Reprezentacja Polski w tenisie odniosła sukces pokonując w Moskwie rosyjską „sborną” w meczu Pucharu Davisa. W piątek Jerzy Janowicz odprawił gładko nastoletnią nadzieję rosyjskiego tenisa, ale Michał Przysiężny nie sprostał solidnemu Dmitrijowi Tursunowowi. W sobotę do gry stanęli nasi utytułowani debliści Marcin Matkowski i Mariusz Fyrstenberg. Po niespodziewanie przegranym pierwszym secie, Polacy w kolejnych trzech dosłownie rozgromili rosyjski debel. Po dwóch dniach prowadziliśmy 2:1.
Niedzielny pierwszy pojedynek singlowy dał Polsce wygraną w całym meczu. Jerzy Janowicz pokonał rosyjską „jedynkę”, notowanego w rankingu ATP o 7 pozycji niżej Tursunowa. Jerzyk zmagał się nie tylko z rywalem, ale i z ruskimi kibolami, którzy krzykami przeszkadzali mu serwować. Systematycznie pobrzmiewał ryk – Rossijaaa, miejscowi oklaskiwali też błędy Polaka. No cóż, można mieć dobrych tenisistów (zwłaszcza w kraju ponad stumilionowym, jak Rosja), jednocześnie w kwestii zachowania się na trybunach nie różniąc się wiele od dzikusów.
Dzisiejszy mecz był popisem Jerzego Janowicza, który wielokrotnie ośmieszył Rosjanina perfekcyjnymi skrótami i niespodziewanymi bekhendowymi strzałami nie do odbioru. Jerzyk grał ze swobodą tenis urozmaicony technicznie, cały czas wywierał presję na Tursunowa, który przez pierwsze dwa sety będąc na odbiorze nie miał ani jednego breaka (przewagi – szansy na przełamanie). Polak raził rywala serwisem, chociaż w trzecim secie pojawiło się zbyt dużo podwójnych błędów serwisowych. Nasz zawodnik trochę się rozkojarzył i przy stanie 4:4 dał się przełamać. Tursunow serwując miał już 5:4 i 30:0, kiedy Jerzyk zaatakował i zdobył kolejne cztery piłki. Spotkanie zakończyło się tie-breakiem, Janowicz wygrał 6:3, 7:5, 7:6.
W sumie zdecydowane zwycięstwo Polski nad Rosją smakujące tym bardziej, że wywalczone na terenie przeciwnika, który gościnnością nie grzeszył. Gospodarze nie chcieli na przykład włączyć pełnego oświetlenia, kiedy Polacy trenowali żeby oswoić się z nową dla nich nawierzchnią. I tak dobrze, że nikt nie napadł polskiej ekipy, ani jej nie okradł (jak dotąd, bo jeszcze do kraju nie wróciła).
Dziwi mnie jedno, dlaczego TVP nie raczy nadać relacji z tak ważnego wydarzenia sportowego na jednym ze swoich ogólnodostępnych kanałów (TVP1, TVP2). Telewizja publiczna ma pieniądze, żeby wysłać paru komentatorów do Japonii na drugorzędny konkurs skoków narciarskich, gdzie startowało kilku Polaków z głębokiej rezerwy i mało kto ze światowej czołówki. Na dostępną powszechnie relację z Australian Open, gdzie Agnieszka Radwańska upokorzyła Wiktorię Azarenkę bijąc ją w trzecim secie 6:0, kasy nie było! Cóż, Agnieszka jest „podpadnięta”. Pozwoliła sobie na udział w krakowskim marszu w rocznicę katastrofy smoleńskiej, śmiała również zademonstrować swoje niezadowolenie na konferencji prasowej w Izraelu, po meczu, na którym Żydzi w parszywości swojej wyzywali ją i jej siostrę od „katolickich suk”. Ale czym podpadł Janowicz i polska męska reprezentacja w tenisie?
Jedynym plusem tego bojkotu tenisa w TVP był fakt, że obejrzałem dzisiejszy mecz (w Internecie, z rosyjskiej TV) z wyważonym komentarzem byłego wicemistrza Wimbledonu Aleksandra Metreweli i nie musiałem słuchać żenującego dukania nudnego jak flaki z olejem TVP-owskiego „specjalisty” od tenisa Jacka Jońcy. Chyba czas najwyższy, żeby trochę przewietrzyć TVP, wykurzyć układy i układziki utrzymujące miernoty i szastające pieniędzmi podatnika według własnego widzimisię.




Komentarze
Pokaż komentarze (9)