bastard (1998). Krzyżując swoją wizję death metalu z ówcześnie nowoczesnym groove metalem zespół starał się odświeżyć stylistyczną formułę i naprawić błędy z wcześniejszego albumu. Wybór padł jednak na bezpieczny „Agonised” – mimo wszystko wpisujący się w formułę starego dobrego Benediction. Żebyście tylko widzieli radochę Dave'a, że ludzie jeszcze kojarzą i cieszą się z takich staroci.

Finał iście kruszący w postaci „Stormcrow” z ostatniej płyty a po nim „roztańczony” death metalowy „Magnificany” z upiornie tłustym spazmem wygenerowanym przez gitarę basową Dana Bate’a.

Śmiercionośna sztuka wypełniona walcowatym, oldschoolowym bujającym death metalem. Nie mogę się doczekać powtórki w warunkach klubowych.  

Tribulation (Park Stage)

Wypełniaczem dnia drugiego został szwedzki Tribulation (nie mylić z tym starym thrashowym) – konkretnie chodzi o tych młodszych reprezentantów metalowego melodyjnego, smutaśnego grania na pograniczu progresji, gotyku… ogólnie zespół z Arviki lubi sobie pomieszać i czerpać z różnych mrocznych styli. Pierwotnie był zespołem death metalowym, który po drugiej płycie postawił na lżejsze umiarkowanie eklektyczne brzmienie.

Melodyjne progresywne szwedzkie z niepokojącymi gitarowymi zawijasami, utrzymanymi raczej w relaksacyjnym tempie, z sporadycznymi lekkimi zrywami.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura