„Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi zwanej Emaus, oddalonej o 60 stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni ze sobą o wszystkim, co się wydarzyło...”
Tak rozpoczyna się jedno z najbardziej niezwykłych opowiadań paschalnych i znajduje się jak dobrze wiadomo w rozdziale 24 Ewangelii Łukasza. Na podstawie jednogłośnej opinii, jest to jeden z najlepszych fragmentów z całej literatury greckiej. Piękny, ale czy prawdziwy?
Dibelius, jeden z ojców historii form (niemieckiej Formgeschichte – krytycznej analizy Nowego Testamentu) nie ma wątpliwości: Osternlegende, legenda wielkanocna. Wszystko wymyślone, od początku do końca.
Mistrz niszczenia wiary zwyczajnymi tonami, Ernest Renan, pisał, że to swego rodzaju oniryczna fantazja, dwójki uczniów. Gdy zapada wieczór, wspomnienie spożywanych niegdyś z Jezusem posiłków napełnia ich melancholią. Pełni łagodnego smutku, zapominają o wędrowcu, to Jezusa widzą w nim, jak trzyma chleb, następnie łamie go, podając im. Te wspomnienia zajmują ich do tego stopnia, że ledwo zauważają, że towarzysz opuścił ich. Dla uzupełnienia dobrze dodać komentarz ojca Benoit: „Tutaj fantastą jest Renan, jego absurdalne wyjaśnienie nie wyjaśnia niczego”...
Biblistyczna poprawność utrzymuje, że opowiadanie Mateusza jest montażem w celach liturgicznych, duszpasterskich czy duchowych.
A co można powiedzieć o hipotezie, że jednak było to prawdziwe wydarzenie?
Pierwszym spostrzeżeniem, jakie wynika nawet z pospiesznej lektury, jest to, że w tym epizodzie wydaje się nie brakować żadnej współrzędnej, które ustalają wiarygodne opowiadanie historyczne:
Jest czas, oznaczenie chronologiczne („tego samego dnia” mianowicie, „pierwszego dnia po szabacie”)
Jest miejsce (droga – długość 60 stadiów -około 11 km z Jerozolimy do Emaus, przebyta następnie w przeciwnym kierunku przed zapadnięciem ciemności).
Są uczestnicy (dwaj uczniowie, jeden z nich wskazany jest imieniem „Kleofas”)
Jest właściwa wschodnia atmosfera, „Lecz nalegali na niego mówiąc: Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił. Za tym „nalegali” kryje się o wiele mocniejsze parebiasanto auton: dosłownie „przymusili go”. Ojciec Benoit zwraca uwagę (z autopsji, bo wiele lat żył w Jerozolimie), że to przymuszenie dobrze mieści się w nawet teraźniejszych obyczajach ludzi Wschodu, którzy nie wahają się uciec do pewnego rodzaju przyjacielskiej przemocy, aby nakłonić do przyjęcia gościnności w swoim domu, nawet gdy jest dopiero druga po południu w letni dzień (ma się ku wieczorowi:)).
Rembrant pobudził nasza wyobraźnię, że ci trzej weszli do karczmy a tymczasem prawdopodobnie chodziło o ich dom. Użytym terminem u Marka, (który streszcza epizod Mateusza) jest agros, co oznacza wieś, ale i dom na wsi.
Imię Kleops wg oryginału było skrótem od greckiego Kleopatros, było bardzo częstym imieniem używanym w Palestynie.
Zasadniczym dowodem historyczności tego epizodu jest fakt (nieciągłość), że prawdziwa biblijna lekcja (...i zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich pismach odnosiło się do Niego) udzielona przez samego Jezusa jest udzielona nie sławnym osobistościom, ale prostym uczniom, z których na dodatek jeden pozostaje anonimowy. Imię drugiego (Kleofas) nigdzie więcej się nie pojawia i nic czytelnikowi nie mówi, a my mówimy tu o wykładzie absolutnie decydującym dla doktrynalnej przyszłości wspólnoty. A to przecież Piotr miał utwierdzać braci w wierze, – czyli jego zadaniem było odwoływanie się do pism, umiejętność rozpoznania zapowiedzi proroków, które spełniły się na Mesjaszu Jezusie z Nazaretu. Zadanie ani łatwe ani oczywiste.
A te dwie osoby były do tego stopnia mało ważne, iż Marek podaje, że gdy oni powrócili, aby oznajmić pozostałym, ci im nie uwierzyli. U Łukasza natomiast nikomu z uczniów nie zależy na ich wysłuchaniu albowiem Pan ukazał się Szymonowi. Znowu relacja stojąca w sprzeczności z interesami pierwotnego Kościoła. Czy tak się zmyśla historię?
Zwróćmy uwagę, że skoro Ewangelie są zmyślone to czemu nie przypisano tego objawienia się Piotrowi.
Podobnie jak nikt nie ma wątpliwości, że Jezus ukazał się Matce, ale tu lekcja pokory, Bóg nie chce zaspokoić naszej ciekawości. I uczy nas w tajemniczy sposób.
Szperając jeszcze głębiej w tekście można odkryć ciekawe szczegóły, wymykające się czytelnikowi ograniczającemu się tylko do przekładów, niesięgającemu do oryginału.
Znany żydowski biblista Andre Chouraqui wydobywa niezwykłe dźwięki ze słów Łukasza. Np. wiersz 17 rozdziału 24 w oficjalnym przekładzie brzmi:, „Co to są za rozmowy, jakie prowadzicie ze sobą podczas drogi?” Chouraqui tłumaczy:, „Co to są za słowa, jakie rzucacie między sobą, będąc w drodze? I ma racje, ponieważ wyrażenie napisane kursywą i pogrubione zostało w oryginale utworzone z czasownika antiballete. Termin jedyny raz użyty w całym Nowym Testamencie oznacza „rzucać się jeden na drugiego” Całe wyrażenie u Łukasza brzmi „antiballete pros allelous” niejako „uderzać i odparowywać”, „wymieniać ciosy między sobą”.
To wyrażenie ujawnia subtelną i ironiczną intencję tajemniczego Nieznajomego. Ale potem następuje owo „będąc w drodze”, co w oryginale brzmi „peripatuntes” a oznacza, jak wyjaśnia Heinrich Sasemann wykładowca Nowego Testamentu we Frankfurcie nad Menem: „idąc z poważną miną jak robią to filozofowie” i tego już Chouraqui nie wyczuwa.
Można, zatem nieoficjalnie to pytanie Jezusa przetłumaczyć, jako: „Cóż to za słowa, którymi rzucacie wzajemnie w siebie jak piłką, idąc z tak poważną miną” albo współcześnie nam, „O co się tak napierniczacie między sobą z minami fizolofów” (nie filozofów). A Umberto Eco w „Imieniu róży” oskarżał Jezusa, że brakuje mu poczucia humoru.
A jakimi to słowami rzucali w siebie Kleofas i drugi uczeń, niewymieniony z imienia (czyżby kobieta, żona Kleofasa, zgodnie z tradycją żydowską imion kobiet się w spisach nie podawało?). „Odpowiedzieli Mu: To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu…” (Łk 24,19). Na tych ludziach Jezus za życia sprawiał wrażenie, że jest oczekiwanym prorokiem (Janem Chrzcicielem, Eliaszem, jednym z dawnych proroków zmartwychwstałych?).
Pada określenie „aner-profetes”, czyli człowiek-prorok. Obecność słowa człowiek, oznacza, że ci uczniowie nie doszli jeszcze do uwierzenia w Bóstwo Jezusa. Ale już niedługo potem oczy ich się otworzyły, (Łk 24, 31) i pędem wrócili do Jerozolimy wykrzykując jak i pozostali apostołowie „Kyrios, Pan rzeczywiście zmartwychwstał!...”. „Pan”, okres człowieka proroka został przezwyciężony.
Ale pytają: Małą popaschalna, wspólnota pra chrześcijan czuła się ścigana, była zamknięta na klucz, przed Żydami. Jak to jest możliwe, że w tym klimacie strachu ci dwaj uczniowie zwierzają się komuś nieznajomemu, który może być szpiegiem Sanhedrynu? Pytanie podstępne dla kogoś, kto nie zauważa roztropności, z jaką ci odpowiadają: Jezus, jakiego opisują jest tylko prorokiem, który w praktyce zawiódł oczekiwania. Nie przekraczają granic zakreślonych dla pobożnego Żyda.
Na koniec: „oczy obydwu uczniów otworzyły się i poznali Go dopiero, kiedy połamał chleb i dawał go im”. Niewątpliwie chodzi też o doświadczenie mistyczne. Ale rozpoznanie właśnie w tym momencie musiało nastąpić także z powodu znaków gwoździ, które nie znajdowały się na rękach, ale na przegubach i aż do tego momentu były przykryte rękawami tuniki. Tak samo Całun Turyński ukazuje nam stygmaty umieszczone na nadgarstkach. Dopiero, kiedy Nieznajomy uniósł ramiona, aby połamać i rozdać chleb, tym dwóm wyjaśniło się, kim jest naprawdę.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)