Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy i nie
0 obserwujących 425 notek 148648 odsłon
Ignatius, 17 marca 2017 r.

Depeche Mode: Spirit (2017) - Recenzja

1873 2 0 A A A

Pierwszy album po trylogii Hillera wiązał się z wielkimi oczekiwaniami, nie tylko wśród zagorzałych fanów brytyjskich elektroników. W zasadzie każdy album depechów to mniej lub większe wydarzenie na scenie muzyki popularnej. Tym razem zwykłe napięcie zostało zastąpione małą burzą, która na kilka tygodni przed ukazaniem się krążka sprawiła, że na forach zawrzało – wszystko za sprawą singla pilotującego album, który swą światową premierę miał w radiowej Trójce - Where’s the Revolution (2017). Co ciekawe emocje nie wzbudzał utwór od strony muzycznej a lirycznej – to chyba taka namiastka „skandali” jakie wzbudzały utwory pokroju „Blasphemous Rumors”, „Masters and Servant” w latach 80 czy „Personal Jesus” na początku lat 90. Tekst omawianego singla to nic innego jak quasi manifest grupy, która wyraża zaniepokojenie społeczno-politycznymi wydarzeniami ostatnich lat. Osobiście nie rozumiem tej całej afery, przez lata Depeche Mode jasno sygnalizował po której stronie barykady tkwi i najwidoczniej nic się nie zmieniło – już nikt nie pamięta, że „People are People” hiuciur z przed ponad trzydziestu lat stał się z miejsca hymnem środowisk, które dziś nazywają się LGBTQWERTYUIOP(…)? Jednak chyba ludzie się w tym wszystkim pogubili bo nagle teraz słuchacze o różnym światopoglądzie „wyrywają” sobie zespół z rąk nie przebierając przy tym w słowach. Dlatego naprawdę nikogo niech nie zdziwi, że „rewolucyjny” utwór ma potencjał stania się ntym hymnem kodziarzy… Żeby nie brnąć dalej w tą jałową pozamuzyczną dygresję - w tym temacie i tak depeche mogą co najwyżej wiązać wojskowe kamasze kolegom z Laibach (swoją drogą odpowiedź na pytanie zadane w singlu znajdą na ostatnim albumie słoweńskiego kolektywu). Od strony muzycznej singlowa rewolucja była w zasadzie bardziej retro synthpopową reakcją szytą na miarę Depeche Mode. „Where’s the Revolution” bardzo dobrze rokowało. Dla mnie zespół ten zaczyna się na Construction Time Again (1983), najbardziej cenię „środkowy” okres ale i na ostatnich kilku krążkach uważam, że można znaleźć dużo dobra. Wspominam o tym, bo siłą rzeczy do tych krążków porównuję jeszcze ciepły Spirit (2017).

Krótki i zwięzły tytuł który niesie nadzieje, że to coś na miarę Violator (1990) lub Ultra (1997)?. Jestem realistą, nie żądam niemożliwego, pomarzyć można. Elementy sprawiające, że od razu rozpoznajemy depecheowy styl są obecne (właśnie jakoś dziwnie kojarzące się z wyżej wymienionymi tytułami). Jednak nie ma co się na siłę oszukiwać, to tylko zaledwie miłe dla fanów nawiązania, powielana konwencja, która nie zaspokoi wygórowanych oczekiwań wybrednych. Oni nie przyjmują do wiadomości, że era wytyczania nowych kierunków Depeche Mode ma dawno temu za sobą.

Miało być bez dygresji ale widocznie się nie da, jak widać całą otoczka wokół tego zespołu przyćmiewa sedno sprawę, czyli muzyczną zawartość. Kompletnym rozczarowaniem jest otwieracz – „Going Backwards” – jak można takim przy mułem otwierać album, który ma wieść ludzi na barykady? To już więcej życia było w „Welcome to My World” na poprzedniej płycie – tu pasowałoby coś trzeźwiącego i nieprzystępnego na miarę choćby „A Pain That I’m Used To”. Numer dwa to „Where’s the Revolution”, który jak wspomniałem jest udanym utworem, posiada wszystko to co posiadać powinien (no może za wyjątkiem większej werwy) – ale to znużenie i rezygnacja korespondują z tekstem. Pytanie czy ktoś się da złapać na próbę sPOPularyzowania wizerunków socjalistycznych architektów widniejących w klipie - cóż widocznie dawno nie były modne koszulki z czerwonymi zbrodniarzami. Początek albumu pokazuje, że zespół postawił na klimatyczne granie, „The Worst Crime” bynajmniej tego faktu nie zmienia. Muzycznie jest bardziej harmonijnie i spokojniej niż na Delta Machine (2013). Brzmienie minimalistyczne wstawki gitarowe i retro synthowe plamy dźwiękowe sprawiają wrażenie podróży zespołu przez różne okresy swojej twórczości – po raz pierwszy tak bardzo zbliżając się do samych początków - czyżby koncertowe wykonanie „Just Can’t Get Enough” okazało się zapowiedzią nowego rozdania? Zbliżając się do połowy albumu, z utworu na utwór jest co raz bardziej interesująco. Jeden z lepszych na krążku „Scum” to troszeczkę „nowocześniejsze” podejście do tematu, tylko nie wiem dlaczego dramaturgia jest tak usilnie trzymana w ryzach, skoro takie emocje szargają zespołem? Atmosfera albumu aż prosi się o jakieś mocniejsze uderzenie. Miarowy puls, pozostawiający wyjątkowo wiele przestrzeni do wykorzystania. Mroczny „You Move” swoim „riffowym” pływaniem kojarzyć się może z Black Celebration (1986) – ale to naprawdę bardzo luźne, pewnie życzeniowe skojarzenia.

„Cover Me to nietypowa apokaliptyczna ballada o filmowym rozmachu i takim samym ładunku patetyczności. Ujmuje mnie szczególnie trasnowe mieszanie w drugiej połowie utworu. Przy „Eternal” dynamika albumu legła w gruzach, wpychając jakby na siłę przykre dźwięki, które w innym miejscu z pewności lepiej by się sprawdziły. Jest to jeden z dwóch utworów w którym śpiewa Gore.

Opublikowano: 17.03.2017 15:35.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • To dobra propozycja na tytuł goregrindowego albumu ;)
  • Co do Aerosmith miałem podobnie, wybrałem się na nich, żeby odhaczyć kolejne dinozaury,...
  • Gdyby drogi czytelnik, czytał uważnie wyłapałby pewien niuans, który widocznie w emocjach...

Tematy w dziale Kultura