Scena, która rozegrała się w Cezarei w roku 60 po Chr. należy do tych fragmentów historii, które nie tylko intrygują ciekawość, ale również rozpalają wyobraźnię. To spotkanie wprowadza rzeczywiście w (in medias res) ówczesnego świata, pozwała wejrzeć w umysły i serca ludzi ówczesnych. „Historia to spotkanie z drugim człowiekiem (rencontre avec l'autrui) — mówi znakomity historyk francuski Henri Marrou. Mało, które źródło historyczne jest tak dobrą ilustracją tych słów, jak Dzieje Apostolskie. Spotkanie w Cezarei — to spotkanie z kilkoma ludźmi, uwikłanymi w dramat owego rzymsko-wschodniego świata, w którym kształtował się pierwotny Kościół.
Centralną postacią jest tu oczywiście sam Paweł. Przebywa on już od dwóch lat w więzieniu w Cezarei, w tym nadmorskim mieście nazwanym od imienia Cezara, jaśniejącym bielą marmurów, gdzie tak widoczna jest na każdym kroku walka hellenizmu z heroiczną i ekskluzywną obyczajowością żydowską. Paweł jest w wysokim nastroju ducha. Pomimo grożących jego życiu niebezpieczeństw nie przerywa swej apostolskiej działalności. Ów rodzaj uwięzienia, który prawo rzymskie określało, jako aperta et libera et in usum hominum constituta custodia militaris, dawał mu pewną swobodę działania w określonych granicach.
Paweł zresztą jest gotowy na wszystko, nie trwoży go perspektywa męczeństwa. Już przedtem przecież, zmierzając do Jerozolimy, mówił do wiernych żegnających go w Cezarei „Ja gotów jestem nie tylko na więzy, ale i na śmierć w Jerozolimie dla imienia Pana Jezusa” (21, 13). Przebywając w więzieniu, Apostoł musiał z wielkim zniecierpliwieniem patrzeć na chytre zabiegi prokuratora rzymskiego Feliksa, który obecność tak znacznego więźnia usiłował wyzyskać dla swoich korzyści materialnych (24, 26).
I oto nagle w polityce palestyńskiej następuje doniosła dla Pawła zmiana. Na scenie pojawia się nowa postać. Rzym usuwa z Palestyny skompromitowanego wobec Żydów prokuratora Feliksa i przysyła tam człowieka zupełnie innego pokroju. Porcjusz Festus, który odtąd ma reprezentować w Jerozolimie władzę cesarską, nie tylko należy do jednego ze znakomitych rodów rzymskich (jego gens liczy wśród swoich antenatów m. in. wielkiego Katona), ale dziedziczy pewne cechy, które stworzyły wspaniałość Rzymu: sumienność w wypełnianiu obowiązków, poczucie prawa, cnotę umiaru. Wybrano go na to stanowisko celem uspokojenia ludności i zaprowadzenia ładu poważnie zagrożonego przez bezmyślne i nieuczciwe rządy Feliksa. Jak wiadomo z późniejszych wydarzeń (znanych z Antiquitates Józefa Flawiusza), Festus na ogół nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. Tępił bandytyzm i występował przeciwko terrorystycznym akcjom ekstremistów, ale jednocześnie starał się troszczyć o potrzeby ludności i łagodzić istniejące przeciwieństwa.
Obejmując prowincję, przybywa do Cezarei wiosną 60 roku. Już po trzech dniach śpieszy do Jerozolimy, do stolicy zarządzanego kraju. I tu od razu styka się ze sprawą Pawła. Przeciwnicy Pawła usiłują zmianę namiestnika wyzyskać dla swoich celów. Ten kulturalny, wykształcony Rzymianin może się okaże miękki, onieśmielony specyfiką lokalnych problemów Palestyny. Przedstawiciele Sanhedrynu z arcykapłanem na czele komunikują namiestnikowi o Pawle przebywającym w Cezarei i proszą go - proszą „usilnie” jak zaznacza autor Dziejów Apostolskich (25, 3) — aby kazał sprowadzić więźnia do Jerozolimy dla dokończenia procesu. A zamierzali uczynić zasadzkę, aby go zabić w drodze (25, 3). Festus jednak, w zasadzie aprobując wznowienie rozprawy, woli, żeby odbyła się ona w Cezarei: niebawem tam się uda, w Jerozolimie pozostanie nie dłużej niż osiem czy dziesięć dni. Być może również, że tak wielka natarczywość przeciwników Pawła wzbudziła w namiestniku pewną nieufność.
Wróciwszy do Cezarei, Festus zaraz następnego dnia „zasiada na sądzie”. Wokół niego są starsi żydowscy, którzy przybyli z Jerozolimy. Namiestnik każe przyprowadzić Pawła. I oto następuje to pierwsze spotkanie. Nie wiadomo, jakie pierwsze wrażenie zrobił na Festusie ów człowiek, którego nigdy przedtem nie widział. Zjawił się przed nim, (jeśli wierzyć świadectwu apokryfu z II wieku, który tak opisuje zewnętrzny wygląd Pawła) „mąż niskiego wzrostu, o łysej głowie i wygiętych nogach; szlachetnej postawy, ze zrośniętymi brwiami i lekko wystającym nosem; pełen wdzięku”. Nie ulega wątpliwości, że Festus przyglądał się i przysłuchiwał bardzo uważnie. Była to przecież dla niego pierwsza - albo przynajmniej jedna z pierwszych - skomplikowana sprawa na tym nowym, nieznanym terenie. Żydzi stawiają Pawłowi liczne zarzuty. Więzień odpowiada na nie.
Autor Dziejów nie notuje całego przesłuchania, podaje tylko w streszczeniu ogólną treść Pawłowych odpowiedzi: „W niczym nie zawiniłem wobec Prawa żydowskiego, ani przeciw świątyni, ani przeciw cesarzowi” (25, 8). Wnioskując jednak ze spokojnego tonu dalszej wypowiedzi Pawła, zwróconej już do samego Festusa, możemy się domyślać, że bronił się on spokojnie, ściśle, rzeczowo. Namiestnika zapewne uderzył kontrast pomiędzy fanatyzmem oskarżycieli a rzeczowym tonem obrony wypowiadanej przez więźnia. Nie mając dokładnej orientacji w samym meritum sprawy, (o czym wyraźnie powie potem królowi Agryppie), Festus zwraca się do Pawła z pytaniem, którego ton jest właściwie bardzo łaskawy „Czy chcesz jechać do Jerozolimy, abyś tam był sądzony w tej sprawie przede mną?” (25, 9). Paweł odpowiada taktownie, twardo, z szacunkiem. Zapewne wie już, kim jest Festus, przyjrzał się jego twarzy. Wie, że oto stoi przed nim autentyczny wyraziciel tego cesarstwa, z którym chrześcijaństwo ma stoczyć dra walkę, ale które pod wieloma względami godne jest szacunku. Chociażby przez to, że stworzyło materialne podstawy owego świata, w którym ma być głoszoną Ewangelia. Odpowiedź Apostoła tchnie ufnością w siłę prawa, wzniesionego ponad kaprysy samodzierżców. „…Ale jeśli nie ma nic prawdy w tym, o co mnie oskarżają, nikt mnie im wydać nie może” (25, 11). Ta nuta, która każdego wschodniego despotę doprowadziłaby do wściekłości, musiała się podobać sumiennemu urzędnikowi rzymskiemu. I oto pada z ust Pawła uświęcona formuła rzymskiego prawa: „Kaisara epikaloumai” odwołuję się do cesarza!
Ta sama formuła przemawia z monety rzymskiej (znajdującej się w British Museum), wybitej w roku 90 po Chr. Przedstawiony jest na niej obywatel stojący przed jakimś prowincjonalnym urzędnikiem w towarzystwie liktora dzierżącego „rózgi — fasces, symbol rzymskiej sprawiedliwości. Pod tą sceną wyryte jest słowo PROVOCO — apeluję.
„Odwołuję się do cesarza!” To nie tylko uwolnienie się z rąk fanatycznych przeciwników. To jest dla Pawła przede wszystkim wędrówka na zachód, do tego Rzymu, gdzie czekają na niego jeszcze nowe zadania. Przecież jeszcze przed przybyciem do Jerozolimy pisał z Koryntu w roku 57 do wiernych w Rzymie: „…nieustannie pamiętam o was, zawsze prosząc w modlitwach moich, żebym przede kiedyś, za wolą Bożą, mógł do was przybyć szczęśliwie... żebyśmy się wzajemnie pocieszyli przez to, co nam jest wspólne: wiarę waszą i moją” (Rz 1, 9-12). To nic, że przybędzie tam jako więzień. Musi wędrować; jeszcze mu nie jest dane zakończyć swoją drogę i spocząć.
Festus, usłyszawszy formułę apelacji, odbywa krótką naradę ze swoimi pomocnikami, z owymi assessores, którzy stanowili orszak urzędnika rzymskiego, jego concilium. Tego wymaga obyczaj prawny. A zresztą namiestnik jest dosyć mocno całą tą sprawą zakłopotany (widać to wyraźnie z późniejszej rozmowy Festusa z Agryppą). Jego rzymski umysł, wykształcony na formułach prawniczych, domaga się całkowitej jasności, całkowitego rozumienia przedmiotu rozpatrywanego sporu. W tym wypadku nie rozumie, o co właściwie kapłani oskarżają tego tak spokojnie broniącego się człowieka. Znalazł się nagle Porcjusz Festus w obliczu jakichś dziwacznych, wschodnich sporów o niezrozumiałe obrzędy, o ciemne wierzenia. Trudno jest być namiestnikiem w Judei. Ale apelacja jest apelacją. Toteż po odbyciu narady zwraca się znowu do Pawła i wobec wszystkich zebranych mówi z aforystyczną rzymską zwięzłością: „Odwołałeś się do cesarza, przed cesarzem staniesz” (25, 12).
Odtąd namiestnik czeka na okazję, aby przebywającego nadal w więzieniu Pawia przesłać do Rzymu. Ale po upływie kilku dni zjawiają się na tej scenie nowe postaci. Ich przybycie doprowadzi do drugiego spotkania, jeszcze bardziej interesującego i znacznie bardziej dramatycznego niż owo pierwsze spotkanie Pawła z Festusem. Zjawia się miejscowy władca palestyński, król Agryppa II, wraz z siostrą swoją Bereniką — ostatni przedstawiciele dynastii Heroda Wielkiego.
Przybyli oni do Cezarei po to, aby powitać nowego namiestnika, przedstawiciela władzy rzymskiej, od której są zależni. Agryppa rządzi wówczas znaczną częścią Palestyny, choć nie tak wielką, jaką niegdyś władał jego ojciec, Agryppa I. Już w roku 53 otrzymał z łaski cesarza Klaudiusza dawną tetrarchię Filipa i Lizaniasza. Neron w roku swego wstąpienia na tron (54) dołączył do jego posiadłości nowe miasta: Tyberiadę, Taricheę oraz Livias w Zajordaniu. Oprócz tych posiadłości Agryppa ma w swoich rękach prawo(odziedziczone po stryju, królu Chalkidy) nadzoru nad świątynią jerozolimską mianowania arcykapłanów. Jest to król z łaski Rzymian, lojalny wobec wyroków przychodzących ze stolicy cesarstwa. Powitawszy Festusa w Cezarei, przebywa tam w jego towarzystwie „przez dłuższy czas”.(25, 14); zapewne naradzają się usilnie nad problemami związanymi z niespokojną sytuacją w kraju. Po upływie zaś „wielu dniu narad namiestnik nagle przedstawia królowi ową sprawę, która musiała często nawiedzać jego pamięć: „Feliks pozostawił w więzieniu pewnego człowieka... (25, 14). Zasadniczo jest to sprawa już rozstrzygnięta: apelacja została wniesiona, Paweł ma być odesłany do Rzymu. Dlaczego więc namiestnik zwraca się z nią jeszcze do Agryppy? Zapewne chce ściśle informować lojalnego króla o swoich poczynaniach na jego terenie — wszelkie spory z Sanhedrynem obchodzą przecież Agryppę bezpośrednio. Można się również domyślać, że Festus chciał królowi i jego siostrze — i samemu sobie — urozmaicić pobyt w Cezarei: ten dziwny więzień mógł mu się wydać ciekawy, godny posłuchania. Najważniejszym jednak motywem postępowania Festusa była chyba w tym wypadku — jak można wnioskować z jego późniejszych wypowiedzi — jego urzędnicza sumienność, jego niepokój, że nie rozumie tej dziwnej sprawy Pawłowej, że odsyła ją do stolicy, jako sprawę niejasną. Namiestnik, tak niedawno przybyły do Palestyny, mógł oczekiwać, że właśnie król Agryppa pomoże mu tę sprawę zrozumieć, że stanie się łącznikiem pomiędzy umysłowością rzymską a tajemniczym światem żydowskim.
