Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski
242
BLOG

Toksyczny spadek w Białym Domu

Instytut Obywatelski Instytut Obywatelski Polityka Obserwuj notkę 0

Grażyna Grochocka*

Od maja administracja Obamy biega od pożaru do pożaru, starając się umniejszać i neutralizować kolejne skandale. Jednak coraz lepiej widać, że na szali jest już nie tylko wizerunek i historia, ale też szanse następcy prezydenta

Barack Obama miał być kimś wielkim. Nie tylko jako pierwszy Afroamerykanin w Gabinecie Owalnym, choć oczywiście już samo to zapewniło mu miejsce w podręcznikach historii. Obama miał być kolejnym Rooseveltem. Po ośmioletniej prezydenturze Georga W. Busha miał przynieść drugi Nowy Ład, naprawić i zreformować gospodarkę, porozumieć się ze światem muzułmańskim, a przede wszystkim – inspirować i porywać do działania. Jego wybór miał rozpocząć nową erę.

Dziedzictwo i miejsce w historii

Rzeczywistość okazała się dużo mniej poetycka. Skrajny odłam Partii Republikańskiej oraz niechęć prezydenta do konfrontacji zredukowały nadzieję i zmianę do Realpolitik.

Druga kadencja zawsze była trudna dla amerykańskich prezydentów – świadomych, że nie stoją już przed nimi żadne inne wybory, że walczą tylko o swoje dziedzictwo i miejsce w historii. Nie wybacza im się decyzji motywowanych względami politycznymi. Amerykanie zawsze wymagają od swojego przywódcy pracowitości i odwagi, ale gdy nadchodzi druga kadencja, wymagania te jeszcze bardziej wzrastają. Nie ma już się czego bać, nie ma już nic do stracenia.

Barack Obama nigdy nie cieszył się popularnością wśród republikanów. Członkowie Partii Herbacianej (Tea Party) porównywali go równocześnie do Hitlera i Stalina, a jego flagową reformę służby zdrowia próbowali odwołać 37 razy. Mimo to, przy prawie każdej kwestii prezydent próbował negocjować z republikanami w Kongresie, iść na ustępstwa często nie do przyjęcia dla jego własnego środowiska.

George W. Bush na sterydach

Prezydent zdaje się nie widzieć, że czegokolwiek by nie zrobił, Partia Republikańska i tak go nie zaakceptuje. W 2010 r. Mitch McConnell powiedział wprost: głównym celem jest uniemożliwić Obamie zdobycie drugiej kadencji. Ani stan gospodarki, ani terroryzm, ani wojna kulturowa nie są ważniejsze niż zniszczenie przeciwnika politycznego. Mimo to Obama z góry proponuje rozwiązania bliskie amerykańskiej prawicy. Nieważne, czy spojrzymy na negocjacje budżetowe, kwestie wolności reprodukcyjnej, czy sposoby walki z zagrożeniem terrorystycznym.

W kwestiach fiskalnych prezydent zaproponował obcięcie wydatków na pomoc społeczną, opiekę zdrowotną  i odszkodowania dla weteranów, ale budżet na obronność pozostawił nienaruszony. Nikt z osób zamieszanych w tortury za czasów George’a W. Busha nie został postawiony przed sądem. To samo tyczy się bankierów oskarżanych o spowodowanie dzisiejszego kryzysu. Prezydent rozbudował kontrowersyjny program ataków dronów i zamiast ograniczyć naruszenia prywatności, jeszcze bardziej je rozszerzył. Aaron David Miller nazwał politykę zagraniczną Obamy „George’em W. Bushem na sterydach”.

Hipokryta, czyli życie na podsłuchu

Jednak to ostatnie skandale związane z polityką bliskowschodnią i walką z terroryzmem sprawiły, że prezydent ostatecznie stracił poparcie lewicowych grup interesu. Obama stoi sam i próbuje równocześnie odpierać ataki z lewej, jak i z prawej strony politycznego spektrum.

Ujawniona przez Edwarda Snowdena polityka Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) była kroplą, która przelała czarę. Już wcześniejsze skandale – zwłaszcza dotyczący podsłuchiwania dziennikarzy Associated Press – wzbudziły konsternację w środowiskach dotychczas popierających Obamę. Czy to ten sam człowiek, który obiecywał skończyć ze „szpiegowaniem obywateli USA, którzy nie są oskarżeni o żadne przestępstwo”? Wytyka mu się hipokryzję. Obama stawia przed sądem tzw. wistleblowers, czyli osoby, które podają do publicznej wiadomości skandale i zaniedbania administracji rządowej, pomimo wcześniejszych zapewnień o stworzeniu przejrzystego i otwartego rządu.

Co ciekawe, działania NSA to jedyne rozwiązanie prezydenta, które spotkało się ze zrozumieniem Partii Republikańskiej (GOP). Agencja zbiera dane o telefonach i aktywności milionów Amerykanów, niezależnie od tego, czy są oni podejrzewani o jakiekolwiek przestępstwo. John Boehner, spiker Izby Reprezentantów i jeden z najważniejszych polityków w Partii Republikańskiej, wprost nazwał Snowdena zdrajcą. „Prezydent wyraźnie powiedział, że działania NSA są bardzo ważne dla naszego  bezpieczeństwa i mają na celu ochronę Amerykanów i walkę z terroryzmem” – spiker przytoczył słowa Obamy bez żadnych zastrzeżeń. Jak się okazuje, Edwardowi Snowdenowi udało się po raz pierwszy od 2008 roku zjednoczyć republikanów i demokratów.

Prezydent w zaklętym kręgu

Jednakże przyjaźń ta kończy się już za z granicami Waszyngtonu. Tak członkowie Partii Herbacianej, jak i liberalni zwolennicy demokratów są oburzeni ostatnim skandalem dotyczącym szpiegowania obywateli. To samo dotyczy wcześniejszych doniesień o podsłuchiwaniu dziennikarzy. Ostatnie informacje o wykorzystywaniu dronów przez FBI na terenie Stanów również nie pomogły prezydentowi. Każda szanująca się organizacja broniąca prywatności, tajemnicy korespondencji i wolności prasy ostatecznie odwróciła się od Obamy.

Feministki nie mogą wybaczyć demokratycznemu prezydentowi, że próbował walczyć z dostępnością tzw. tabletek „dzień po” bez recepty. I chociaż ostatecznie administracja porzuciła wszelkie próby walki z decyzją sądu federalnego, nie da się już uratować dobrej reputacji Obamy wśród kobiet. Lewica zniechęca się widząc prawicową politykę zagraniczną, rozbuchane państwo policyjne, porażkę reform ekologicznych, brak rzeczywistej reformy Wall Street, a także jedynie teatralne gesty w sprawie równouprawnienia osób LGBT (homo- i transeksualnych) czy nieugiętą walkę tego rządu z miękkimi narkotykami. Lista zarzutów wobec prezydenta jest długa i wywołuje niebezpieczne dla każdego polityka pytanie: Czy aż tak nas okłamał, czy może jest aż tak niekompetentny?

Obama wpadł w zaklęty krąg dogadzania swoim przeciwnikom i zniechęcania przyjaciół. Być może wynika to z prawdziwych przekonań prezydenta – być może nie jest on tak lewicowy, jak się wszystkim wydaje. Może to też brać się ze strachu. Pierwszy Afroamerykanin na tym stanowisku może mieć wiele powodów, by unikać łatki radykała. Efektem jest jednak tylko rosnąca irytacja wyborców – republikanie wietrzą podstęp, demokraci czują się zawiedzeni.

Czas na trzecią siłę?

Druga kadencja Obamy dopiero się zaczęła, ale już mówi się o tym, co po sobie zostawi (i kto go na tym stanowisku w przyszłości zastąpi). Tak jak McCain przegrał wyścig o fotel prezydenta w 2008 r. między innymi z winy George’a W. Busha, tak coraz więcej demokratów boi się toksycznego spadku po Obamie. Jednym z pierwszych wyraźnych znaków są dramatyczne wyniki sondaży popularności prezydenta wśród młodych ludzi. Straszenie Dickiem Cheneyem nie wystarczy dla kolejnego zwycięstwa, zwłaszcza gdy samemu podsłuchuje się miliony obywateli.

Partia Republikańska jest w głębokim kryzysie politycznym i tożsamościowym – i tylko dlatego demokratom udawało się dotychczas wygrywać wybory. GOP nie umie niczego zaproponować mniejszościom etnicznym, seksualnym, kobietom czy ludziom młodym. Równocześnie wielu wyborców, którzy w 2008 r. zauroczyli się Obamą, dziś nie znajduje dla siebie żadnej reprezentacji. Być może nadszedł moment dla trzeciej partii  – być może wykluje się ona z ruchu Occupy Wall Street, a może z liberalnego skrzydła Partii Republikańskiej…

Prawdopodobieństwo tego jest jednak znikome. W historii Ameryki pojawiały się różne ugrupowania, które zdobywały popularność w jednym lub kilku stanach, ale nigdy nie udawało się im w wyraźny sposób wpłynąć na rząd federalny.

Rozczarowanie

Równocześnie najwięcej i najmniej do stracenia ma sam prezydent. „Dziedzictwo” i „miejsce w historii” mogą się wydawać drobiazgami w porównaniu z prawdziwą władzą i rzeczywistymi wyborami do wygrania. Jednak Obama nie ma już nic więcej poza dziedzictwem i miejscem w historii. Może znaleźć się w niej albo jako reformator służby zdrowia i uzdrowiciel gospodarki, albo jako autokrata szpiegujący Amerykanów i mordujący cywilów w Pakistanie.

Z całą pewnością słowem najczęściej używanym w odniesieniu do niego jest jednak „rozczarowanie”. Roztoczona przez prezydenta wizja była piękna i wzbudziła w Amerykanach nowe pokłady nadziei. Dziś nawet jego najzagorzalsi zwolennicy czują się zawiedzeni i zażenowani. Ci, którzy jeszcze niedawno bronili Obamy i każdą jego porażkę usprawiedliwiali działaniami Partii Republikańskiej oraz kryzysem, dziś wymownie milczą. Pytanie, co powiedzą w 2016 roku.

*Grażyna Grochocka – studentka politologii na Uniwersytecie Warszawskim; stażystka w Instytucie Obywatelskim

Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl

Zajmuje nas: społeczeństwo obywatelskie, demokracja, gospodarka, miasta, energetyka. Nasze motto to "Myślimy by działać, działamy by zmieniać".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka