Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski
174
BLOG

Spór o delegowanie

Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski Polityka Obserwuj notkę 0

Konrad Niklewicz*

W Parlamencie Europejskim kolejny etap sporu o politykę zatrudnienia. Stawką może być kilkaset tysięcy miejsc pracy. Także dla Polaków

Rozpoczęło się kolejne przeciąganie liny między zwolennikami protekcjonistycznego i liberalnego podejścia do polityki zatrudnienia. Choć stawka tej rozgrywki jest duża, próżno o niej szukać informacji w czołówkach serwisów informacyjnych.

Spór o tzw. dyrektywę wdrożeniową do przepisów o pracownikach delegowanych – bo to o niej mowa – toczy się praktycznie tylko w murach Parlamentu Europejskiego, Komisji i Rady UE. Media, mówiąc delikatnie, interesują się tą sprawą sporadycznie.

Szkoda, bo z perspektywy polskiej i europejskiej gospodarki ta dyskusja jest naprawdę istotna. Każdego roku aż milion pracowników w UE rocznie wyjeżdża do innego kraju, by wykonywać zadania na rzecz swojego pracodawcy. Polaków najwięcej – aż 230 tysięcy – ale tuż za nami są pracownicy z Francji (200 tys.) i z Niemiec (180 tys.).

Regulacje dotyczące pracowników delegowanych pochodzą jeszcze sprzed rozszerzenia Unii – z 1996 roku. Przyjęcie dyrektywy znanej jako „96/71/WE” (której nie należy mylić z tzw. dyrektywą usługową) poprzedziło pięć lat ciężkich dyskusji. W ramach kompromisu ustalono wówczas m.in. to, że pracownik delegowany do pracy w innym kraju ma zarabiać co najmniej minimalne wynagrodzenie, jakie tam obowiązuje. I że może pozostać w systemie ubezpieczeniowym państwa, z którego pochodzi (nie musi płacić składek do systemu ubezpieczeniowego państwa przyjmującego).

Obowiązywanie dyrektywy o pracownikach delegowanych ma wymierny wpływ na wskaźniki bezrobocia. Przykładowo, duży koncern motoryzacyjny, który czasowo ogranicza w kraju X (np. w Polsce) produkcję, nie musi zwalniać wszystkich pracowników jednej zmiany – może im zaproponować delegowanie do fabryki w innym kraju UE, w której moce produkcyjne nie są w pełni wykorzystane. Oczywiście nie wszyscy pracownicy muszą się na takie rozwiązanie (czasowy wyjazd za granicę) zgodzić, ale chyba lepiej jest mieć taki wybór, niż nie mieć go wcale.

Dwie dekady po uchwaleniu dyrektywy o pracownikach delegowanych, obowiązujący kompromis znalazł się jednak pod ostrzałem, a w Parlamencie Europejskim trwa debata, czy i jak bardzo ograniczyć możliwości, jakie daje dyrektywa o pracownikach delegowanych.

Pretekstem do otwarcia sporu był przygotowany właśnie przez Komisję Europejską projekt dyrektywy wdrożeniowej, czyli dodatkowego aktu prawnego, który miał doprecyzować zasady stosowania zapisów dyrektywy z 1996 r. Taki w każdym razie był zamysł Komisji.

Teraz może się jednak okazać, że zamiast ułatwić interpretację, nowe zapisy przetrącą kręgosłup starym. Albo (jeśli to pierwsze okaże się niemożliwe) będą pretekstem, by po kolejnych wyborach do PE (w 2014 r.) dokonać zasadniczej rewizji całej dyrektywy z 1996 r. Choć właśnie tego Komisja Europejska próbowała uniknąć, wiedząc, że podważenie dyrektywy sprzed siedemnastu lat byłoby równoznaczne z otwarciem puszki Pandory.

Zachodnioeuropejskie związki zawodowe (i część polityków socjaldemokratycznych) od dawna chciały zmian w dyrektywie o delegowaniu. Najważniejszym ich postulatem była zamiana obowiązku płacenia wynagrodzenia minimalnego na wynagrodzenie „zwyczajowe” lub przeciętne w danym kraju (co automatycznie spowodowałoby, że opłacalność wysyłania pracowników do pracy delegowanej byłaby dużo mniejsza, jeśli w ogóle by jeszcze występowała).

Lobby związkowo-polityczne chce też jednak zmienić zasady kontroli pracowników delegowanych. Tam gdzie dziś Komisja (w projekcie dyrektywy wdrożeniowej) proponuje fakultatywną listę działań kontrolnych, związkowcy proponują wprowadzić obowiązek stosowanie wszystkich możliwych środków kontroli. Firmy delegujące pracowników musiałyby między innymi wyznaczać określone osoby do kontaktów z „partnerami społecznymi” (czytaj: związkowcami) w państwie przyjmującym. A także musiałyby np. udowadniać, że nie są wielbłądem, czyli że mają rzeczywisty związek ze swoim krajem pochodzenia – a samo delegowanie ma charakter tymczasowy. Nie wspominając o różnego typu obowiązkach notyfikacji, przechowywania dokumentacji, jej tłumaczeniach itp.

Spór między liberalnym a protekcjonistycznym podejściem jest głęboki. Podziały biegną nie tylko wzdłuż linii partyjnych, ale także w poprzek (wewnętrzne podzielone są m.in. frakcje ALDE i EPL). Europosłowie Platformy Obywatelskiej (zasiadający w Europejskiej Partii Ludowej) opowiadają się za obroną obecnych, korzystnych dla polskich firm i pracowników, rozwiązań.

Kluczowe głosowanie w komisji ds. zatrudnienia i spraw socjalnych przewidziane jest na 30 maja. Wtedy może być wiadomo, który z obozów okazał się silniejszy.

*Konrad Niklewicz – zastępca dyrektora Instytutu Obywatelskiego, były wiceminister rozwoju regionalnego

Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl

Zajmuje nas: społeczeństwo obywatelskie, demokracja, gospodarka, miasta, energetyka. Nasze motto to "Myślimy by działać, działamy by zmieniać".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka