Zdaje się, że dzisiaj mamy "czarny wtorek", co oznacza, że mija dokładnie rok od sławnego "czarnego protestu". Trudno o lepszą okazję, by wspomnieć o tym, jak bardzo zostaliśmy wówczas oszukani. I nie chodzi wcale o to, że owa manifestacja była finansowana z zagranicy. Może i była, ale podkreślanie tego faktu przez Ordo Iuris, zamiast wytłumaczenia, co wtedy naprawdę zaszło, tylko dolewa oliwy do ognia i powoduje dalsze okopywanie się na skrajnych pozycjach. Wszak, żadna z dziesiątek tysięcy osób nie uzna za zgodne z prawdą opowieści o finansowym wsparciu dla protestujących - w końcu one pieniędzy nie dostały, zaś na ulicę wyszły powodowane głębokim przekonaniem o słuszności wyrażanego sprzeciwu.
Od razu mówię, że nie mam też tutaj zamiaru roztrząsać kwestii aborcji samej w sobie - chodzi mi raczej o instrumentalne jej wykorzystywanie, takie, z jakim mieliśmy do czynienia m.in. w październiku 2016 r.
Warto przypomnieć, jakiego fortelu użyto, by wyciągnąć tylu ludzi na ulicę. Co ciekawe, nawet wśród umiarkowanych zwolenników PiS-u do dziś pokutuje pogląd, że rząd wówczas naprawdę chciał zmienić prawo aborcyjne, a jedynie przestraszył się protestujących. Cóż, że to ewidentna i wierutna bzdura mówiłem już wtedy, w dzień protestu, ale mało kto chciał słuchać. Ja rozumiem, że większość osób nie interesuje się polityką w stopniu, który pozwalałby im rozeznawać się w głosowaniach w sejmie oraz w historii polskiego parlamentaryzmu sprzed dekady. Dlatego nie mam ani krzty pretensji, czy jakichkolwiek złych emocji do wówczas protestujących, a nawet pewną dozę szacunku. Co nie zmienia faktu, że wystrychnięto ich na dudka, a kobiety, która stały się nie tylko podmiotem, ale i przedmiotem protestów, zostały w sposób obrzydliwy wykorzystane do na wskroś politycznych protestów.
Ani Jarosław Kaczyński, ani jego najbliższe polityczne otoczenie nigdy nie byli zwolennikami ruszania kompromisu aborcyjnego. Podobnie zresztą, jak śp. prezydent Lech Kaczyński (nie bez przyczyny Ojciec Dyrektor grzmiał kiedyś na jego małżonkę "Ja ci pokażę, ty czarownico, ty"). Oczywiście, nie da się rządzić samym swoim otoczeniem, więc Porozumienie Centrum przeistoczyło się z czasem w konserwatywny PiS. Ale pomimo światopoglądowego skrętu w prawo, "partia Kaczora" nigdy nie odeszła od swoich założeń w tej sprawie. Przykład? Chociażby awantura wszczęta przez kanapę Marka Jurka i jego odejście z PiS-u, które rozpoczęło upadek rządu Jarosława Kaczyńskiego dekadę temu. Pomimo iż ówczesny premier tracił wtedy większość, nie pozwolił na granie kwestią aborcji. Konserwatywni politycy tego ugrupowania musieli przełknąć gorzką pigułkę, pozostali odeszli do partii Jurka (Prawica Rzeczypospolitej), a PiS na 8 lat trafił do opozycji.
No dobrze, zatem skąd się wzięła zeszłoroczna inba, skoro pisiory takie kompromisowe? Ano z bardzo zręcznego manewru. Dziwnym trafem do sejmu w tym samym czasie trafiły dwa obywatelskie projekty o skrajnie przeciwstawnych założeniach - jeden mający liberalizować prawo aborcyjne (autorstwa Razem), drugi bardzo pro-liferski (wniesiony przez stowarzyszenie Ordo Iuris). Tak naprawdę to głosowanie, które stało się bezpośrednią przyczyną "czarnego protestu" dotyczyło dopuszczenia do procedowania obu projektów. Prezes Kaczyński oddał głos zarówno za tym liberalnym, jak i konserwatywnym - nie chodziło bynajmniej o poparcie dla nich, jedynie proceduralne przepuszczenie dalej. Jednak w kwestii tak głęboko światopoglądowej w największym klubie poselskim nie obowiązywała żadna dyscyplina, co jest zrozumiałe, zważywszy na to jak bardzo partia rządząca związana jest z prawicowym elektoratem. PJK mógł sobie na to pozwolić, bo arytmetyka pokazywała jemu, że oba projekty i tak przejdą. Ale najwyraźniej nie spodziewał się psikusa ze strony Kukiz'15, którego posłowie sprzeniewierzyli się swojej naczelnej zasadzie o dopuszczaniu wszystkich wniosków obywatelskich z wymaganą liczbą podpisów i odrzucili projekt Razem, przez co w eter poszła informacja, że sejm przyjął tylko tę pro-liferską ustawę. Reakcja Prezesa Kaczyńskiego, który następnego dnia po proteście wycofał projekt Ordo Iuris z procedowania w komisji, czym go ukatrupił, nie była zatem odpowiedzią na protesty na ulicy, tylko odejściem od kłopotliwego "demokratyzmu", który stracił rację bytu, gdy olał go największy jego orędownik, czyli Kukiz.
I tak pokrótce przedstawia się historia zeszłorocznej inby. 12 miesięcy to całkiem dobry cenzus, by dokonać pewnych podsumowań, ot, np. dotyczących sytuacji kobiet w kaczystowskim reżimie, do dzisiaj stale podnoszonej przez rozmaitej maści aktywistki (ostatnio panie z Krakowa uznały za stosowne pokazać cipki, ażeby ożywić tę patriarchalną debatę). W związku z tym mam pytanie do tych, którzy cały czas drżą o przyszłość i z tego lęku wyjdą dziś na ulicę - co się stało przez ostatni rok, że do teraz podnoszone są hasła "ratujmy kobiety"? Czy faszystoski rząd zdjął już republikańską maskę i zaprzągł dziewczyny do roli reproduktorek? Serio pytam, choć trochę sarkastycznie, to serio. Serio.
* * * * *
Dziś mało kto o tym pamięta, ale pierwsze feministki (te z lat 20. XX w., którym zawdzięczamy prawdziwą, a nie urojoną emancypację) aborcję uważały za wymysł mężczyzn, którzy w ten sposób chcą uciec od odpowiedzialności. Historia, jak widać, lubi płatać figle. Zaiste, dziwnie się to wszystko poukładało.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)