Jeśli Festus istotnie tego się właśnie spodziewał, to nadzieje jego nie były całkiem bezpodstawne. Agryppa II rzeczywiście był jakby człowiekiem dwóch światów — świata żydowskiego i świata grecko—rzymskiego. Ta okoliczność czyni z niego postać barwną; intrygującą, postać trudną do jednoznacznej oceny — a jednocześnie dosyć tragiczną. Wychował się w Rzymie. Było to tradycją dynastii Herodiadów, tych królewskich klientów Rzymu, że jej członkowie wychowywali się w stolicy cesarstwa, gdzie nawiązywali stosunki ze znakomitymi rodzinami rzymskimi i przygotowywali się do czekających ich godności. W Rzymie też zastała Agryppę, siedemnastoletniego wówczas chłopca, wiadomość o śmierci jego ojca, Agryppy I (44 r.). Aby mógł objąć po nim sukcesję, musiał czekać łaski cesarskiej. Klaudiusz wprawdzie zamierzał od razu przekazać Agryppie dziedzictwo ojca, ale pod wpływem do radców zmienił zdanie i postanowił z tym zaczekać do jego pełnoletności. To odwleczone postanowienie nigdy jednak nie miało wypełnić się całkowicie. Agryppa otrzymał tylko część dziedzictwa swego ojca. Nawet miasta po darowane mu potem przez Nerona nie zaspokoiły wszystkich jego dawnych oczekiwań. Sprawując rządy pod kuratelą Rzymu Agryppa jest uległy wobec władzy cesarskiej. Nie bez powodu tytulatura znana z inskrypcji sławi go, jako przyjaciela cesarza i Rzymian: „basileus megas filokaisar eusebes kai filoromaios”. W roku 54 wysyła znaczny kontyngent żołnierzy na wojnę Rzymian z Partami. Utrzymuje zażyle stosunki z prokuratorami Palestyny. Jedna z jego trzech sióstr, Druzylla, zostaje żoną niesławnego prokuratora Feliksa, Festusowego poprzednika. Na monetach palestyńskich bitych przez Agryppę widnieją podobizny panujących cesarzy. Aby przypodobać się Neronowi, król zmienia nazwę jednego z miast, Cezarei Filipowej, na „Neronias”
Być może pochlebstwa te wynikały nie tylko z chytrego wyrachowania. Agryppa był niewątpliwie pod bardzo silnym urokiem owej kultury grecko-rzymskiej, którą chłonął w swoich chłopięcych latach — w tym okresie, gdy kształtuje się ludzka osobowość — w samej stolicy cesarstwa. Można się domyślać, że potem pragnął wszelkimi sposobami „wkupić się w ten świat, który tak bardzo mu imponował, stać się jego pełnoprawnym uczestnikiem.
O tym, że sprawy kultury miały dla niego dużą wagę, wiemy z późnych lat jego życia. Wówczas, już po zakończeniu tragicznej wojny żydowskiej, Agryppa będzie otaczał troskliwą opieką tych intelektualistów, którzy starają się przerzucić most pomiędzy judaizmem a hellenizmem — dwóch historyków żydowskich piszących po grecku. Jednego z nich, Justusa z Tyberiady, ocali kilkakrotnie od grożącego jego życiu ze strony Rzymian niebezpieczeństwa i da mu spokojny „azyl w swoim archiwum dynastycznym. Z drugim, Józefem Flawiuszem, będzie prowadził długą korespondencję, informując historyka o różnych mniej znanych szczegółach wojny przeciw Rzymianom. W nagłówkach owych listów królewskich, z których dwa przytacza historyk w swej Autobiografii, Agryppa nazywa adresata „najdroższym Józefem. Józef zaś w jednym ze swych pism sławi władcę jako „wielkiego króla Agryppę”
Jeśli jednak ma się oceniać tego zagadkowego króla w kategoriach moralnych, to głównym kryterium musi być dla nas nie jego związek z kulturą klasyczną, ale jego stosunek do własnego narodu, do nieszczęsnych losów Palestyny w I wieku po Chrystusie. Zdaje się nie ulegać wątpliwości, że Agryppa przynajmniej w pierwszym okresie swoich rządów starał się być dobrym królem, że na tyle, na ile pozwalała mu sytuacja, pragnął ulżyć doli swego ludu, W Palestynie problemy narodowe i społeczne były nierozerwalnie złączone z problemami religijnymi. Król, sam zapewne sceptyczny, a przynajmniej obcy czysto rytualnym zagadnieniom judaizmu, kontynuuje jednak politykę swej dynastii i otacza religię opieką. Jeszcze przed objęciem władzy, podczas pobytu w Rzymie, interweniuje np. w sprawie zwrócenia Żydom szaty arcykapłańskiej lub w konflikcie z prokuratorem Wentydiuszem Kumanusem. Po otrzymaniu nadzoru nad świątynią jerozolimską (r. 48), Agryppa przez dziesięć lat taktownie powstrzymuje się od korzystania ze swego prawa mianowania arcykapłanów, utrzymując przy władzy arcykapłana Ananiasza, mianowanego jeszcze przez jego stryja. Gorliwie zabiega natomiast o ostateczne wykończenie świątyni jerozolimskiej i o wzmocnienie dawnych fundamentów. Po zakończeniu prac troszczy się o los 18 000 zwolnionych robotników. Z przemyślnością dobrego gospodarza zatrudnia ich natychmiast przy wykładaniu kamieniem ulic Jerozolimy. Ten człowiek, który swoim wy kształceniem — i zapewne swoimi snobizmami — jest tak bardzo związany z rzymskim Zachodem, jednocześnie ma wyraźny sentyment dla Jerozolimy, dla tego wschodniego, świętego miasta. Często tam przebywa, (chociaż jego królewska stolica jest w Cezarei Filipowej lub w Tyberiadzie). W niedługi czas po opisywanym przez nas spotkaniu z Pawłem wybuchnie w Jerozolimie znamienny incydent, który świadczy zarówno o zainteresowaniu króla sprawami świątyni, jak i o jego braku wyczucia w kwestiach religijnych. Agryppa wzniósł w swoim pałacu w Jerozolimie wysoką wieżę, aby mógł z niej dokładnie widzieć wszystko, co się w świątyni dzieje. Kapłani jednak, poparci przez lud, uznali tego rodzaju pomysł za niestosowny i (zapewne pod nieobecność Agryppy) wznieśli naprzeciw wieży wysoki mur, zasłaniający dokładnie widok na świątynię. Król, traktując sprawę, jako prestiżową, będzie za pośrednictwem Festusa odwoływał się do cesarza, — ale cesarz stanie w tym wypadku po stronie kapłanów. Nie jest to jedyne w późniejszym panowaniu Agryppy starcie z oficjalnymi przedstawicielami judaizmu. W łatach 59—67 będzie on — łamiąc swoje dawne zasady— niemal, co roku zmieniał arcykapłanów.
Dopiero jednak w okresie tragicznej wojny przeciw Rzymianom nastąpi rzeczywiste zerwanie więzi między królem a narodem. Zdaje się, że ten okres jego życia należy starannie odróżnić od poprzednich lat panowania. Postawa króla podczas wojny rzuci głęboki cień na jego pamięć i skłoni nawet niektórych historyków do określenia go, jako „zniewieściałego dworaka, zdeprawowanego moralnie (...), godnego zająć miejsce obok Heroda Antypasa, tylko jeszcze większego nędznika. Postawa ta jednak wynikła u Agryppy z jakiegoś tragicznego załamania moralnego. W samych początkach burzy król czynił rozpaczliwe wysiłki, aby ocalić pokój i uchronić naród od samobójczej walki. Apeluje do ludu. Dopiero obrzucony kamieniami wycofuje się z miasta. I wtedy staje rzeczywiście przeciw swojemu narodowi. On, który dawniej błagał Rzymian o zaniechanie akcji represyjnych, teraz czynnie angażuje się w wojnie po stronie wojsk cesarstwa. Okazuje w tym nawet wielce usłużną gorliwość. Kiedy zaś potem Wespazjan daruje mu wszystkich jeńców pochodzących z jego terytoriów, król — dla poratowania swego uszczuplonego skarbu — nie zawaha się zaprzedać ich w niewolę.
Tak będzie jednak dopiero w okresie tragicznej wojny. W owym roku 60 natomiast, gdy Agryppa przybywa do Cezarei witać Festusa, jest on jeszcze władcą i człowiekiem innego pokroju. Jest człowiekiem szamocącym się w swojej trudnej sytuacji, królem schlebiającym Rzymowi, a jednocześnie przywiązanym do swego własnego narodu, usiłującym zapewnić temu na rodowi warunki możliwie spokojnej egzystencji w ramach rzymskiego cesarstwa I w orbicie uniwersalnej cywilizacji rzymskiej.
Do takiego człowieka zwraca się, więc zakłopotany rzymski prokurator, przedstawiając mu sprawę dziwnego więźnia, Pawła. Festus dumnie zaznacza wobec króla autorytet prawa rzymskiego:
Odpowiedziałem im, że nie jest zwyczajem Rzymian wydawać kogokolwiek, zanim oskarżony nie stanie wobec oskarżycieli i nie będzie miał możności bronić się przed zarzutami...” (25, 16)
Zaraz potem zaś wyraźnie daje do zrozumienia, że sprawa dotyczy problemów zupełnie dla niego obcych:
„Mieli nim tylko pewne spory tyczące się ich nabożności I jakiegoś Jezusa zmarłego, o którym Paweł twierdzi; że żyje” (25, 19).
Słowu „nabożność odpowiada tu w tekście greckim trudny do przetłumacz termin „deisidaimonia” pisarzy greckich ma on niekiedy zabarwienie ujemne, oznaczając niski rodzaj religijności, znamionujący się lękiem, a nie miłością do bóstwa, a niekiedy wręcz „zabobon. Czy Festus, rozmawiając z Agryppą, używa tu terminu deisidaimonia w takim właśnie silnie pogardliwym znaczeniu? Ten filologiczny problem, pozornie drobny, ma w rzeczywistości bardzo duże znaczenie dla psychologicznej, interpretacji tekstu. Czy trzeba założyć, że w trakcie poprzednich rozmów z Festusem król zdradził się ze swym lekceważącym stosunkiem do problemów ściśle religijnych i teraz namiestnik nie potrzebuje się obawiać, że Agryppa poczuje się obrażony jego pogardą dla judaizmu? Nie wydaje się to prawdopodobne. Jak wykazały badania leksykograficzne, słowo deisidaimonia mogło mieć również znaczenie dodatnie; w takim właśnie znaczeniu — według wszelkiego prawdopodobieństwa — występuje przymiotnik „deisidaimonesteroi” w mowie Pawła na Areopagu (17, 22). Zdaje się, więc, że użyte przez Festusa określenie religii żydowskiej należy rozumieć w sensie zbliżonym do naszego pojęcia „nabożności może z pewnym odcieniem „nabożności dewocyjnej”. Ta zaś okoliczność, iż namiestnik mówiąc np. o pobożności rzymskiej, o wergiliańskiej pietas, nigdy nie użyłby owego terminu wyrażającego wschodnią trwogę wobec boskiego mysterium tremendum, może tylko świadczyć jeszcze dobitniej, jak obcy jest dla Festusa ów świat, w którym teraz musi się pogrążyć.
