3 obserwujących
532 notki
212k odsłon
  180   0

Mystic Festival 2019: Dzień I - Relacja

Nie ukrywam, że jedną z głównych kart przetargowych aby wybrać się na ów festiwal była wieść o Possessed w lineupie. Warto było, pomimo, że gig był skandalicznie krótki - takie sztuki zawsze pozostawiają niedosyt, ale to właśnie świadczy o jego jakości. 

Nadmienię, że miałem szczęście po koncercie spotkać zespół przy galerii prac Bielaka, zamienić słowo, zdobyć autografy mimo, że Possessed nie miało przewidzianego spotkania z fanami. Był tam wspomniany perkusista i dziewczyna...

Słońce w końcu zaszło przyszedł czas na strawę dla ciała i duszy. Złaknieni liturgicznego misterium posilić się mogli podczas występu Batushki. Jak wiadomo w zespole doszło do schizmy. Obecnie istnieją dwa zespoły, które roszczą sobie prawa do używania tejże nazwy. Oba tez nagrały drugi album - Batushka, która wystąpiła na festiwalu dowodzona jest przez Barta i zaprezentowała premierowy materiał, który ukazał się później na płycie Hospodi (2019). 

Po obejrzeniu koncertu z okresu debiutu, który zrobił na mnie duże wrażenie,  podobne widowisko drugi raz takiego samego wrażenia zrobić już nie mogło. Wiedząc czego się spodziewać skupiłem się na muzyce, której byłem bardzo ciekaw. Nowe utworu przy lekko zmodyfikowanej scenografii i choreografii prezentowały się wspaniale. Hipnotyczny wręcz w trans wprawiające pasaże potrafiły na chwilę oderwać od ziemi. Powiem więcej nowy materiał na żywo wypada znacznie korzystniej niż studyjne... Do tego stopnia, że później, po przesłuchaniu płyty czułem zawód. Ewidentnie czegoś mi brakowało. 

Zdecydowanie warto było zobaczyć Batushkę raz jeszcze. Pora dnia korzystnie wpłynęła na odbiór liturgii. Starannie dopieszczone detale wszystkich rekwizytów, szat, świetnie zaaranżowana gra świateł, zapach kadzidła, ceremonialna skrupulatność zapalenia świec - od początku do końca występ zachwycał z hipnotyczną siłą. 

Nie wchodząc w zasadność sporu na linii Krysiuk-Drabikowski, dopinguje obu Batushkom. Licząc, że płyta Панихида (2019) ukaże się oficjalnie na fizycznym nośniku. 

Dopiero na gwiazdę wieczoru - a nawet całego festiwalu wybrałem się pod strzechy Tauron Areny. Widać było wyraźnie, że część dziwnie wypoczętych osób przybyła specjalnie na zamaskowanych psycholi z Des Moines. Nie powiem mam sentyment do tych ekstremalnych nu metalowców, okrzykniętych swego czasu KISS XXI wieku. Nie raz obejrzałem DVD Disasterpieces (2002) - pod kątem realizacji ówcześnie jeden z najciekawszych wydawnictw tego typu i kilka bootlegów z Dynamo 00 na czele. Wówczas zespół rzeczywiście jeszcze emanował w pewnym stopniu  „autentyzmem" (a przynajmniej takie wrażenie było kreowane) z jeszcze dość prymitywnymi kostiumami i maskami. 

Na początku drogi, gdy zespół pikował na wyżyny popularności takie przesłanki rzeczywiście wydawać się mogły prawdopodobne. Po latach wiemy, że były to bardzo naiwne i jakże przeszacowane prognozy (nie pierwsze i nie ostatnie). Zarzucać Slipknot można wiele od braku konsekwencji, po czysto komercyjne zagrywki ale jednak dwie pierwsze płyty namieszały na przełomie wieku. 

Jako intro zespół wybrał „For Those About to Rock (We Salute You)”  AC/DC po odsłuchaniu hymnu z antypodów odpalono właściwy niepoczytalny wprowadzacz pt. „515”, po którym eksplodować mogło tylko słynne slipknotowe równanie „People = Shit”,  które swego czasu wydrapane było na niemal każdej szkolnej ławce i drzwiach szkolnych toalet. Świry z Iowa zaskoczyły mnie tak mocnym początkiem, spodziewałem się tego kawałka dopiero na finał lub nawet bisy. 

Brzmienie było zabójczo dobre, wszystko chodziło jak w zegarku. Jakaż była moja radość, gdy następnym w kolejce okazały się równie zwichrowane „(sic)”   i jeden z najintensywniejszych masakratorów w dorobku bandy gumowych masek - „Get This”. Po tej dawce bezkompromisowości na jaki stać Slipknot szkoda, że ich podkusiło tą dobrą passę zepsuć nowością zatytułowaną „Unstained” . Nie ma co się oszukiwać nowe Knoty to... no właśnie. 

Błąd ten względnie naprawiono furiackim „Disasterpiece”. Slipknot na chwilę wrócił na właściwe tory o czym świadczyły bardziej żywiołowe reakcje publiczności. Chociaż nie powiem, że nie cieszyła mnie obecność bardziej przebojowej i poukładanej odsłony, która w zespole zalęgła się już na Vol. 3: (The Subliminal Verses) (2004) - czego jaskrawym przykładami były przeboje „Before I Forget i „Psychosocial” z All Hopes Gone (2008) która bezpośrednio kontynuowała obrana drogę. Mimo wszystko masy bawiły się lepiej przy Heretic Anthem niż kawałkach z ostatnich dwóch płyt. Już bardziej wkręcił mi się klimat z „Vermilion”, który całkiem nieźle zazębił się z psychopatyczną atmosferą „Prostethics”.

Oczekiwałem porąbanego show i otrzymałem dokładnie to czego się spodziewałem. Banda groteskowych postaci rozsiała się po imponującej industrialnej konstrukcji. Gdzie kontrolowana obskurność walczyła z sterylnością. Oczywiście nic się nie zmieniło w kwestii, że więcej niż połowa składu była zbędna... tego w ogóle nie należy brać pod uwagę w przypadku Slipknot liczy się szaleństwo - jak inaczej nazwać elementy scenografii żywcem wyjętych z platformowych gier video sprawiających, że Sid biegał w miejscu lub jeździł w kółko gdy już mu się to znudziło. 

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura