Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski
177
BLOG

Polemika: Kiedy rynki potrzebują interwencji

Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski Gospodarka Obserwuj notkę 3

Tomasz Kasprowicz*

Interweniować trzeba na tych rynkach, które zawodzą i tylko w tym zakresie, który te niedoskonałości może zniwelować

Jan Gmurczyk pisze o granicach rynku wymagających interwencji państwowych. Pomimo ciekawych obserwacji wydaje mi się, że warto zaproponować nieco inną klasyfikację powodów, dla których ingerencja w rynek jest wskazana.

Choć te przykłady będą się często pokrywały, osiągniemy jednak inne wnioski. Aby rynek był w stanie sprawnie funkcjonować, muszą być spełnione pewne warunki, a jeśli spełnione nie są to rolą państwa może być zaradzenie temu faktowi. Jakie to przypadki?

Monopolizacja rynku to niewątpliwie jeden z nich i tu w pełni zgadzam się z autorem. Pisząc o szkodliwości monopoli, autor przemilcza jednak fakt, że dużo częściej zamiast walczyć z monopolami, państwo tworzy je i ochrania. Nie szukając daleko, w naszym kraju pod ochroną państwa znajduje się Poczta Polska, PKP, LOT, PKN Orlen i jeszcze kilka innych. A to choroba bynajmniej nie wyłącznie polska. Powód do interwencji jak najbardziej chwalebny, za to rzadko używany.

Asymetria informacji – chyba najważniejszy argument za interwencjonizmem. Mamy z nią do czynienia, gdy między uczestnikami rynku istnieją znaczne różnice w zakresie posiadanych informacji bądź wiedzy. Przykładowo, tylko ubezpieczający się znają swój faktyczny stan zdrowia, co może spowodować załamanie rynku ubezpieczeń zdrowotnych z powodu bardzo wysokich stawek. Powszechne ubezpieczenie rozwiązuje ten problem – i jest to uzasadnienie przekonujące wielu dużo bardziej niż przytoczona przez Gmurczyka redystrybucja.

Inny przykład: rynek leków. Klient nie ma najmniejszych szans na weryfikację, czy sprzedawana mikstura ma jakiekolwiek pozytywne właściwości. Państwo powinno w takich sytuacjach pomóc obywatelom. Z drugiej strony trzeba uważać, aby państwo nie próbowało, w imię ochrony konsumentów, próbować regulować wszystkiego z krzywizną banana włącznie.

Brak rynku to najbardziej dotkliwy przypadek wymagający interwencji. Mamy tu do czynienia z sytuacją, kiedy rynek nie tyle działa źle, co go z jakiegoś powodu w ogóle nie ma. Nie mamy rynku na świeże powietrze i każdy może z niego bezpłatnie korzystać. Niestety także truciciele – więc opłaca się truć, bo filtry kosztują. Gdyby korzystanie z atmosfery było odpłatne, założenie filtrów mogłoby się opłacić.

Państwo może symulować działanie rynku poprzez nakładanie opłat za korzystanie z różnych normalnie nieodpłatnych dóbr takich jak środowisko naturalne. Nie chodzi tu zatem tyle o korektę działań przedsiębiorstw, ile o zapewnienie racjonalnych podstaw do podejmowania decyzji.

Takie są główne powody, dla których państwo powinno interweniować, gdy rynek zawodzi.

Jednak nie oszukujmy się – to tylko niewielki ułamek przypadków, kiedy państwo rzeczywiście wchodzi w obszar rynku. Zwykle politycy pragną dokonywać zmian w ekonomii na potrzeby swojego elektoratu, które mają negatywny wpływ na rynek – to znaczy przyczyniają się do jego rozregulowania, a nie naprawy jego niedoskonałości.

Zamiast rozbijać monopole, politycy je tworzą. W przypadku kryzysu twierdzą, że muszą interweniować. Ale nie szukając daleko, kryzys UE wynika z nieodpowiedzialnej polityki fiskalnej, zaś kryzys w USA z nieodpowiedzialnej polityki monetarnej i fiskalnej. Politycy za pomocą interwencji chcą sprzątać bałagan stworzony przez samych siebie. Kto wie, czy tym samym nie zafundują nam jeszcze większego rozgardiaszu.

Rynki nie są doskonałe. Warto jednak sobie zadać pytanie, czy argumenty za państwową interwencją odnoszą się do ich konkretnych słabości, czy też mają dać politykom carte blanche na wszelkie interwencje państwowe. Czytając artykuł Jana Gmurczyka odniosłem wrażenie, że chodzi o to drugie. Wrażenie wynika z tego, że autor nie używa przykładów pokazujących, w jakich warunkach rynki niedomagają, ale raczej takie, które mógłby użyć polityk o zapędach interwencjonistycznych.

Mamy tam, po pierwsze, redystrybucję: ale to nie jest zadaniem rynku – niezależnie od tego, jak dobrze działa. Rolą rynku jest wymiana dóbr i usług, korzystna dla obu stron. Natura redystrybucji jest zgoła odmienna (i korzystna tylko dla jednej strony); wdrażana w życie zbyt mocno może niejeden rynek zniszczyć. Gmurczyk pisze, że powodem do interwencji ma być korygowanie działań przedsiębiorstw. Ale kto wie lepiej, jak przedsiębiorstwa mają działać? Politycy? Przykładów przedsiębiorstw prowadzonych przez polityków mamy wiele, recenzować ich działalności nie muszę. Lata centralnego planowania mamy szczęśliwie już za sobą.

Na koniec czytamy o stabilizacji w okresie kryzysu, ale to często gaszenie pożaru benzyną. Wychwalany New Deal najprawdopodobniej wydłużył Wielki Kryzys o kilka lat. Obecny festiwal drukowania pieniędzy może odbić się jeszcze większą czkawką. Dlatego przestrzegam przed prostymi wnioskami – „rynki zawodzą, więc trzeba interweniować”.

Interweniować trzeba na tych rynkach, które zawodzą i tylko w tym zakresie, który te niedoskonałości może zniwelować.

*dr Tomasz Kasprowicz – ekonomista, przedsiębiorca, absolwent National-Louis University, doktoryzował się na Southern Illinois University Carbondale, członek redakcji „Res Publiki Nowej”

Tekst opublikowany na:instytutobywatelski.pl

Zajmuje nas: społeczeństwo obywatelskie, demokracja, gospodarka, miasta, energetyka. Nasze motto to "Myślimy by działać, działamy by zmieniać".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Gospodarka