Konrad Niklewicz*
Nowy system zagospodarowania śmieci będzie droższy. Ale wreszcie skończy z fikcją, której efektem są tysiące ton odpadów w lasach
140 tysięcy metrów sześciennych śmieci zebrali w ubiegłym roku pracownicy Lasów Państwowych. Ile zostało w lasach – tego nawet leśnicy nie wiedzą. W raportach umieszczają tylko to, co zdołali uprzątnąć. Z ich rozeznania wynika, że problem narasta. W 2006 r. doliczyli się bowiem w lasach „zaledwie” 66 tys. metrów sześciennych śmieci.
Obowiązujący u nas system zagospodarowania śmieci nie działa. Polsce grożą wysokie kary finansowe (67 tys. euro dziennie) za nieprzestrzeganie unijnych norm śmieciowych. Przewidują one, że w 2013 r. nie więcej niż 50 proc. odpadów biodegradowalnych może trafić na składowiska. Reszta powinna być poddana recyklingowi, kompostowaniu czy spalona. Ale do tych proporcji nawet się nie zbliżyliśmy, za co odpowiada obowiązujący dotąd system.
Liczyła się w nim tylko cena. Umowy na wywóz śmieci zdobywały te firmy, które oferowały najniższe stawki. A ponieważ transportowanie odpadów do recyklingu jest drogie – większość lądowała na „tanich” wysypiskach. Albo w dziurach w ziemi. Śmieci porozrzucane po lasach świadczą o tym, że obowiązek zawierania umów na ich odbiór nic nie dawał. Bo umowę można było podpisać na jeden kontener odpadów miesięcznie, gdy w rzeczywistości wytwarzało się ich np. pięć. Nadwyżka lądowała w lesie bądź w piecu.
W tym chorym systemie potrzebna była więc radykalna zmiana. Taka, na którą wiele lat wcześniej wpadło aż 25 z 27 krajów Unii Europejskich. Jest nią przekazanie gminom obowiązku zarządzania śmieciami.
Owszem, nowy system, w którym to gmina staje się odpowiedzialna za wszystkie wyprodukowane przez jej mieszkańców odpadki, jest droższy. Ale przynajmniej zrywa z fikcją.
Teraz, w zamian za stałą opłatę ryczałtową, mieszkaniec odda gminie wszystkie odpadki, które wytworzył. A ta będzie musiała je odebrać – włączając w to śmieci wielkogabarytowe (np. pralki albo stare wersalki). Wywożenie odpadów do lasu czy palenie nimi w piecach po prostu przestanie się opłacać. Starą kanapę odwieziesz do punku zbiórki rupieci, który każda gmina musi zorganizować.
Co równie ważne, nowy system gwarantuje, że wszystkie śmieci zebrane w naszym mieście trafią do wybranego przez gminę zakładu przeróbki odpadów, gdzie w znacznej części zostaną poddane ekologicznemu recyklingowi. Gmina będzie też miała obowiązek zlikwidować już istniejące nielegalne wysypiska.
Nowa polityka śmieciowa wywołuje emocje. Niektórzy krytykują wysokość stawek oraz sposób ich naliczania. W ramach nowego systemu gminy mają bowiem dużą swobodę: mogą naliczać opłaty od osoby lub od powierzchni domu.
Przyjęte w poszczególnych gminach stawki miesięczne niekiedy bardzo się różnią. Na przykład w Puławach miesięczna opłata od osoby wyniesie około 9 zł za śmieci posegregowane, a za nieposegregowane – ok. 13 zł. W Poznaniu proponuje się, odpowiednio, 12 i 20 zł (ze zniżkami dla wieloosobowych gospodarstw domowych). Natomiast w Warszawie wysokość opłat ma się wahać od 19,5 zł (za jedną osobę w bloku) do 89 zł (od domu).
W wielu gminach nowe stawki są wyższe od kwot, do których mieszkańcy byli przyzwyczajeni. Kłopot w tym, że nie da się zjeść ciastka i mieć ciastko. Do tej pory płaciliśmy za śmieci mało, bo w przeważającej większości przypadków pozbywaliśmy się ich w najtańszy sposób. Jeśli nie chcemy zostawić naszym dzieciom i wnukom śmierdzącej bomby ekologicznej, musimy więcej odpadów poddawać recyklingowi albo bezpiecznej utylizacji (np. w spalarniach albo w profesjonalnych kompostowniach). Powinniśmy to robić nawet mając świadomość faktu, że koszt profesjonalnego zagospodarowania posegregowanych śmieci (przetworzenia, kompostowania, spalenia w bardzo wysokiej temperaturze itp.) będzie wyższy niż wrzucenia ich do dziury w ziemi.
Owszem, w niektórych przypadkach część wydatków uda się odzyskać, np. sprzedając energię ze spalania. Ale żeby nowoczesna spalarnia śmieci mogła powstać, potrzebne są pieniądze. A żaden bank ich nie pożyczy i żaden fundusz nie da, jeśli potencjalny inwestor (np. gmina) nie będzie mógł wykazać, że odpowiednia ilość śmieci będzie regularnie do tej spalarni dostarczana.
I to właśnie zagwarantuje nowy system: gminy będą mogły wreszcie wskazać, dokąd wyłonione w przetargu firmy zawiozą śmieci zebrane od mieszkańców.
Jednak najważniejsze jest to, że ludzie wreszcie przestaną polować na dziury w ziemi. Zapłacimy trochę więcej, ale akurat za to chyba warto.
*Konrad Niklewicz – wicedyrektor Instytutu Obywatelskiego, były wiceminister rozwoju regionalnego
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (20)