Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy i nie
0 obserwujących 425 notek 148540 odsłon
Ignatius, 2 lipca 2017 r.

Aero-Vederci!: Aerosmith - Relacja

90 0 0 A A A
Do zobaczenia!
Do zobaczenia!

Nie ma to jak pożegnalne niepożegnalne koncerty - jeszcze się trasa nie skończyła a już dziadki z Aerosmith snują plany na przyszłość, z nagraniem kolejnej płyty na czele. Bardzo zresztą słusznie, zwłaszcza, że nigdy nie wiadomo, jak długo jeszcze zdrowie będzie dopisywać. Nie wiadomo czy jeszcze nas Aerosmith nawiedzi, choć podobnie jak w przypadku ostatniego występu Deep Purple, absolutnie nie było czuć, że to definitywne pożegnanie.

Krakowska Tauron Arena to bardzo wdzięczny obiekt, do naprawdę widowiskowych koncertów. Aerosmith tylko ten fakt potwierdził. Ogromna scena, z długim wybiegiem w głąb płyty, aby Steven Tyler i towarzyszący instrumentaliści mogli paradować niczym ekscentryczni modele na wybiegu. Frontman tego długowiecznego amerykańskiego zespołu jest scenicznym zwierzęciem, który kocha kokietować publiczność na przeróżne sposoby. Co wnioskując po żywiołowych reakcjach było bardzo skuteczne. Czego dowodem był specyficzny handel wymienny - wokalista pozbywał się okularów przeciwsłonecznych, nakryć głowy, poszczególnych szaliczków z bogatej kolekcji, których w trakcie trwania koncertu ubywało. O ile dobrze pamiętam, rozstał się również z jedną ze swoich harmonijek. Publiczność w zamian odwdzięczyła się stanikiem, czymś, co przypominało list, masą laurek, w które golden circle się wcześniej uzbroił.

Całe szczęście, że był to koncert halowy, akustyka robi swoje, zdecydowanie Aerosmith, jeżeli chodzi o brzmienie deklasuje stadionowy koncert Gunsów - porównanie o tyle słuszne, że oba zespoły posiadają zbliżony ciężar gatunkowy. Dzięki temu naprawdę można było rozkoszować się amerykańskim show z prawdziwego zdarzenia. Po koncercie musiałem jeszcze raz sprawdzić metryczkę zespołu, bo aż trudno uwierzyć, że dobiegający siedemdziesiątki Steven Tyler (sic) tak doskonale się ruszał, śpiewał i czarował publiczność – przecież Ozzy jest młodszy o rok od Stevena a przepaść, jaką dzieli obu Panów z (ogromnym szacunkiem dla tego pierwszego) jest nie do opisania! Nie ma sprawiedliwości…

VIPowskie miejsca były bardzo niefortunnie umiejscowione, stali biedni w ringu z boku sceny, gdzie praktycznie nic się nie działo - wszystko rozgrywało się na wybiegu sceny. Na domiar złego, naprzeciwko nieszczęsnych VIPów ulokowano dmuchawy, które musiały skutecznie przeszkadzać w obserwacji wydarzeń na drugim końcu sceny.

Występ jak to często bywa z zespołami weteranami, poprzedziła wizualna retrospekcja przedstawiająca głównie zdjęcia z przed lat, materiały promocyjne i ciekawą ewolucję nośników, które dominowały w danej dekadzie - debiut - winyl, albumy z lat 80 kolejno najpierw na kasetach magnetofonowych, kompakcie, oraz współczesne czasy - odtwarzacze mp3, aż po streaming - nie zmienia się w tej rewolucji technologicznej radość z obcowaniem z rock and rollem.

Set, co ciekawe również był w pewnym sensie retrospektywny (nie tak jakbym tego może oczekiwał), ale większych zarzutów mieć nie można. Aerosmith na tej trasie przedstawia kawał wycinka amerykańskiego rocka z mocnym akcentowaniem muzycznych korzeni. Zespół w swej twórczości chętnie sięga do dziś i miesza je w swój charakterystyczny sposób. Było wszystkiego po trochu, od klasycznych rockowych przebojów, po wyciszające ballady, cześć utworów odwoływała się do bluesa, inne bardziej do funky, momentami pobrzmiewały echa południa, country... Z klimatów kameralnych wręcz barowych zespół w jednej chwili przeradza się w stadionowych gigantów - co ciekawe w obu żywiołach Aerosmith odnajduje się nadal naturalnie, choć nie ma, co ukrywać, że jest to kitsch - kitsch w najlepszym tego słowa znaczenia, bez pejoratywnych skojarzeń. Wystarczy zresztą jeden rzut oka na rażąco różowy plakat promocyjny trasę Aero-Vederci Baby!, który bardzo dobrze oddawał klimat tego show. Oczywiście to nie był ten sam poziom, co spektakularne koncerty KISS czy AC/DC, ale naprawdę dużo się działo. Na pewno więcej niż się spodziewałem.  

Nie tylko mnie porywały pełne energii kawałki pokroju „Love in an Elevator” „Dude (Looks Like a Lady)”, czy aerosmithsowska wersja „Come Together”, który zresztą zostawili na sam koniec. Również wcześniej nie brakowało cudzego materiału. Mniej więcej w połowie koncertu zaserwowano dwa utwory Fleetwood Mac „Stop Messin' Around” i „Oh Well” oba z początków blues rockowych czasów zespołu, za kadencji Petera Greena.

Szkoda tylko, że tak mało eksponowano utworów z pierwszych płyt Aerosmith, pod tym katem chyba koncert z 2014 roku był bardziej treściwy. Zaledwie dwa kawałki z Toys in the Attick (1975): „Sweet Emotion” i najbardziej wyczekiwany przeze mnie „Walk This Way”, którym ostatecznie zakończył się ten wspaniały koncert. Nie mogło zabraknąć nastrojowych kawałków takich jak „Janie's Got A Gun” czy „I Don't Want to Miss a Thing” z ścieżki dźwiękowej do filmu Armaggedon (1998).

Przez to występ Aerosmith był bardzo dynamiczny, żywiołowy, zróżnicowany. Nie było może powalających popisów instrumentalnych, ale przecież nie w tym celu się wybiera na koncert tego typu. To, co rzucało się w oczy i przede wszystkim w uszy to bogactwo instrumentów, jakie w trakcie koncertu poszczególni muzycy sięgali. Tyler bardzo często sięgał po harmonijkę oraz przeróżne grzechotki, marakasy etc. Bisując „Dream On” zasiadał za szybko montowanych klawiszach. Na które zresztą wbiegł gitarzysta Joe Perry odgrywając solówkę. Przez cały czas trwania koncertu nosiło po scenie gitarzystę w nie mniejszym stopniu niż wokalistę.  

Tak jak już nadmieniłem set nie miał w tym wypadku większego znaczenia, najbardziej reprezentowano środkowy okres Pernament Vacation (1987) i Pump (1989), Get a Grip (1993), kiedy to zespół przeżywał swoją drugą młodość.

To, co może zdumiewać, to fakt, że Aerosmith występuje w praktycznie pierwotnym składzie z 1970 roku, który nagrywał debiutancką płytę Aerosmith (1973)! Obok Stevena i Joego zespół tworzą gitarzysta Brad Whithford (zastąpił Raya Tabano w 1971 roku), basista Tom Hamillton, perkusista Joey Kramer (obaj razem z Stevenem są niezmiennie od 1970 roku członkami zespołu).

Aerosmith na scenie po tylu latach zachowują się tak, że mogą zawstydzić nie jednych niemrawych szczyli, którzy potrafią się silić jedynie na groźne grymasy. Strach pomyśleć, co się działo na scenie czterdzieści/trzydzieści lat temu. Steven Tyler jest maszyną nie człowiekiem, żeby w takim wieku tak się ruszać, przez cały koncert dawać z siebie wszystko. Cieszy mnie sprzężenie zwrotne – widać było na twarzach muzyków, że nadal sprawia im frajdę granie muzyki. Musi być to dla nich naprawdę satysfakcjonujące, że kolejne pokolenia cieszą się dźwiękami klasycznego rocka. Dlatego tym bardziej mam nadzieję, że z tym pożegnaniem to tylko przekomarzanie się. Zwracanie na siebie uwagi, które potencjalnie pokrywać się będzie z liczbą sprzedanych biletów. Do zobaczenia!


Opublikowano: 02.07.2017 14:30. Ostatnia aktualizacja: 02.07.2017 14:32.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • To dobra propozycja na tytuł goregrindowego albumu ;)
  • Co do Aerosmith miałem podobnie, wybrałem się na nich, żeby odhaczyć kolejne dinozaury,...
  • Gdyby drogi czytelnik, czytał uważnie wyłapałby pewien niuans, który widocznie w emocjach...

Tematy w dziale Kultura