Paulina Biernacka*
Podczas wizyty w Izraelu Obama zaskoczył wszystkich, bardzo mocno podkreślając swoje zatroskanie kwestią konfliktu izraelsko-palestyńskiego
Barack Obama jest piątym prezydentem Stanów Zjednoczonych, który odwiedził Izrael w 65- letniej historii tego państwa. Jego pięćdziesięciogodzinna wizyta była wielce oczekiwanym i od tygodni planowanym przedsięwzięciem, któremu towarzyszyły nadzwyczajne środki bezpieczeństwa. Licząca tysiąc osób delegacja powitała Obamę na lotnisku im. Ben Guriona w Tel Awiwie, gdzie przy dźwiękach orkiestry prezydent USA przeprowadził inspekcję systemu obrony przeciwrakietowej Izraela składającego się z Żelaznej Kopuły, Magicznej Różdżki, systemów Arrow 2 i Arrow 3. Spotkanie na miejscu relacjonowało pięciuset dziennikarzy z całego świata.
Restart stosunków
Obama odwiedził Izrael w wyjątkowym czasie, dwa miesiące po rozpoczęciu swojej drugiej kadencji i dwa dni po ukonstytuowaniu się nowego rządu w Izraelu.
Co znaczące, wyjazd do Izraela był pierwszą oficjalną zagraniczną wizytą prezydenta Obamy po jego ponownym zaprzysiężeniu. Jest to ogromny zwrot w stosunku do tego, co obserwowaliśmy na początku pierwszej kadencji demokraty. Wówczas to podczas swojej słynnej bliskowschodniej wizyty odwiedził on wszystkie kraje regionu, wygłaszając epokowe przemówienie w Kairze i niezręcznie pomijając Izrael. Obecna wizyta miała naprawić relacje pomiędzy USA i Izraelem. Słowo „restart” stosunków, zwłaszcza w odniesieniu do prezydenta Obamy i premiera Netanjahu, przewijało się w każdej relacji z podróży.
O ile spotkania przywódców państw organizowane są zazwyczaj w celu omówienia wielu kwestii bezpieczeństwa i spraw zagranicznych, o tyle w obecnej sytuacji ani w agendzie administracji Obamy, ani nowego rządu Netanjahu sprawy zagraniczne nie figurują jako priorytetowe. Przywódcy obu państw pochłonięci są sprawami krajowymi i gdyby sytuacja na Bliskim Wschodzie pozwoliła im spać spokojnie, żaden z liderów nie kiwnąłby nawet palcem, aby się angażować w jej kształtowanie czy zmianę.
Niestety, pomimo wewnętrznych problemów, politycy z obu krajów będą musieli zmierzyć się w najbliższym czasie z nie cierpiącym zwłoki problemem nuklearyzacji Iranu, co być może zaangażuje ich państwa w wieloletni konflikt z Teheranem. Jeszcze bardziej pilna wydaje się kwestia broni chemicznej w Syrii, której arsenały w każdej chwili mogą dostać się w niepowołane ręce (Hezbollahu bądź Al Kaidy).
Przywódcy nie mogą również przejść do porządku dziennego nad kwestią palestyńską, gdyż Autonomia Palestyńska jest coraz słabszym tworem, a jej mieszkańcy wyrażają swą frustrację poprzez organizowanie regularnych zamieszek. Przed rozpoczęciem wizyty oczekiwano, że tematy te będą omawiane we wspomnianej przeze mnie kolejności. Jednak prezydent Obama zaskoczył wszystkich, bardzo mocno podkreślając swoje zatroskanie kwestią konfliktu izraelsko-palestyńskiego.
Rakiety ze Strefy Gazy
Nie bez znaczenia był atak rakietowy ze Strefy Gazy na przygraniczny Sderot, którego dokonano w czwartek rano, zaledwie kilka godzin przed spotkaniem prezydenta Obamy z przywódcą Palestyńczyków Mahmudem Abbasem. Barack Obama ostro potępił ten incydent, wzywając Hamas do wyrzeczenia się przemocy oraz uznania Izraela. Wykorzystał też sytuację i oświadczył Palestyńczykom, iż Izraelczycy nie wymagają od strony przeciwnej zaprzestania ataków jako warunku wstępnego do rozmów, dlatego też Palestyńczycy również nie powinni oczekiwać od Izraela zamrożenia budowy osiedli na terytorium okupowanym. Nie oznacza to jednak, że Obama popiera te działania Izraela. Kilka godzin później, w trakcie przemówienia do studentów nazwał on budowę osiedli działaniami kontrproduktywnymi, które nie przybliżają stron do rozwiązania konfliktu.
Jerozolimskie przemówienie
Mowa do studentów była kluczowym elementem wizyty Obamy. Prezydent Stanów Zjednoczonych w bardzo zgrabny sposób pochwalił Izraelczyków za ich wysoką moralność, umiłowanie demokracji czy zbudowanie silnej gospodarki opartej na nowoczesnych technologiach. Odwołując się do najważniejszych wydarzeń w historii Izraela oraz cytując kluczowych polityków rządzących państwem żydowskim, Obama dał się poznać jako osoba dogłębnie znająca dzieje i źródła istnienia tego państwa. Co więcej, przemówienie było naszpikowane empatią i współczuciem dla studentów izraelskich, którzy zaczynając wyższą edukację mają za sobą lata trudnych i często traumatycznych doświadczeń związanych z pobytem w wojsku.
Wszystko to stanowiło tło dla najważniejszego przesłania, jakim było opowiedzenie się po stronie utworzenia państwa palestyńskiego. Palestyna musi powstać, gdyż okupacja jest sprzeczna z ideami, które wyznają Izraelczycy. Obama podkreślał, że biorąc pod uwagę kwestie demograficzne na Zachodnim Brzegu, jedyną możliwością przetrwania i rozwoju żydowskiego i demokratycznego państwa jest utworzenie niepodległej Palestyny. Pomimo wielu lat prób porozumienia się z wrogimi Arabami, które często źle kończyły się dla bezpieczeństwa Izraela (oddanie Strefy Gazy i wycofanie się z Libanu doprowadziły do nieustannych ostrzałów Izraela z tych terytoriów), Izrael nie ma innego wyjścia, jak dążyć do pokoju.
Przemowa Obamy jest przez niektórych odbierana jako sprzeniewierzenie się wszelkim ideom, promowanym przez obecne władze Izraela. Prezydent Stanów Zjednoczonych wezwał studentów izraelskich do wzięcia sprawy w swoje ręce: do nacisku na liderów państwa w kwestii powrotu do rozmów pokojowych. Obama stanowczo przeciwstawia się retoryce Netanjahu oraz dwudziestoletnim już rządom prawicy, która uważa, że nie ma z kim rozmawiać o pokoju, a budowa osiedli musi być kontynuowana. Obama podkreślił również, że obecne władze Autonomii – w osobach prezydenta Mahmuda Abbasa i premiera Salaba Fajada – są zdolne do niezbędnego kompromisu.
Przemówienie spotkało się z ogromnym aplauzem ze strony młodzieży izraelskiej. Wiele gazet rozpisywało się, jak to Obama przywrócił Izraelczykom nadzieję. Nadzieję, którą wydawało się, że już dawno utracili.
Niemniej jednak zapytanie kilku młodych mieszkańców Izraela – popierających rozmaite opcje polityczne – o uczucia odnośnie przemowy Obamy daje obraz tego, że Izraelczyków nie łatwo jest kupić. I tak przedstawiciele lewicy izraelskiej oraz anarchiści są zdania, że prezydent USA jest dwulicowy: mówiąc o pokoju i jednocześnie dozbrajając Siły Obronne Izraela. Bardziej prawicowi Izraelczycy są poirytowani „Obama-festiwalem” w kraju, dziwiąc się, dlaczego państwo wydaje tak ogromne pieniądze na ugoszczenie człowieka, z którego przemówień nic nowego nie wynika. 21-letnia mieszkanka Herzlii uważa, że argumenty dotyczące okropieństw, jakich Izraelczycy dokonują na Zachodnim Brzegu nie trafiają do mieszkańców tego kraju, gdyż większość z nich świadomie odcina się od informacji o tym, co dzieje się za murem i stara się żyć nie pamiętając, że Izrael jest okupantem.
Z wypowiedzi studentów można natomiast wywnioskować, że Obamie udało się uspokoić Izraelczyków słowami poparcia dla tego państwa oraz gwarancjami niedopuszczenia do nuklearyzacji Iranu.
Obietnice i pieniądze
W trakcie swej wizyty prezydent Obama nie sugerował liderom Izraela i Autonomii Palestyńskiej żadnych działań ani nie przedstawił nowego planu pokojowego. Zamiast tego obiecał Palestyńczykom pomoc finansową, która ma zniechęcić ich do wystąpienia do Międzynarodowego Trybunału Karnego przeciwko Izraelowi. Arabski dziennik „Asharq al-Awsat” powołując się na palestyńskie źródła podał, że za dwumiesięczne wstrzymanie się od działania prezydent USA miał zapłacić Palestyńczykom 500 mln dolarów. Abbas zapowiedział, że kontynuowanie przez Izraelczyków budowy korytarza E1 doprowadzi do natychmiastowego skierowania sprawy do MTK.
Obama wsparł również finansowo Jordanię, do której udał się z wizytą bezpośrednio z Izraela. Celem spotkania z jordańskim królem Abdullahem było omówienie kwestii syryjskiej i problemu, jaki uchodźcy z Syrii stanowią dla Jordanii. Ich liczba wynosi już 450 tysięcy, a do końca roku może się nawet podwoić. Obama przeznaczył 200 mln dolarów na pomoc uchodźcom i podkreślił, że upadek prezydenta Baszara Assada, który od dwóch lat toczy wojnę z opozycjąw Syrii, jest kwestią czasu. Jednak upadek Assada oraz dojście do władzy islamistów stanowi duże zagrożenie dla stabilności sytuacji w Jordanii, w której najbardziej zbuntowana opozycja to również islamiści. Wizyta Obamy miała więc wzmocnić poparcie USA dla króla Abdullaha, który od wielu lat jest jednym z najbliższych sojuszników Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie.
Zbliżenie izraelsko-tureckie
Jednym z pierwszych efektów wizyty prezydenta Obamy w regionie było nakłonienie premiera Benjamina Netanjahu do próby polepszenia bardzo złych relacji z dawnym sojusznikiem Izraela – Turcją. Stosunki pomiędzy krajami pogarszały się od dawna, a ich zerwanie nastąpiło po incydencie „Mavi Mamara” w 2010 roku, gdy Siły Obronne Izraela zabiły kilku tureckich aktywistów płynących na statku usiłującym przełamać blokadę morską Strefy Gazy.
Tuż po zakończeniu wizyty Obamy Netanjahu przeprosił premiera Turcji, Recepa Erdogana za incydent, w odpowiedzi zaś władze tureckie zapowiedziały wznowienie relacji z Izraelem. Administracja w Białym Domu traktuje relacje Izrael-Turcja jako priorytetowe w kontekście walki z reżimem Assada w Syrii. Oba państwa mają również tworzyć podstawę regionalnego sojuszu przeciwko Iranowi.
Kto zyskał po wizycie?
Odwiedziny prezydenta USA na Bliskim Wschodzie wzmocniły sojusz Stanów Zjednoczonych z Izraelem i Jordanią. Obama co prawda opowiedział się po stronie państwa palestyńskiego, ale to mieszkańcy Zachodniego Brzegu są najbardziej rozczarowani jego wizytą. Obecność prezydenta USA była okazją do demonstrowania antyamerykańskich nastrojów na terytoriach okupowanych, gdzie ludność wychodziła na ulice aby palić amerykańskie flagi. Media podkreślały, że Obama powiedział Izraelczykom wszystko to, co chcieli usłyszeć, a Palestyńczykom wszystko to, czego usłyszeć nie chcieli.
Wizyta Obamy na Bliskim Wschodzie oznacza, że narastające problemy w regionie są dużym zmartwieniem dla administracji urzędującego prezydenta USA. Ustalenia, do których doszło w ciągu ostatnich dni, mogą mieć decydujące znaczenie w konflikcie z Iranem czy w wojnie domowej w Syrii. Wybór Izraela na cel pierwszej wizyty podczas drugiej kadencji Obamy oznacza, że jeśli obecna administracja USA jest zainteresowana jakimikolwiek sprawami zagranicznymi, to są to przede wszystkim kwestie bliskowschodnie.
*Paulina Biernacka – wykładowca Collegium Civitas, doktorantka Instytutu Studiów Politycznych PAN.
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze