
Nie można przegapić koncertu megagwiazdy, kiedy jest on w zasięgu ręki, kiedy nie trzeba jechać setki kilometrów, koczować przed sceną od samego rana. Nie jestem fanem Madonny, aczkolwiek wykonała kilkanaście piosenek, które lubię.
Na koncercie zawsze wybieram miejsce stojące nie ze względu na cenę, ale z powodu możliwości zmiany miejsca i wejścia w interakcję z artystą, że koncert ma "to coś". Na miejscach siedzących można siedzieć i bić brawo, jak na koncercie w Sali Kongresowej, albo w Teatrze Wielkim.
Na koncercie Madonny było brak „tego czegoś”, ale o tym później.
Koncert na 80 tysięcy widzów wymaga sprawnego dojazdu tak wielkiej liczby uczestników, co przy warszawskiej komunikacji może się okazać wąskim gardłem. Wyjechałem po 18:00 metrem do Młocin, skąd tramwajem dojechałem do ul. Powstańców Śląskich vis a vis wejścia na płytę lotniska. Był już piekielny ścisk, tak że idąc nie wiedziałem po czym stąpam. Zaraz po przejściu ulicy, niczym osoba prosząca o jałmużnę, z grobową powagą na twarzy stał ktoś, nie zauważyłem płci, oklejony tekturą w kształcie krzyża. Napis rozpoczynał się od słów "katoliku". Z perspektywy po koncercie można powiedzieć - oszołom, fanatyk, osoba która jest w potrzebie pomocy specjalisty ubranego na biało.
W pobliże sceny szło się około 15 minut, przechodząc kilka bramek kontroli, gdzie końcowa bramka była bramką skanowania biletów. Płyta lotniska przypominała step porośnięty kępkami trawy. Idąc, co chwila wykonywałem zdjęcia, albo nagrywałem sekwencje wideo malutkim aparatem-zabawką, choć mam nadzieję, że lepszym niż to coś instalowane w komórkach, gdzie operatorzy mamią naiwnych niepotrzebnie dużą liczbą megapikseli.
Chwilę po 20:00 zająłem miejsce w pobliżu monstrualnej wielkości sceny, od której dzieliło mnie jakieś 50 m tłumów głów. Dalej nie dało się przejść przez mur ciał, sformowanych na podobieństwo obronnego żółwia w legionach rzymskich. Brakowało im tylko tarcz i mieczy.
Madonna kazała na siebie czekać, a moment kiedy się pojawi na scenie można było wywnioskować, obserwując jak się zapełnia pusta dotąd jedna z trybun dla VIP-ów (czytaj, tych którzy kupili "trochę droższe" bilety), wracających z przedkoncertowego koktajlu.
Koncert się rozpoczął o jakiejś 21:30 i trwał do ok. 23:10, kiedy na wielkich telebimach pojawił się, niczym na "fliperach", napis "Game Over".
Było to raczej widowisko audiowizualne z podkładem muzycznym niż koncert muzyki rockowej lub pop w jakich dotąd uczestniczyłem.
Nie można powiedzieć, że Madonna nie rozgrzała publiczności, ponieważ publiczność w przeważającej większości była po prostu drętwa i nie rozumiała, co Madonna do niej mówi. Pierwszy raz Madonna zaprosiła do wspólnego zaśpiewania "Back into the groove" - utworu tak popularnego, że nie sposób nie pamiętać słów. Ale na około „ani be ani me”, i podobnie jak w przypadku "La isla bonita", słychać było coś ala "yeah", kiedykolwiek z ust Madonny padło "Warsaw", albo "Poland".
Na niczym spełza próba rozruszania stojącej publiczności, kiedy Madonna wypowiedział "Poland, I'll give you one more chance" i słowem "jump", prosiła o podskakiwanie w rytm muzyki. Nie dziwi mnie więc, że nie było bisów, bo dla kogo bisować? Nie ta publiczność, albo jeśli ta, to nie przygotowana przez organizatorów, którzy winni rozdać wraz z biletem ulotkę ze słowami tych dwóch utworóch, których należało nauczyć się na pamięć.
Idąc w kierunku sceny, kiedy zaczynało się ściamniać miałem przed oczami sceny z filmy Spielberga "Bliskie spotkania III stopnia". W czasie koncertu olbrzymia scena, dzięki grze świateł wyglądała jak srebrny pojazd kosmiczny, innym razem kojarzyła mi się ze statkiem lorda Darth Vadera. Nie był to koncert - był to show, gra świateł, błyski wiązek laserów, przekaz medialny przypominający kronikę filmową - pojawiające się obrazy na telebimach, niczym te, w powieściach John Dos Passosa.
Jak wspomniałem na początku, koncertowi brakowało "tego czegoś", co czyni koncert wyjątkowym i niezapomianym - interakcji pomiędzy wokalistką a publicznością, która niczym napromieniowane postacie z "Bliskich spotakań..." ciągnęła setkami tysięcy i zachowywała się podobnie jak w filmie – słuchała akordu muzycznego, patrzyła. W zachwycie. Na koncert Madonny przyszli, patrzyli, słuchali bez zachwytu, poszli.
Też poszedłem, bo nie miałem innego wyjścia, tzn. idąc wśród wzbijających się spod setek tysięcy stóp tumanów kurzu, nie zdawałem sobie sprawy, że informacja o specjalnych autobusach kursujących z Bemowa do metra, lub o dłużej jeżdżących, wyznaczonych tramwajach to lipa. Może nie do końca lipa, ale lipa z jakimś półgodzinnym opóźnieniem. Kierując się w stronę najbliższej stacji metra "Wawrzyszew", pierwszy autobus minął mnie po przejściu ul. Gen. Maczka, a w drodze do tejże stacji, co zajęło około 45 minut, minęło mnie może 5-6 zapakowanych na full, jak za dawnych czasów, autobusów - przegubowych Ikarusów.
Do domu dotarłem przed pierwszą.
Madonna nie przyjedzie więcej do Polski i choćby dlatego warto było zobaczyć ją na żywo. Bo Madonna to zjawisko.
Może wzbogacę post o zdjęcie albo film.
ps
ktoś napisał post, że uczestnictwo w koncercie Madonny to obciach. Jestem więc obciachowy. Nie odwzajemnię się, że prostactwo jak weszło do Unii w 2004r, to myśli, że w ciągu 5 lat z milicji zrobi się automatycznie policją, albo że po 50 latach bycia homosovieticus, rok 2004 uczynił z delikwenta światowca, członka kultury zachodnoeuropejskiej, ponieważ wolę napisać - co ktoś może napisać o smaku cukierka w papierku, który się wzrokiem liznęło przez szybę sklepową?





Komentarze
Pokaż komentarze (59)