Wysłuchawszy słów namiestnika, Agryppa odpowiada od razu ”... Chciałbym i ja sam posłuchać tego człowieka (25, 22). Festus, jak widać, tylko na to czekał: „Jutro go usłyszysz (25, 22). Czy król słyszał już przedtem o Pawle? Tu znowu pojawia się pozornie drobny problem filologiczny, który nie jest obojętny dla interpretacji tekstu — tym razem nie psychologicznej, ale rzeczowej. Agryppa mówi: „Ebulomen kai tu andropu akusai”
Czy użyte tu imperfectum oznacza „chciałbym”, czy też należy je interpretować z gramatycznym rygoryzmem, jako „chciałem: „Już przedtem chciałem posłuchać tego człowieka…? Przyjmując tę drugą interpretację, (za którą oświadcza się np. K. Lake), należałoby jednocześnie przyjąć, że Agryppa już w Jerozolimie słyszał o sprawie Pawła, (co jest więcej niż prawdopodobne), a może nawet miał relację o więźniu własnej swojej siostry Druzylli, która przecież przeżyła dosyć dramatyczne i niezbyt dla niej przyjemne spotkanie z Apostołem (Dz 24, 24-25).
W każdym bądź razie Agryppa jest wyraźnie postacią Pawła zaintrygowany. Wobec gotowości namiestnika konfrontacja odbywa się zaraz następnego dnia. Wszyscy, jak się zdaje, spodziewają się czegoś interesującego. Do audiencjonalnej sali w pałacu prokuratora przybywa nie tylko król i towarzysząca mu siostra, przyodziani w oznaki swej godności, ale i wielu przedniejszych obywateli miasta. Straż wprowadza Pawła, w którego teraz wpatrują się wszystkie oczy. Namiestnik przedstawia więźnia. Mówi uroczyście i rzeczowo:
Królu Agryppo i wszyscy mężowie, którzy tu z nami jesteście widzicie człowieka, w sprawie, którego nagabywało mnie mnóstwo Żydów w Jerozolimie i tutaj wołając, że nie powinien on żadną miarą pozostać przy życiu. Sam jednak przekonałem się, że nie dopuścił się on niczego zasługującego na śmierć. A gdy się nadto odwołał do cesarza, postanowiłem go tam odesłać…”(25, 24—25).
I tu namiestnik z całą otwartością podaje główny cel tej konfrontacji, wy raźnie odwołując się do króla Agryppy:
„Nie mam jednak nic pewnego, co mógłbym napisać do naszego pana. Dlatego stawiłem go przed wami, a zwłaszcza przed tobą, królu Agryppo, abym po dokonanym przesłuchaniu miał, co napisać. Bo nie wydaje mi się słuszne posyłać więźnia bez wskazania, o co jest oskarżony” (25. 26—27).
Po czym Agryppa zwraca się do Pawła:
Wolno ci mówić w swojej obronie” (26, 1).
Jak przemówi Apostoł? Przedtem, podczas pierwszego spotkania z Festusem, bronił się zgodnie z obyczajami przewidzianymi dla rozprawy sądowej, obyczajami, które szanował. Odpowiadał jedynie na określone zarzuty, a spraw swojej wiary musiał widocznie dotykać tylko mimochodem, skoro w umyśle namiestnika nie przechowało się z owego spotkania absolutnie żadne wyobrażenie o tym, czym jest religia chrześcijańska. Teraz jednak jest inna sytuacja. To już nie jest tylko rozprawa sądowa. Teraz Paweł stoi- po raz pierwszy w życiu — przed królem swego własnego „narodu. Kiedy przed laty, oślepły od blasku z nieba, przebywał w Damaszku w domu Judy, Pan przemówił w widzeniu do ucznia imieniem Ananiasz, aby poszedł do Pawła:
„Idź, albowiem on mi jest naczyniem wybranym, aby niósł imię moje przed pogan i królów i synów Izraela (Dz 9, 15) .
Przed królów. Ananiasz musiał powtórzyć Pawłowi te słowa. I oto w tej chwili wypełnia się proroctwo. Nie zależnie od tego, jaki jest ten człowiek, który teraz siedzi przed nim w swej monarszej szacie, jest to jednak potomek panującej dynastii żydowskiej, człowiek jednej z nim krwi, król żydowski, niejako z urzędu powołany da obrony wiary w prawdziwego Boga. To jest chwila, na którą Paweł czekał. Dlatego dziś przemówi inaczej. Przemówi słowami pełnymi takiego żaru, jaki znamy z jego Listów
Autor Dziejów przekazał nam oczywiście tylko streszczenie mowy wy głoszonej przez Pawła. Wystarczy jednak tego, aby się można zorientować w jej głównych liniach. Na samym wstępie Apostoł wyraża swoją radość, że może przemawiać przed takim audytorium. I jednocześnie podkreśla swą na rodową solidarność z królem, odwołuje się do niego jako do znawcy spraw żydowskich.
„Za szczęśliwego się poczytam, królu Agryppo, że przed tobą mam się dzisiaj bronić w sprawie tego wszystkiego, o co mnie oskarżają Żydzi... Dlatego proszę cię, abyś cierpliwie wysłuchać mię raczył” (26, 2-3).
I zaraz w następnych zdaniach Paweł stwierdza z naciskiem, że i on sam jest pełnoprawnym synem narodu wybranego, że cale jego życie wyrasta z autentycznej tradycji religijnej Starego Testamentu. W młodości żył „według najsurowszej sekty religii naszej (naszej — Paweł cięgle zwraca się do samego Agryppy ponad głową rzymskiego namiestnika).., jako faryzeusz (26, 5). Jeśli zaś teraz nastąpił rozdźwięk pomiędzy nim a jego narodem, to nie, dlatego że on odstąpił od wiary ojców. Wręcz przeciwnie:
„Teraz z powodu nadziei w spełnienie obietnicy danej przez Boga ojcom naszym stoję oto przed sądem... Z powodu tej nadziei jestem przez Żydów oskarżony, o królu” (26, 6-7).
I tu następuje nagłe podniesienie tonu. W następnym zdaniu Pawia pojawia się liczba mnoga. Przemawiając przede wszystkim do króla, Apostoł zwraca się już teraz jednocześnie do wszystkich zebranych, może do wszystkich Żydów, jacy żyją na ziemi, może do całej ludzkości. Zwraca się do wszystkich, aby od razu zaatakować główny „kamień obrazy główne „zgorszeń” nowej wiary:
„Dlaczego za rzecz do wiary niepodobną uważacie, że Bóg wskrzesza umarłych?” (26, 6).
Teraz wygłasza apologię — na tle swoich osobistych doświadczeń, — ale nie własną apologię, tylko żarliwą obronę wiary. Podobnie przemawiał przed dwoma laty do tłumu, który osaczył go w Jerozolimie (Dz.22, 1. 3-21) . Opowiada o tym, jak niegdyś był zażartym prześladowcą wszystkich wy znawców imienia Jezusa; używa wyrażeń jaskrawych:
„Często po wszystkich synagogach udręką zmuszałem ich do bluźnierstwa, a popadając w coraz większy szał prześladowałem ich nawet po miastach ościennych” (26, 11).
I z wielkim przejęciem wspomina owo zdarzenie, które przekształciło treść jego życia. Mówiąc o objawieniu, jakie otrzymał na drodze do Damaszku, znowu zwraca się z apostrofą do króla, jak by chciał za wszelką cenę zwróci jego uwagę na główną treść swoich słów:
„W południe, w ciągu drogi — o królu — ujrzałem światło z nieba jaśniejsze nad blask słoneczny. (26, 13).
Czy Agryppa drgnął wtedy? Czy tylko się żachnął? Chciałoby się też wiedzieć, czy ów król, tak beznadziejnie uwikłany wśród sprzecznych tradycji kulturalnych, nadaremnie usiłujący przerzucić most między judaizmem a hellenizmem — czy ujrzał choćby przez chwilę jakieś światło, gdy Paweł powtarzał słowa Jezusa, ukazujące równość i jedność wszystkich ludów:
„Wybawię cię z tego ludu i spośród pogan, do których cię teraz posyłam dla otworzenia im oczu, aby się nawrócili z ciemności do światła i z mocy szatańskiej do Boga, aby dostąpili odpuszczenia grzechów, a przez wiarę we mnie współudziału ze świętymi” (26, 17—18).
Ton Pawła wznosi się coraz wyżej. Przypomniawszy najważniejsze zdarzenie swojego życia, stwierdza on teraz wyraźnie, że cała jego działalność wynika z tamtego nakazu Boga. I że ta działalność właśnie jest przyczyną jego uwięzienia. I jeśli do dziś ostał się żywy, to zawdzięcza to w ostatecznej instancji nie takim czy innym władcom i urzędnikom, nie, ochronie prawodawstwa, ale tylko Bogu, którego misję wypełnia:
„Ale wsparty pomocą Bożą, ostałem się po dzień dzisiejszy, dając świadectwo małym i wielkim i nic nie mówiąc ponad to, co według zapowiedzi Prorokówi Mojżesza stać się miało: że Chrystus ma cierpieć i będzie pierwszym, który po zmartwychwstaniu będzie zwiastował światłość narodowi i poganom” (26, 22-23).
Ta ostatnia część mowy była zapewne znacznie rozbudowana. Zapewne Paweł — według wzoru, który znamy z jego Listów począł w oparciu o Stary Testament, a zwłaszcza o zapowiedzi Proroków mówić szeroko o mesjańskiej godności Jezusa, Jego cierpieniu, śmierci i zmartwychwstaniu. Kiedy jednak wśród tego żarliwego wywodu padło słowo „zmartwychwstanie” – anastasis, Festus, wychowany na naturalistycznych pojęciach greckiej filozofii, czuje, że traci grunt pod nogami. Podobną reakcję wy wołało niegdyś to słowo wśród intelektualistów ateńskich na Areopagu.
Namiestnik już nie pamięta o swoim rzymskim pokoju. Woła donośnym”: „Szalejesz, Pawle, wielka nauka przywodzi cię do szaleństwa !”(26, 24). Wyrażenie „wielka nauka” — „ta polla grammata” oznacza rozległość erudycji. Oryginalna mową Pawła musiała być znacznie bogatsza w różnorodną wiedzę, w śmiałe zestawienia myślowe niż posiadane przez nas streszczenie, jeśli namiestnik jest tak oszołomiony wykształceniem Apostoła.
Wygłaszał ją przecież człowiek, który najpierw zgłębiał wiedzę w Tarsie w tym wielojęzycznym mieście — i w Jerozolimie, a potem podróżował po wielu szlakach ówczesnego świata. Na, Festusie jako Rzymianinie, mogła też wywrzeć szczególne wrażenie retoryczna wspaniałość zdań Pawłowych; retoryka była przecież w świecie grecko-rzymskim niemal synonimem humanistycznego wykształcenia. Przemówienie Apostoła zaś, nawet w swej formie skróconej, iskrzy się wszystkimi barwami uroków mowy greckiej (niestety mnie jeszcze nieznanej), jest nie tylko żarliwe, ale i kunsztowne. Słysząc wołanie namiestnika, Paweł nie cofa się. Odpowiada: „Nie szaleję...dostojny Festusie, ale wypowiadam słowa prawdy i rozwagi” (26, 25). I ze szczególnie żarliwą gwałtownością odwołuje się teraz do króla, do króla narodu żydowskiego, który powinien być obrońcą wiary w Boga i Jego obietnic;
„Zna bowiem te sprawy król, do którego śmiało przemawiam, bo jestem mocno przekonany, że nic z tego nie jest mu tajne. Bo też nic nie działo się w ja kimś zakątku” (25, 26). -
Żar Pawła niszczy wszelkie względy ostrożności i kurtuazji. Mówi do Agryppy wprost
Czy wierzysz, królu Agryppo, Prorokom? Wiem, że wierzysz” (26, 27).
Po tych słowach musiało zapaść wśród zebranych napięte milczenie, pełne oczekiwania. Co wtedy odczuwał Agryppa, ów sceptyczny polityk? Czy jego wymijająca odpowiedź — niebędąca ani potwierdzenie ani zaprzeczeniem jest tylko wyrazem dyplomatycznej zręczności? Czy też jest w niej również jakiś odcień Montaigne’owskiego smutku, tego poczucia, że jest się niezdolnym do żadnej prawdziwej żarliwości?
„Niebawem namówisz mnie, żebym został chrześcijaninem” (26, 28). Paweł zaś nawet w tym sceptycznym „uniku” znajduje okazję do następnej apostrofy. Podchwytuje słowa króla i — zapewne wznosząc ku górze swe skute ręce i wstrząsając łańcuchem —
mowi:
„Gorąco prosiłbym Boga, aby czy to niebawem, czy po długim czasie nie tylko ty, ale i wszyscy, którzy mnie dziś słuchają, stali się takimi, jakim i ja jestem, z wyjątkiem tych więzów” (26, 29).
Przesłuchanie skończone. Dostojnicy wychodzą z sali, aby się naradzić. Król Agryppa, Festus, Berenika, siostra króla. Ona również była tam obecna. Była milczącym świadkiem tego spotkania. Tekst Dziejów Apostolskich nie podaje ani jednego wypowiedzianego przez nią zdania. Ale nie ulega wątpliwości, że przypatrywała się i przysłuchiwała wszystkiemu nie mniej uważnie niż Agryppa i Festus. Zawsze była tak bardzo ciekawa świata, ludzi, zdarzeń. Ta żydowska królewna jest postacią bardzo intrygującą, jest bezsprzecznie najgłośniejszą kobietą z potomstwa Heroda Wielkiego. Ale o tym, kiedy indziej…



Komentarze
Pokaż komentarze