Tomasz Mincer*
Zamiast narzekać na partie polityczne, lepiej wspierać ich profesjonalizację i demokratyzację
„[P]olskie partie polityczne nie są wewnętrznie demokratyczne” – powiedział Ryszard Kalisz. Gdy tak stanowcze słowa padają z ust wytrawnego polityka lewicy, warto pochylić się nad tą diagnozą.
Były poseł SLD ma bogate doświadczenie partyjne. Był członkiem PZPR i SdRP. Należał do założycieli SLD, został także wybrany do zarządu krajowego tej partii. Podsumowując, Ryszard Kalisz to współtwórca jednej z ważniejszych polskich partii politycznych odrodzonej Rzeczypospolitej. Obecnie kieruje nowo powołanym stowarzyszeniem, zachowuje mandat posła i nie skrywa ambicji politycznych. Mówi się o jego kandydowaniu w wyborach na prezydenta Warszawy. Etykietka bezpartyjnego może być więc dla niego użyteczna.
Gwarancja demokracji
Wypowiedzi Ryszarda Kalisza dezawuujące partie nie dziwią, choć szkoda, że w pewnym sensie podważa nimi swój niewątpliwie bogaty parlamentarny dorobek. Wystarczy jednak przywołać regularnie publikowane badania opinii publicznej dotyczące oceny pracy parlamentarzystów przez rodaków, by zrozumieć, dlaczego wyrzucony niedawno z SLD poseł gra na populistyczną nutę.
Choć w ciągu ostatniego miesiąca wzrósł odsetek badanych, którzy pozytywnie oceniają prace polskiego parlamentu, Polki i Polacy w przeważającej części za posłami i senatorami raczej nie przepadają. Mówiąc wprost, 71 proc. badanych źle ocenia pracę izby niższej, zaś 55 proc. – Senatu (CBOS).
Czy jednak Kalisza krytyka życia partyjnego jest przez to trafniejsza, czy raczej płynie z prądem społecznych nastrojów? Szkoda, że Ryszard Kalisz, który obecnie tak zdecydowanie wyraża chęć walki o zmianę systemu politycznego, nie uwzględnia w swej ocenie ostatniego pomysłu partii rządzącej. A pomysł ten mógłby w cywilizowany sposób „ubogacić” nasze partyjne życie i przenieść je do świata polityki w wersji 2.0.
Chodzi oczywiście o dyskutowany postulat wyboru przewodniczącego PO. Ale elekcja miałaby się dokonać w wyborach powszechnych, obejmujących wszystkich czynnych członków partii. Mielibyśmy więc ambitną powtórkę z prawyborów na kandydata na prezydenta z 2010 roku, kiedy naprzeciwko siebie stanęli Radosław Sikorski i Bronisław Komorowski. Byłoby to istotne novum, które nie mogłoby przejść bez echa w pozostałych ugrupowaniach politycznych. A być może przyczyniłoby się do ich większej demokratyzacji. Oczywiście, gdyby tylko ich liderzy postanowili pójść za ciosem i skorzystać z doświadczeń PO…
Jeśli zatem Ryszard Kalisz w swej krytyce chce być konsekwentny, powinien raczej tępić wodzowskie tendencje tam, gdzie te faktycznie występują. Kilka przykładów: w największej partii opozycyjnej kandydat na przewodniczącego jest z reguły jeden i ten sam od lat. Najwyższa władza w partii, zgodnie ze statutem PiS, należy do jej prezesa. Dyskusyjny jest art. 39 statutu PiS dotyczący wykluczenia z partii jej członka.
Najgorsze jednak jest to, że Kalisz – bez wątpienia demokrata z przekonania – zdaje się zapominać, skąd partie, niechby jako zło konieczne, czerpią rację bytu. Otóż był taki czas w naszej historii, gdy polskie państwo odzyskawszy niepodległość zmagało się z wadami demokratycznego ustroju. Niedostatki silnej, sprawnej władzy w trudnej sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej po 123 latach zaborów oraz parlamentarne przepychanki podważały autorytet Sejmu.
Co było potem, wszyscy wiemy. Jak pisał Stanisław „Cat” Mackiewicz o konsekwencjach zamachu majowego, „(…) silna władza została stworzona w ten sposób, że zostały rozbite wszystkie partie, że autorytet partii, czyli istotnej sprężyny rządów w parlamentarno-republikańskim ustroju (…) został rzucony w błoto” (Stanisław Mackiewicz, „Kropki nad i. Dziś i jutro.”, Universitas, Kraków 2012, s. 214).
I choć ten znakomity publicysta konserwatywny swe tezy głosił nie bez sympatii dla sprawnych rządów silnej ręki, blisko 10 lat po napisaniu tychże słów sam wylądował w Berezie Kartuskiej. Oczywiście za opozycyjny wobec sanacji stosunek, którą wcześniej wspierał, będąc posłem z ramienia prorządowego BBWR.
Dziś też mamy dość młode, niepodległe państwo. I zmagamy się z wadami ustroju politycznego, z wymagającą rewizji konstytucją itd. Stąd może nie warto wstydzić się historycznych analogii i pamiętać, do czego kilkadziesiąt lat temu doprowadziła namiętna krytyka polskiego parlamentaryzmu. Od tego czasu wiele się jednak w kulturze politycznej zmieniło i dysponujemy narzędziami bezkrwawej korekty systemu politycznego.
Partie to nie skamieliny
Powszechny tryb wyborów na przewodniczącego partii oznaczałby możliwość udziału w wyborach nawet 40 tys. ludzi, „szeregowych” członków Platformy Obywatelskiej. Czy jesteśmy sobie w stanie wyobrazić podobną sytuację w Prawie i Sprawiedliwości?
Z pewnością byłby to „powrót do źródeł” programowych Platformy jako szerszego ruchu społecznego. Bezpośredni wybór przewodniczącego oznaczałby także swoistą premię dla tych wszystkich, którzy mają odwagę uczestniczyć w życiu politycznym. Z punktu widzenia partii politycznej nastąpiłaby jej większa integracja, a z pewnością – integracja „ducha”.
Być może dałoby to ugrupowaniu rządzącemu istotny impuls do działania i powiększenia własnych szeregów. A nawet jeśli nie przełożyłoby się to bezpośrednio na wzrost liczebności, partia mogłaby zostać obudowana liczniejszymi niż dziś inicjatywami obywatelskimi. W końcu otworzyłoby się dodatkowe pole do „lobbowania”, naciskania zwykłych obywateli czy stowarzyszeń na terenowych działaczy, by ci głosowali na konkretnego kandydata. Kandydata, który w polskich realiach politycznych zawsze jest potencjalnym premierem rządu.
Co ciekawe, mimo często podnoszonego zarzutu o niskiej reprezentatywności partii politycznych, których czynni członkowie stanowią zaledwie 0,003 ogółu wyborców, autorzy opracowania „Ludzie partii – idealiści czy pragmatycy? Kadry partyjne w świetle badań empirycznych” podkreślają, że „(…) partyjni aktywiści PO i SLD (to właśnie działacze średniego szczebla tych dwóch partii zostali przebadani) nie są oderwani od rzeczywistości, nieźle reprezentują tzw. przeciętnych Polaków, mają podobne do nich opinie i poglądy, często myślą i mówią to, co mówią »zwykli ludzie«”. I dalej, autorzy konkludują, że „[s]ą dobrze zakorzenieni w swoich środowiskach i to można uznać za pozytywne. Nie reprezentują bowiem innego świata niż wyborcy partii, do których należą”.
W polskich partiach wciąż jest jeszcze wiele do zrobienia. „»Przeciętny« działacz (partii w Europie Zachodniej – tm) pomaga w kampanii wyborczej, regularnie chodzi na partyjne zebrania, uczestniczy w dyskusjach, angażuje się w partyjne projekty skierowane do kobiet, ludzi starszych, dzieci etc. W Europie postkomunistycznej tego typu zachowania są rzadkie” (Anna Pacześniak, Jean-Michel De Waele [red. nauk.], Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2011, s. 140).
Zamiast więc narzekać na partie polityczne, lepiej wspierać ich profesjonalizację i demokratyzację. A już na pewno warto zastanowić się trzy razy, zanim wyrzucimy je na śmietnik historii.
*Tomasz Mincer – publicysta, analityk w Instytucie Obywatelskim
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (3)