3 obserwujących
562 notki
229k odsłon
  96   0

Zwykłe ludzkie emocje i małe tragedie dnia codziennego: Wywiad z Death Denied

Wiosną bieżącego roku ukazał się trzeci album Death Denied pt. Through Water, Through Flames (2022). Sprowokowało mnie to do popełnienia cyklu recenzji, poświęconemu płytom długogrającym tegoż southernowego ansamblu.
Z tej okazji postanowiłem zagaić do samych stwórców, tym bardziej, że dane mi było ich posłuchać i zobaczyć na żywo na pożegnalnym gigu J.D. Overdrive (nad którego relacją jeszcze sobie dłubię).

Przedstawcie się w kilku słowach: kto za tym wszystkim stoi? Kim jesteście? Dokąd zmierzacie?


Vincent: Nazywamy się Death Denied i działamy od 2009r. Powstaliśmy w Łodzi, a konkretnie na osiedlu akademickim UŁ, z Inicjatywy Gekona i mojej. Zespół na początku działał jako side-project, w którym ujście miało znaleźć nasze zamiłowanie, do takiego bardziej klasycznego, podszytego bluesem grania, zwróconego w stronę klasyków z lat 70' i 80'.
Po jakiś czasie udało nam się skompletować skład, a inne kapele, w których graliśmy zaczęły 'podupadać' i DD stało się 'pełnoprawnym' tworem i nabrało rozpędu.


Gekon: Jesteśmy czwórką kumpli, którzy grają sobie hobbistycznie rock'n'rolla. Zmierzamy do nieuchronnej zagłady.

Nie omieszkam pogratulować Wam świetnej płyty, jak długo nad nią pracowaliście?

V: Dziękujemy! Cieszymy się, że się podoba. Prace zaczęliśmy jakoś na krótko przed pandemią. W tamtym okresie (2019-2020) zagraliśmy trochę akustycznych setów i mieliśmy chyba zrobione ze dwa kawałki, które całkiem dobrze działały jako numery w pełni akustyczne. Dlatego wstępnym pomysłem, było zrobienie akustycznej EP w stylu Jar of Flies (1994) [zespołu Alice in Chains przyp. autora].

Wolny czas w okresie pandemii spowodowała jednak, że pisaliśmy coraz więcej numerów i niektóre z nich brzmiały po prostu jak 'elektryczne' prze-aranżowane, na szybko, na akustyczne. Pomysł zatem, w końcu upadł i praca nad niedoszłą EPką przemieniła się w realizacje trzeciej płyty długogrającej.


W rezultacie napisaliśmy 13-14 kawałków, z których wybraliśmy 10, naszym zdaniem, najlepszych. Następnie po raz pierwszy w historii kapeli, domowymi sposobami zrobiliśmy pre-produkcje płyty, a w Lutym 2021 weszliśmy, na sześć dni, do warszawskiego Nebula Studio zarejestrować album. Cały proces twórczy trwał może 6-9 miesięcy...

Czy proces twórczy na przestrzeni lat zmieniał się? Czy macie już wypracowany schemat?

V: Niektóre części procesu pozostały bez zmian, inne, lekko się przeobraziły. Zdecydowanie stałym elementem jest to, że głównym kompozytorem muzyki jest u nas Gekon, który przygotowuje swoje kawałki zazwyczaj 'od deski do deski': nagrywa u siebie demo z automatem perkusyjnym i rozsyła do reszty. Następnie spotykamy się na próbie i wspólnie robimy aranż oraz wprowadzamy zmiany, jeśli trzeba.

Reszta kapeli działa w podobny sposób: każdy składa numer w domu, zapisuje go na kartce lub nagrywa telefonem itp. Następnie dzieli się swoimi pomysłami na próbie.
Dodatkowo z biegiem czasu Kiemzo, Wicia i ja zaczęliśmy przynosić na próby więcej swoich riffów i skończonych numerów. Od czasów debiutu, każdy z nas trzech ma średnio koncie po 1-2 piosenki na album.

Wydaje mi się, że ze względu na to, że wszyscy mamy coraz mniej czasu na próby, staramy się jak najbardziej optymalizować te 2-3 godziny, które mamy na wspólne spotkania. Staramy się zatem już przed próbą, wysłać wszystkim zarys pomysłu (egal czy jako „porządniejsze” demo, czy nagranie z telefonu) celem zapoznana się z formą i riffami.


Teksami zajmuje się głównie ja, ale choćby na ostatnim albumie „Behind the Surreal” jest autorstwa Gekona, a refren do „The Machine” zrobił Wicia.

Teksty powstają gdy numery są już skończone. Lubię pracować w taki sposób, bo klimat kawałka i sama muzyka czasami potrafi podrzucić tematykę. Gekon, albo ja, nagrywamy linie nucąc albo śpiewając „po Norwesku” i w oparciu o ten bełkot, pisany jest tekst.


G: Wszyscy muzykanci tak mówią o swojej najnowszym „dziecku” i tu nie będę oryginalny, wg. mnie TWTF (2022) to nasza najbardziej dojrzała płyta. Dzieje się tu - jak na nas - sporo a ja osobiście na pewno stawiam ją najwyżej jeśli chodzi o zadowolenie z warstwy wokalnej. Zawsze uważałem to za swoją słabą stronę, a tu jestem w stanie powiedzieć, że jest nawet nawet :)

Jak Through Waters, Through Flames (2022) plasuje się w Waszym rankingu względem poprzednich płyt? Czym według Was różni się od poprzednich albumów i dlaczego warto po nią sięgnąć?

V: Trudne pytanie. Dla mnie poza zawartością albumu dochodzi też czas, sposób i atmosfera w jakim powstawał. Wydaje mi się, że do tego albumy byliśmy najlepiej przygotowani. Zarówno wykonawczo jak i kompozycyjnie.

Debiut - wiadomo, masz całe życie żeby go napisać, ale wychodzą przy nim też braki doświadczenia jeśli chodzi o pracą w studio i wszelkiego rodzaju niedobory warsztatowe.

Dwójka była robiona w atmosferze niepewności co do tego jak będzie wyglądała przyszłość Death Denied. Materiał był napisany w nieco ponad trzy miesiące i z perspektywy czasu wydaje mi się, że niektórym numerom przydałby się jeszcze trochę czasu w piekarniku...

Niemniej jednak, z każdej płyty jestem ogólnie zadowolony. Każda jest takim małym zapisem stanu kapeli z danego okresu.

Through Waters, Through Flames (2022) postawiłbym jednak na podium, ze względnie spokojny proces nagrywania i to że ten album jest naszą najbardziej „zespołową” płytą, bo każdy z nas napisał coś na nią i dużo wspólnie pracowaliśmy nad aranżacjami numerów.

G: Chyba jako dość naturalne rozwinięcie dotychczasowej pracy, aczkolwiek z racji współpracy z trochę innymi ludźmi w sprawie realizacji nagrań, miksu, czy okładki, jest to pewnego rodzaju nowy rozdział. W skrócie więc tak, aczkolwiek nie :D

Czy traktujecie wydanie waszej najnowszej płyty, jako otwarcie nowego rozdziału, czy to naturalna kolej rzeczy?

V: Skład zespołu mamy ten sam od około 2014... Nie zrobiliśmy jakiejś olbrzymiej wolty stylistycznej... Chyba traktowałbym to jako kontynuację i rozwinięcie naszej formuły i tego co robiliśmy do tej pory.

Analizując stare i nowe wideoklipy troszkę Wam się stylówa zmieniła: z rock and rollowego „niechlujstwa” zawędrowaliście w niebezpiecznie „sterylne” rejony. To też znajduje swoje odzwierciedlenie w brzmieniu płyt - przypadek?

V: Stać nas na lepsze ciuchy i gitary, niż gdy byliśmy na studiach. Do tego powypadały nam włosy. Z tą sterylnością mam wrażenie, że pijesz do obrazka nakręconego do „Behind the Surreal”. Uznałbym to za czysty przypadek. Potrzebowaliśmy dużej przestrzeni do nakręcenia klipu, więc Gekon robił rozeznanie w Łodzi i znalazł salę łódzkiego klubu walki „Ośmiornica”, która spełniał wymagania. Te białe ściany dawały po prostu fajny efekt. Nie można też w kółko kręcić tego samego obrazka z pijacką imprezą.

G: Rzeczywiście w początkowej fazie trochę traktowaliśmy alkoholowy anturaż jako pewnego rodzaju identyfikację, ale w miarę jak my się zmienialiśmy i zmienialiśmy w starych dziadów tak i definiowanie się przez ten pryzmat poszło trochę w kąt. Mam pewien sentyment do tych naszych pijackich początków, ale teraz wydaje mi się to dość krindżowe.

Southernowy etos pełen jest nieodłącznych atrybutów. Jednym z najbardziej wyrazistych są konkretne rodzaje alkoholu. W Waszej twórczości woda ognista też przelewa się hektolitrami i ciekaw jestem jaki jest stosunek zespołu do konsumpcji na tak masową skalę - należy traktować to dosłownie czy jako licentia poetica?

V: Na początku nie wylewaliśmy za kołnierz.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura