wqbit wqbit
581
BLOG

Któż wymyśliłby Boga „skrytego za spódnicą Mamy” aż 30 lat!!

wqbit wqbit Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 6

 

41 Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. 42 Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. 43 Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. 44 Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. 45 Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go.
46 Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. 47 Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. 48 Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie». 49 Lecz On im odpowiedział: «Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?» 50 Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział.
(Mt 2, 41-50)

 

        Trzykrotnie w roku czciciele Jahwe odbywali pielgrzymki do świątyni jerozolimskiej; na Paschę, na Pięćdziesiątnicę i na Święto Namiotów.

Taki był nakaz Prawa (Wyjść. XXIII, 14—17; XXXIV, 23, Powt. Pr. XVI). Od ścisłego jego zachowywania zwolnieni byli tylko ci, którzy mieszkając daleko, na krańcach Palestyny czy nawet poza jej granicami odbywali pielgrzymkę raz do roku na uroczystość Paschy.

Zasadniczo Prawem objęci byli tylko mężczyźni, ale zwykle towarzyszyły im kobiety. Chłopcy z obowiązku winni byli brać udział w pielgrzymkach od dwunastego roku życia to jest od czasu, gdy stawali się „synami Prawa” (hene kathora), czyli od pewnego rodzaju prawnej pełnoletniości zobowiązującej do zachowania wszystkich nakazów religijnych.

        Mieszkańcy Galilei przynajmniej raz do roku udawali się do świątyni. A czynili to gromadnie. Ze wsi, miast i miasteczek zdążali ku Jerozolimie pielgrzymi bądź to przez Zajordanię, bądź też poprzez Samarię do północnych granic Judei.

        Już na kilka dni przed dorocznymi świętami wypełniały się ulice tłumem zdążającym do świątyni. Przybysze z krajów zamorskich, z Egiptu i Azji Mniejszej, Mezopotamii i Arabii, wszyscy zmieszani ze sobą przygotowywali się do uroczystego obchodzenia świąt.

        Wtedy była to pierwsza Pascha po zarządem prokuratorów rzymskich. Znienawidzony, przez wszystkich syn Heroda Wielkiego, Archelaus, za okrucieństwa, jakich się dopuszczał, został skazany przez Rzymian na zesłanie do Galii. Odtąd rządy w Judei sprawować będą namiestnicy rzymscy z tytułem „prokuratora”, z których pierwszym był Koponiusz.

        Bezpośrednie przygotowania do Paschy trwały od 14 Nisan i obejmowały głównie zabicie baranka wielkanocnego, który miał być spożywany po ukazaniu się pierwszej gwiazdy. Napływ pielgrzymów spowodował, że ofiary te trwały całe popołudnie, gdyż ilość osób zasiadająca do wieczerzy nie mogła przekraczać liczby dwudziestu. 15 Nisan, dzień uroczystości, pielgrzymi spędzali w świątyni towarzysząc obrzędom religijnym. 16 Nisan składano ofiarę z pierwocin jęczmienia, i część pielgrzymów opuszczała Jerozolimę wracając do domów, inni pozostawali aż do końca uroczystości paschalnych w dniu 22 Nisan.

        Wracano także gromadnie. Mieszkańcy poszczególnych wsi czy miast łączyli się w grupy tworząc karawany, które po opuszczeniu Jerozolimy rozchodziły się w różnych kierunkach kraju. Maryja wraz z Józefem szli w grupie nazaretańskiej i dopiero wieczorem po całodziennej wędrówce zauważyli, że Jezusa nie było z nimi. Rozpoczęły się poszukiwania od gromady do gromady (zwyczajowo bowiem każdy wracał w swojej ulubionej podgrupie, czy to wiekowej czy towarzyskiej), wśród krewnych i znajomych, które nie dały rezultatu. Zdecydowano, więc wracać do Jerozolimy.

        Dopiero trzeciego dnia o opuszczenia miasta obchodząc dziedzińce świątyni znaleźli Go w jednym z krużganków w sytuacji niezwykłej. Było to miejsce przeznaczone nie tylko na wykłady czy dyskusje w znaczeniu akademickim, ale również na nauczanie pielgrzymów. Uczeni w Piśmie i doktorowie Prawa w krużgankach Salomona (wschodnim) lub Królewskim (południowym) odpowiadali na zadawane im przez pielgrzymów pytania i rozstrzygali wątpliwości.

        Pytania mógł zadawać każdy. A właściwością nauczania owych czasów było, że jedne pytania wywoływały drugie, a odpowiedź nie tylko rozszerzała zakres wiadomości, ale prowokowała nowe kwestie I tak powstawała ustna rozprawa składająca się z pytań i odpowiedzi biegnących a minori od majus lub przeciwnie. Literatura owych czasów przechowała wzory czy schematy tych niekończących się dyskusji, i przytłaczają swym zakresem i sprawnością kazuistyczną.

        Dwunastoletni Jezus wziął udział w tych rozprawach. Sam stawiał pytania i znajdował odpowiedzi na wątpliwości wysuwane przez innych. Widocznie było coś niezwykłego, zważywszy wiek Jezusa, w tej rozprawie świątynnej, skoro wywołała ona powszechne zdumienie. Świadkiem tego stali się Maryja i św. Józef, gdy po trzydniowym poszukiwaniu znaleźli Go w krużganku w samym ogniu rozprawy wśród uczonych w Piśmie i doktorów prawa: „l stało się, że po upływie trzech dni znaleźli Go w świątyni siedzącego wpośród doktorów, słuchającego ich i zadającego im pytania. A zdumiewali się wszyscy, którzy Go słuchali, nad rozumem i odpowiedziami Jego (Łk. 2, 46-47)

        Ewangelia nie podaje, jakie były owe pytania i odpowiedzi Dziecięcia. Można się tylko domyślać, że zapewne były one podobne tym, jakie Jezus będzie później stawiał uczonym w Prawie i faryzeuszom w częstych z nimi rozmowach, z których każda pozostała na zawsze wyrazem najwyższej mądrości. W tym wieku lat dwunastu, kiedy dzieciństwo dobiega już kresu i zaczyna ukazywać owoc ukryty, Jezus ukazał pierwszy promień swego Boskiego

        Nic dziwnego, że zespół takich kontrastów wzbudził nie tylko zaciekawienie, ale zdumienie i podziw tych doktorów, którym wiek życia upłynął na zdobywaniu wiedzy i uczonych dociekaniach.

        Taki to obraz przedstawia nam rzeczowy opis ewangeliczny. Taki obraz przedstawił się oczom Maryi i Józefa.

I ujrzawszy Go zdziwili się.”

To nie wiedzieli, że to Dziecię jest Synem Bożym? Wiedzieli to na pewno. Ale trzeba pamiętać, że jak dotąd wiedzieli o tym tylko przez wiarę, a nie z doświadczenia, nie z osobistego życia. W szarzyźnie dnia powszedniego i domowego życia nie dostrzegali nic niezwykłego w tym Chłopcu, którego Boska mądrość kryła się pod zasłoną dzieciństwa. Aż oto w tej chwili zasłona spadła, Mądrość widzialnie objawiła się ich oczom. Toteż Ewangelia zapewnia, że to od owej chwili „Jezus wzrastał w mądrości i latach, i w łasce u Boga i u ludzi”. Można to sobie tłumaczyć w ten sposób, że od tej właśnie chwili począł coraz bardziej ujawniać na zewnątrz, przed Bogiem i ludźmi mądrość dotąd utajoną, o której ta sama Ewangelia powiada, że był jej pełen.

        I rzekła doń Matka Jego: Synu, cóżeś to nam uczynił? Oto Ojciec Twój i ja, bolejąc, szukaliśmy Ciebie.”

        Należy podziwiać zarazem, ile w tym naturalnym odruchu Maryji wykazuje umiaru, pokory, roztropności, jak przyznaje Józefowi pierwszeństwo w ojcowskiej władzy i serdecznym bólu, który Ją zmusza do przemówienia: „Oto ojciec Twój i ja, bolejąc, szukaliśmy Ciebie”. Nazywa go „ojcem”. Bo na swój sposób był istotnie ojcem mocą troskliwości i opieki, ale bardziej jeszcze może mocą miłości, cierpienia, ofiary. Maryja powiada: „ Oto ojciec Twój i ja, bolejąc... Ten, który nie miał udziału w narodzeniu, zrównany jest z Nią w radości posiadania Dziecięcia i w bólu Jego utraty. Ale niewiasta pokorna i subtelna, o sercu miłującym i przepełnionym wdzięcznością dla niezmordowanego, niezłomnego towarzysza i przyjaciela wymienia go na pierwszym miejscu.

        Cóż jest, żeście mnie szukali? Czyż nie wiedzieliście, że w tym, co jest Ojca mego, być winienem?

        Odpowiedź Dziecka wyjaśnia sens zdarzenia. Jest to pierwsze słowo Jezusa, przekazane przez Ewangelię. Tchnie ono Bogiem i odzwierciedla sytuację, w jakiej zostało wyrzeczone. Dorasta w całej pełni do miary tych mądrych „odpowiedzi, które w zdumienie i podziw wprawiły doktorów świątyni.

        Wynika z nich niedwuznacznie, że już w okresie dzieciństwa mimo zależności, jakiej chciał się poddać, Jezus czuł się w całej pełni Synem Bożym. Jedynym celem, który Mu przyświecał, była chwała Ojca będąc jedyną racją Jego przyjścia na świat jedynym zadaniem Jego ziemskiego życia. Tym samym powiązał ów pierwszy ukryty okres z okresem końcowym, ukazując przedziwną jednolitość i zwartość swego Boskiego życia zwróconego we wszystkich szczegółach ku temu jedynemu i jedyni godnemu jego istnienia celowi. „Czyż nie wiedzieliście, że w tym, co jest Ojca mego, być winienem? A równocześnie Jezus zawarł w tych słowach pierwszą ze swych nauk, naukę najważniejszą, a mianowicie, że naczelnym zadaniem chrześcijanina jest troszczyć się o to, co jest Ojca, bo do Ojca w niebiesiech należy on bardziej niż do rodziców wedle ciała.

        Tę wielką naukę Syn Boży chciał dać światu nie tylko słowem, ale czynem. Dlatego to dał ją w tym właśnie wieku, kiedy dziecko  jest jeszcze uzależnione i niesamodzielne, aby tym dobitniej podkreślić, że nawet podlegając najświętszej ze wszystkich władz ziemskich człowiek winien ponad wszystko stawiać sprawy Ojca Niebieskiego.

        Oto istotne znaczenie odpowiedzi Jezusa. Trzeba nie mieć ewangelicznego zmysłu, żeby sprowadzać tę odpowiedź do wąskiego zakresu osobistej wymówki zwróconej do Maryi i Józefa. Słowo Przedwieczne przemawia nigdy jednorazowo, zwłaszcza tam, gdzie mówi o sprawach Ojca.

        Do nich to zwraca się zarzut: — Czyż nie wiedzieliście? — Jezus odnosi się do Matki, jak gdyby była zwykłą niewiastą, gdyż chce Jej dać udział we wszystkich własnych uniżeniach; toteż podobnie jak On sam będąc bez grzechu, przyjął na siebie postać człowieka, tak dopuścił, aby dziewica bez zmazy w niektórych okolicznościach występowała na podobieństwo zwykłych matek mających tylko ludzkie względy na celu, żeby w ten sposób dała Mu sposobność do wygłoszenia słów odnoszących się tylko do tych zwykłych matek. Ale Maryja bez trudu pojmowała intencję i znaczenie mowy Syna. A nawet gdyby ich nie pojmowała byłaby zawsze przekonana o prawdzie i słuszności Jego słów i z najwyższą czcią przechowywałaby je w sercu aż do chwili, gdy spodobałoby się Bogu wyjaśnić Jej ich sens. Toteż ilekroć Jezus zwracał się do Niej z pozorną surowością, nigdy, Mu nie odpowiedziała.

        Z czego widać, że jakkolwiek w sprawach rodzinnych Maryja rozkazywała Jezusowi, czyniła to wyłącznie z posłuszeństwa i w zamiarze stosowania się do Jego woli. Choć zewnętrznie Jezus był Jej poddany, gdy wymagał tego zewnętrzny Jego stosunek do Matki, istniał w tej Świętej Rodzinie inny jeszcze, wewnętrzny ład, według którego Jezus jako Mądrość rozkazywał Maryi i Józefowi, stanowiąc regułę całego ich postępowania, wszystkich ich słów i uczynków”

        To głębokie i wnikliwe wytłumaczenie znakomicie oświetla równie następujące słowa:, „Lecz oni nie zrozumieli tych słów, które im mówił

        Ta uwaga wydaje się bardzo upokarzająca dla Najświętszej Panny. Czyżby nie tylko Józef, ale i Ona również nie mogła pojąć treści tych słów Syna? To znowu jedno z tych upokorzeń”, którymi trzeba umieć się przyjrzeć oczyma wyczulonymi przez wiarę, aby dostrzec w nich świadectwo chwały.

        Nie zapuszczając się nawet w drobiazgowe roztrząsanie tekstu trzeba przyznać, że Maryja i Józef musieliby być pozbawieni nie tylko zmysłu nadprzyrodzonego, ale zwykłego pospolitego rozsądku, gdyby nie pojmowali jeszcze Boskości i posłannictwa swego Syna, zwłaszcza gdyby ich nie pojmowała Maryja, mimo wszystko, czego się dowiedziała z tajemnic Zwiastowania, Nawiedzenia, Narodzenia i Ofiarowania. Każda z tych tajemnic niosła ze sobą tyle jawnych i niedwuznacznych świadectw, owych świadectw, o których wiemy, że Mary przechowywała je i rozważała w sercu swoim, i które sama rozgłosi w swym proroczym kantyku.

        Dlatego niezrozumienie należy, więc tłumaczyć zaskoczeniem wywołanym przez kontrast dotychczasowego postępowania Jezusa z tym nagłym, nieoczekiwanym wystąpieniem, z tym przeobrażeniem zwykłego dziecka, do którego w codziennym życiu przywykli, w Uczonego nad uczonych, w żywe Słowo Boże. Nie mogli zrozumieć, że miał On tak nagle i bezpośrednio wejść na tor swego publicznego posłannictwa.

        Istotnie nie mylili się, skoro dopiero w osiemnaście lat później Jezus uroczyście i wyraźnie rozpoczął swą działalność spod znaku spraw Ojca. Takie wyjaśnienie ich zaskoczenia czy niezrozumienia usuwa wszelki powód do zdumienia.

 

        Po zestawieniu tych dwu zdań, zdawałoby się, uchybiających Maryi — wyniosłej odpowiedzi Jezusa i stwierdzenia, że nie rozumiała Jego słów— Ewangelia dodaje: „I udał się z nimi, i przyszedł do Nazaretu, a był im poddany.”

A był im poddany...” I owo „poddanie” ciągnęło się jeszcze przez osiemnaście lat, aż do pełni lat męskich.

 

        Ewangelia jest tym wznioślejsza, że jest nieskończenie prosta. Wzniosłość tę trzeba umieć samemu w niej wychwycić, bo Ewangelia nie usiłuje zwabić na wzniosłość. Oto w tej scenie odnalezienia Jezusa w świątyni widać, jak zwykłe, niczym nie wyróżniające się chłopię, na którego obecność czy nieobecność w gronie znajomych i krewnych nikt nie zwracał uwagi, nagle objawia się wśród doktorów, których zadziwia swymi pytaniami i mową. Rodzicom powołującym się na autorytet, do której przyzwyczaiła ich Jego uległość, odpowiada, jak gdyby z wysokości niebios zaskakując ich owym nagłym objawieniem swego majestatu, aż do pozbawienia ich możności zrozumienia Jego słów. Bo oto w Synu Człowieczym objawił się nagle Syn Boży.

        Jaki jest cel tego olśniewającego objawienia Bóstwa? Po co ta wyniosłość? Czy po to, by w tej postawie już odtąd trwać? Właśnie, że nie!!!. Przeciwnie — po to, by znów zejść z wyżyn i temu wielkiemu przykładowi uniżenia się nadać tym większą wartość.

„I udał się z nimi, i przyszedł do Nazaretu, a był im poddany. Z Jeruzalem zstąpił do Nazaretu, ze świątyni — do warsztatu, od Ojca Niebieskiego do Józefa cieśli.

„A był im poddany. Kto?... I komu? Czy Syn Józefa i Maryi, który wraz z nimi udał się do świątyni? Nie. Poddany im był Ten, który w świątyni objawił się, jako Syn Boży, który na chwilę ciemność przysłaniającej Go chmury przebił tylko po to, aby tym całkowicie skryć się za zasłoną i tym wyraźniej ukazać, że to ukrycie jest dobrowolne.

        A komu był poddany? Maryi, w której Jego zdumiewająca uległość czci wielkość Boskiego Macierzyństwa, Maryi, która Mu tę uległość przypomniała, która Go do niej poniekąd z powrotem przywiodła, mimo że był Synem Bożym, Maryi, której pokora i uległość temu Synowi, jako Bogu czyniła ją tak nieskończenie godną Jego wzajemnej uległości. I Maryi to również był poddany poprzez uległość Józefowi, który swej godności małżonka zawdzięczał swe ojcowskie prawa i uczucia wobec Jezusa, a którego Jezus zaszczycał posłuszeństwem będącym również wyrazem hołdu dla Matki

        „Kto był poddany i komu był poddany? — woła św. Bernard. — Bóg — ludziom, Bóg, powiadam, któremu posłuszne są Księstwa i Moce, był poddany Maryi, i nie tylko Maryi, ale i Józefowi przez wzgląd na Maryję! A teraz podziwiajcie to, co ci się bardziej podoba, wybierajcie to, co ci się wydaje godniejsze zachwytu: czy nieskończona łaskawość tej uległości Syna, czy najwyższa godność Matki? Bo tak z jednej, jak z drugiej strony spotka się jednaki cud, jednaki przedmiot zachwytu, bezprzykładną pokorę w tym posłuszeństwie Boga wobec niewiasty i niezrównaną wielkość w tej władzy niewiasty nad Bogiem.

        Ale najwyższe zdumienie powinna budzić długotrwałość owej przedziwnej uległości, owego ukrycia Bóstwa Jezusa i chwały Maryi.

        Ewangelia ani jednym słowem nie wspomina o treści następnych osiemnastu lat po powrocie ze świątyni do Nazaretu aż do chwili, gdy Syn Boży wyszedłszy z Nazaretu wkracza na szlak swego publicznego życia przez chrzest otrzymany z rąk Jana i pierwszy cud dokonany na godach w Kanie.

        Co czynił Jezus w ciągu tych długich lat? Ewangelia pomija to całkowitym milczeniem, gdyż zapewne nie uczynił Jezus wówczas nic, co by było godne uwagi. Nie ulega wątpliwości, że Jezus chciał, aby Jego wyznawcy wiedzieli, iż przez ten czas nie dokonał żadnego znaczniejszego czynu. Istotnie podziwu godna jest prostota, z jaką Ewangelia bez słowa przemilcza tych osiemnaście lat snując dalej wątek swego opowiadania, jak gdyby ta przerwa była najzwyklejszym w świecie zjawiskiem.

        Tylko całkiem przypadkowo można się dowiedzieć się, że do lat trzydziestu Jezus był synem cieśli i sam uprawiał to rzemiosło lub rolnictwo żyjąc rodzinnym, domowym i zawodowym życiem robotnika. Na tym polegało właśnie wielkie zgorszenie, które najwięcej zaszkodziło powodzeniu Jego nauczania wśród swoich i sprawiło, że nie mógł się stać prorokiem we własnym kraju. To zgorszenie, o które po dwudziestu wiekach panowania Chrystusowego rozbija się niekiedy chwiejna wiara, jest w istocie najwspanialszym dowodem prawdziwości Ewangelii. Żaden autor zmyślonej opowieści nie skazywałby swego bohatera na tak długotrwałą bezczynność; okazałby się z pewnością mniej wzniosły, a bardziej pomysłowy, mniej Boży, a bardziej ludzki.

        Pomijając już nawet to, że wymowa faktów potwierdziła słuszność postępowania Chrystusa, trzeba przyznać, iż w niczym nie przypominało ono postępowania zwykłego człowieka. Chrystus rzucił swym wysłannikom to niesłychane zlecenie. „Idąc nauczajcie wszystkie narody” (Mt. 28, 19]. I jaką to — po ludzku mówiąc — wyposażył ich władzą? Władzą daną przez człowieka, który żyjąc zaledwie trzydzieści trzy lata, trzydzieści lat spędził w ukryciu ciesielskiego warsztatu, w ukryciu, które do tego stopnia zdyskredytowało Go w oczach Jego współziomków, że nie chcieli nawrócić się na Jego słowo.

        Jeśli ta cała historia jest ludzka, czy można sobie wyobrazić coś bardziej licho i nieudolnie wymyślonego? Toteż nic nie byłoby również w stanie wymowniej uwydatnić niezwykłości jej wyników. Bo co dzieje się w końcu? Oto powiedziawszy, że dopiero, gdy zostanie podwyższony z ziemi, pociągnie wszystkich ku sobie — Cieśla umiera, a Apostołom swoim, ludziom ubogim, nieuczonym, prostakom bez najmniejszego znaczenia, pozostawia olbrzymie zadanie nawrócenia świata pogańskiego. Nawrócenia go do czego? Do uwielbiania i umiłowania krzyża! Prostacy mają odwagę uwierzyć Jego słowom, porywają się na ryzykowne przedsięwzięcie. I powiedzieć można, że już za życia Apostołów wielu pada na kolana przed ich Mistrzem (około 150 tysięcy w II wieku, samych chrześcijan z Żydostwa). Jak więc nie paść na kolana przed tym cudem, dla którego nie podobna znaleźć wytłumaczenia gdzie indziej niż tylko w treści proroczych słów jego Twórcy. Dana mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi, ... jako mię Ojciec posłał i ja was posyłam... Idąc tedy nauczajcie. A oto ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata (Mt. 27, 18—20).

Bóstwo Chrystusa rzuca na Jego życie ukryte najpiękniejsze I najgłębiej pouczające światło.

        Skoro, bowiem Chrystus jest Bogiem, nie jest bynajmniej cudowne, że Bóstwo to objawił już w wieku dwunastu lat, ale cudowne jest, że ukrywał je przez całych lat trzydzieści. Cudowne są spokój i ufność tego długiego czasu straconego dla człowieka. Cudowna jest ta Boska zwłoka. Swetoniusz wspomina, że gdy Cezar będąc jeszcze młodym człowiekiem ujrzał w Hiszpanii przy świątyni Herkulesa w Kadyksie posąg Wielkiego Aleksandra, westchnął z żalem na myśl, iż będąc w wieku, kiedy Macedończyk już podbił świat, on jeszcze nie wsławił się żadnym wielkim czynem. I czym prędzej poprosił o zwolnienie, udał się pospiesznie do Rzymu, by tam czyhać na sposobność do wybicia się. Tak właśnie postępuje człowiek, który musi się spieszyć, bo czas nagli, okazje wymykają mu się z rąk i śmierć zbliża się z każdą godziną. Ale Jezus, który zamierzał dokonać czegoś nieporównanie większego niż Cezar czy Aleksander, umie czekać. I czeka... na czas sposobny, na okazje, na śmierć... i na życie, które z tej śmierci wytryśnie dla świata. Bo On jest Panem życia śmierci, czasów I zdarzeń. Pozwolił, aby świat czekał na Niego przez niezliczone stulecia. Dopuścił do tego, by przez ten czas narastały trudności piętrzące się na drodze Jego dzieła, by urósł aż do nieba ów stos błędów, zepsucia, nieprawości, jakim był świat pogański. Ale nawet pogańskie tradycje przeczuwały coś z majestatu tej Boskiej zwłoki. „Bóg — twierdziły one — który zdziała, uczyni i sprawi to wszystko, tymczasem od oddaje się bezczynności i odpoczywa przez czas niezbyt długi dla Boga.

        Podobnie jak Najświętszy Odkupiciel przez tyle wieków przebywał na łonie Ojca Niebieskiego, tak również pod skrzydłami matczynej opieki pozostawał „przez czas niezbyt długi dla Boga”. Czas rozciągający się na trzydzieści lat życia, które miało trwać tylko trzydzieści trzy lata, to czas chyba bardzo długi! Ale jeśli sądzić po bezpośrednich owocach Jego nauczania, to przyznać wypadnie, że owe trzy pozostałe lata nie zostały użyte przez Jezusa w sposób bardziej owocny niż tamte, skoro, umiera opuszczony przez wszystkich uczniów. Całe Jego życie było poniekąd tylko czekaniem na chwilę śmierci, która miała być chwilą Jego zwycięstwa. Co więc znaczyło nazaretańskie wyczekiwanie dla Tego, który wielki bezruch śmierci miał przeobrazić w najpotężniejsze, zbawcze działanie, jakiego doznał świat?

        Można by jednakże przeciwstawić temu twierdzeniu pewne zastrzeżenie, a mianowicie, że ukryte życie w Nazarecie jest trudne do pojęcia w świetle pewnych powiedzeń samego Chrystusa, który na przykład rzekł sobie: „Ojciec mój działa aż do tej chwili i ja też działam” (J. V 17). czyżby tedy Jego wyczekiwanie, podkreślając Jego potęgę, zadawało jednocześnie kłam tej Jego własnej wspaniałej definicji Bożego życia?

Otóż niewątpliwie w czasie swego jednolitego, niepozornego życia w ciesielskiej pracowni Chrystus nie działał; nie działał w ludzkim znaczeniu tego słowa. Ale w Boskim jego znaczeniu nigdy nie działał wydatniej niż w czasie tego pozornie bezczynnego okresu.

Ale o tym w następnym wpisie

 

wqbit
O mnie wqbit

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Kultura